Jan Lewandowski

Rodzeństwo Jezusa w pojęciu B. Motyla

dodane: 2004-09-10
Niniejszy tekst jest polemiką z tekstem Bogdana Motyla pt. Maria, Jezus i jego rodzeństwo[1], jaki został zamieszczony w Serwisie Racjonalistycznym. W teście tym B. Motyl próbuje głównie dowodzić, że Jezus miał rodzeństwo, zaś Jego Matka nie była Dziewicą. Dla ułatwienia odróżnienia moich wypowiedzi od wypowiedzi B. Motyla, jego tekst, który będę komentował, zaznaczam kursywą. Moje komentarze pozostawiam natomiast bez zmian formatu czcionki. B. Motyl pisze:  

Mistrz ceremonii dworu-nieba Jahwe, archanioł Gabriel, sprawca ciąży Miriam, nakazał Józefowi we śnie, aby wytrwał i dał wiarę temu, że "co się z niej zrodziło, jest z Ducha świętego". Nie jest to więc ciąża byle jaka, ale boska, a wybranka boga, jest niewinna niczym gołąbka. Józef ma nakazane, aby dziecku nadać imię, Jezus. Tę scenę kończy on słowami:"...aby się wypełniło, co jest powiedziane od Pana przez proroka, mówiącego: "Oto panna w żywocie mieć będzie i porodzi syna, nazwą imię jego Emmanuel"".(1: 22) Proroctwo proroctwem, ale co do imienia mającego narodzić się dziecka, archanioł Gabriel ma inne wytyczne z nieba, które przekazał śpiącemu Józefowi. To, które przywołał Mateusz, nie bardzo "się wypełniło", gdyż jest ono nieścisłe i wyraźnie "podretuszowane"..

 

Odpowiedź:

 

            Immanu el nie jest typowym hebrajskim imieniem własnym. W tekście hebrajskim Biblii określenie to nie jest nawet zbite w jedną zwartą całość, jak to ma miejsce w przypadku innych imion. Określenie to ponadto występuje w Biblii tylko trzy razy, zawsze w kontekście dziecka wspomnianego w Iz 7,14. Jest to zatem tylko imię symboliczne, określenie funkcji, mniej więcej takie, jak w Iz 1,26, gdzie Jerozolimę określono przy pomocy podobnych zbitek, czy takie imiona Mesjasza jak te w Iz 9,5. W Iz 8,10 Biblia Tysiąclecia nie przetłumaczyła tego imienia nawet tak jak w Iz 7,14. Jezus nie musiał zatem być nazwany Immanu el, i nie ma w tym wypadku żadnej niezgodności proroctwa z jego wypełnieniem w  Jezusie. 

 

  "Oto panna pocznie i porodzi syna, i nazwą imię jego Emmanuel" - mówi proroctwo Izajasza (7. 14), na które powołał się Mateusz. Kościołowi nie przeszkadzało dodatkowo z "panny",która nie musi wcale oznaczać cnotliwej, uczynić właśnie "dziewicę", co nie budzi wątpliwości, że błona dziewicza jest "stabilna".

 

Odpowiedź:

Na temat tej kwestii pisałem już specjalnie wyczerpująco w innych tekście[2], do którego tutaj odsyłam ze względu na złożoność rzeczonej kwestii.

Tak samo w proroctwie Izajasza nie ma mowy o jakimś "Mesjaszu" czy "Zbawicielu", tylko coś takiego: "Bo pierwej, niż będzie umiało dziecię odrzucić złe i obierać dobre, będzie opuszczona ziemia, którą się ty brzydzisz dla dwu królów jej". (7. 16) Chodzi tu o zakończenie wojny Syrii i Izraela przeciwko Judei, zaś owo "dziecię", wcalenie miało się narodzić z wyimaginowanej "dziewicy". Poza tym, jego narodziny miały mieć miejsce na 700 lat przed Chrystusem, a więc na długo przed czasami ewangelicznymi. Ono to miało nosić imię "Emmanuel"! Mateusz przeinaczał proroctwa, byle dopasować je do wymaganej koncepcji, do swojej ewangelii nadziei. Chociaż nie do końca tylko on ponosi za te przeinaczenia odpowiedzialność.

Odpowiedź:

 

Nie ma żadnego „przeinaczenia” u Mateusza i innych Ewangelistów. Nikt nie powiedział, że pewne proroctwa z ST miały się spełnić tylko raz. Weźmy choćby proroctwa odnoszone hurtem zarówno do Salomona, wszystkich potomków Dawida, jak i do Mesjasza z 2 Sm 7,12-14, które to proroctwa miały swoiste „podwójne dno”, i które też w Psalmach odnoszono do Mesjasza (Ps 2,7). 

U Łukasza, archanioł Gabriel ukazał się Miriam na jawie, (Józefowi tylko we śnie!) i nakazał jej zmianę (wbrew prorokowi) imienia dziecka, to znaczy nadać mu imię "Jezus", (a nie "Emanuel").

Odpowiedź:

            O tej kwestii, związanej ze zmianą imienia Emanuel na Jezus, pisałem już wyżej. Nie wiem, czemu Motyl powtarza się.  

Awizując jej narodziny potomka, mówi do niej językiem katolickiej teologii: "Porodzisz syna, a nazwiesz imię jego Jezus. Ten będzie wielki, a będzie zwany Synem Najwyższego; i da mu Pan Bóg stolicę Dawida, ojca jego." (1: 31-32). Jak wiemy, Jezus tej przepowiedzianej "stolicy" i tak w końcu nie posiadł.

Odpowiedź:

            Ponieważ nie musiał jej posiąść od razu, zgodnie z proroctwami ma to się stać dopiero w czasach mesjańskich, „w pokoju i bez granic” (Iz 9,6).

            Nieco dalej Łukasz powiada, że "ojciec jego i matka dziwowali się temu, co o nim mówiono" (2: 33). Miriam dotknięta chyba była zaawansowaną sklerozą, skoro nie pamięta słów Gabriela, który tłumaczył, kim będzie jej (nieślubne) dziecko. Czas, jaki upłynął od dnia "objawienia" jej radosnej nowiny do chwili "dziwowania się", to zaledwie około 10 miesięcy!

Odpowiedź:

            Nie wiem na jakiej podstawie Motyl wyciąga wniosek, że mówiący o „dziwieniu się” Łk 2,33 suponuje jakąś „sklerozę” rodziców Jezusa. Tekst grecki używa w tym miejscu słowa thaumadzontes, które pochodzi od thaumadzo, i oznacza „podziw”[3], nie tylko „zdziwienie”. W takim znaczeniu to słowo jest używane np. w Łk 9,43 (por. też Łk 24,41, gdzie również pada słowo thaumadzonton), gdzie mowa, że wszyscy podziwiali (thaumadzonton) czyny Jezusa. Tak samo zostało słowo thaumadzo użyte w 2 Tes 1,10, gdzie czytamy, że Jezus będzie podziwiany (thaumasthenai). Podziw nie zakłada już żadnej niewiedzy („sklerozy”, jak to określa wyżej Motyl) rodziców Jezusa w stosunku do tego, co Jezus miał czynić i co czynił. 

Zgodnie z ówczesnym prawem żydowskim, to ojciec decydował jakie imię będzie nosiło dziecko. Wytyczne jakie Miriam otrzymała w tej sprawie od anioła, nie miały żadnego znaczenia. Prawo żydowskie także określało ściśle czas dany mężowi, aby udowodnił, że jest w stanie mieć potomstwo. Jeżeli po upływie tego okresu, małżonek nie wykazał się zdolnością płodzenia dzieci, zobowiązany był dać swojej żonie wolność. Impotent, musiał czynić nadludzkie wysiłki połączone z niezwykłym hartem ducha, aby sprawić coś, co przekraczało jego możliwości, a za nic w świecie nie chciał utracić żony.

Odpowiedź:

            W przypadku Marii i Jezusa nie mamy jednak do czynienia z czymś takim, bowiem ani nic nie wskazuje na to, że Józef był impotentem (tym bardziej, jeśli Jezus miał rodzeństwo, jak chcą „racjonaliści” typu Motyla), ani, że coś przeszkodziło im mieć dzieci. Nie wiem więc po co Motyl wypisuje tutaj coś takiego.  

Fakt, że u Jana Ewangelisty nie ma ani słowa o dziewiczym poczęciu, może oznaczać, że wówczas nie było jeszcze jednomyślności co do nauki o tym szczególnym sposobie zapłodnienia Miriam.

Odpowiedź:

            Ciekawe. Jak Jan by o tym napisał w przeciwieństwie do Synoptyków, to też byłoby źle. Wtedy zostałby wytoczony stary argument krytyki racjonalistycznej, zgodnie z którą starsze teksty NT o tym nie mówią, więc jest to wymysł. Ale w przypadku dziewiczego poczęcia u Marii jest właśnie tak, że najstarsze Ewangelie o tym mówią, zaś Jan nie. Zatem czy tym razem „racjonalistyczni krytycy” zostali zadowoleni? Ależ skąd, tak też jest źle, to też im nie pasuje, jak widzimy. I tak źle i tak niedobrze. Nic ich więc nie zadowoli.     

Samokastrat Orygenes, (ok. 185 - ok. 254) chrześcijański teolog, zaciekły przeciwnik Celsusa, stał twardo na gruncie obrony cudownego poczęcia Miriam, ale jego argumentacja to tylko majaczenie teologa, nic poza tym.

Odpowiedź:

Typowe pustosłowie. Zauważmy, że Motyl nawet słowem nie wspomniał jaka była ta argumentacja Orygenesa, kwituje ją tylko obraźliwym określeniem „majaczenie teologa, nic poza tym”. Słuszność swego osądu zawiesza on więc nie na faktach, ale na swym „autorytecie” w temacie wywodów teologów, pozostawiając resztę wierze „racjonalistów”, którzy ponoć „w nic nie wierzą”. Zastosujmy więc w tym momencie argumentację identycznego kalibru i stwierdźmy, że wywody Motyla to właśnie takie „majaczenie ateizującego teologa, nic poza tym”.   

Łukasz, będąc lekarzem, być może z zawodowego przyzwyczajenia, dość szczegółowo i obszernie opisuje przebieg zapłodnienia Miriam i towarzyszące temu wydarzeniu okoliczności. Od niego dowiadujemy się o narodzinach Jana Chrzciciela, którego matka-staruszka, Elżbieta, została zapłodniona w ten sam sposób co Miriam, a nawet lepiej! Matka Jana była niepłodną, a do tego podeszły wiek, oraz jej męża, wykluczały możliwość zajścia w ciążę, przeto i ją musiał cudownie zapłodnić boski inseminator w osobie Gabriela.

Odpowiedź:

No i co z tego wynika dla tematu? Absolutnie nic. Motylowi się wydaje, że jak on obśmieje coś co mu się wydaje niemożliwe, to wtedy coś komuś „udowodnił”, albo coś „obalił”.

Co prawda przypadek Elżbiety nie jest czymś nadzwyczajnym w nawale cudów Nowego Testamentu, bowiem w Starym Testamencie, niewiasta o wdzięcznym imieniu Sara, licząc sobie równo dziewięćdziesiąt lat, dowiedziała się od "anioła Pańskiego", że zostanie "nawiedzona" i urodzi dziecko. Miała pretensje do Jahwe, że ją ośmieszył i poniżył, dając jej w tym wieku potomka.

"Śmiechu przyczynił mi Bóg; ktokolwiek usłyszy, śmiać się ze mnie musi. I zasię rzekła: Któżby wierzył, że Abraham usłyszy: Sara piersiami karmi syna. Którego mu już staremu urodziła" - żaliła się.

Kapłan Zachariasz, mąż Elżbiety, dowiedziawszy się z objawienia, że będzie miał syna, zaniemówił z wrażenia. Zdziwiony starzec usłyszawszy słowa Gabriela, wyraził nieopatrznie obawy co do swoich możliwości płodzenia potomstwa. Archanioł potraktował jego wątpliwości jako "niedowiarstwo" i za karę, w ramach pokuty, na czas ciąży jego żony, odebrał Zachariaszowi mowę. Nie mogąc wymówić imienia "swojego" potomka, napisał je na tabliczce.

Gabriel chciał zapewne uniknąć scen małżeńskich, obawiając się, że Zachariasz byłby niezawodnie żądał od swojej żony wyjaśnień: z kim, jak, gdzie i kiedy?

Natomiast Elżbietę "anioł pański" poinformował uprzejmie, tonem nie znoszącym sprzeciwu, że będzie brzemienna w skutki jego wizyty... Któżby w tamtych czasach i kręgu kulturowym pytał kobietę o zgodę? Poza tym były to decyzje niebios, a od nich nie ma odwołania...

 

Odpowiedź:

No i co z tego wynika dla tematu? Absolutnie nic.

Przypadek Jezusa o tyle jest intrygujący, o ile Nieskończoność okazała się być bezradna i nie mogła "spłodzić" swojej emanacji-syna"z niczego", podobnie jak w przypadku Adama. Jahwe musiał więc "upodobać" sobie ziemską kobietę, którą przeklął w"Genesis",aby urodziła jemu boskiego potomka..

Odpowiedź:

Bzdura, z tego, że „Nieskończoność” czegoś nie zrobiła nie wynika, że nie mogła.  

Twierdzę, że Elżbieta została zgwałcona! Niebiosa wybrały ją do eksperymentu zapłodnienia metodą in vitroalbo i duchową, wbrew jej woli. Ona była tak szczęśliwa z tego powodu, iż ukrywała przed otoczeniem swoją ciążę!

Odpowiedź:

Jakby Motyl dokładniej przeczytał tekst z Łk 1,24-25, to by takich pochopnych wniosków nie wyciągał. Z tekstu tego wynika, że Elżbieta ukrywała swoją ciążę. Ale czy to musi znaczyć, że czyniła tak dlatego, bo była z jej powodu „nieszczęśliwa”, jak suponuje Motyl? Oczywiście, że nie. Mogło być całe multum innych powodów, np. kwestia przemyślenia reakcji otoczenia, które wiedziało, że Elżbieta jest stara i niepłodna (Łk 1,7). Nie musi to mieć oczywiście nic wspólnego z tym, że Elżbieta była z powodu swej ciąży nieszczęśliwa, tym bardziej, że Łk 1,25 podaje coś wręcz przeciwnego (mówi bowiem o zdjęciu hańby niepłodności z Elżbiety). Absurdem jest założenie Motyla, że tylko ktoś kto jest nieszczęśliwy z jakiegoś powodu, ukrywa to. Można być z czegoś dumnym, zadowolonym, czerpać z tego przyjemność, a mimo to ukrywać to. Tak jest np. z dającymi jałmużnę (Mt 6,3-4), modlącymi się (Mt 6,6), poszczącymi (Mt 6,18), a nawet z bałwochwalcami (Ez 8,9-12), cudzołożnikami (Lb 5,13), itd. Wnioski Motyla są więc tutaj zwyczajnie ponaciągane.   

W końcu będąc w szóstym miesiącu błogosławionego stanu, pogodziła się wreszcie ze szczególnym darem niebios.

Odpowiedź:

No i co z tego wynika dla tematu? Absolutnie nic. Takie to tylko wątpliwe popisy mające na celu ujawnić rzekome „poczucie humoru” u Motyla. 

Gabriel z kolei zajął się "upodobaną" przez Jahwe Miriam. Ukazał się jej i pokrótce przedstawił strategię niebios co do jej osoby. Musiała być zorientowana w personalnym składzie nieba, bowiem w chwili, kiedy ukazał się jej Gabriel, mimo, że się nie przedstawił, ona wiedziała z kim ma przyjemność. A więc, ona "pocznie" bezcieleśnie w żywocie swoim i urodzi syna, któremu nada imię Jezus. Dowiedziała się również, że to samo spotkało już nieco wcześniej jej krewniaczkę, Elżbietę, która, kłamliwie zapewniał, chwali sobie zaistniały stan rzeczy.

Odpowiedź:

            Problem w tym, że Motyl nigdzie nie wykazał, że Elżbieta nie chwaliła sobie owego „zaistniałego stanu rzeczy”.

 

Jeszcze ten niezwykle konieczny i ważny szczegół, tak charakterystyczny dla chrześcijańskich aniołów: "twarz straszna..." - jak odnotował ewangelista wygląd wysłannika boga.

 

Odpowiedź:

Nic takiego nie ma w tekście Ewangelisty.

 

Przeto i nie dziwmy się, że ani Maria, ani Elżbieta, nie miały odwagi odmówić zajścia w ciążę. Chociaż Gabriel budził w Marii przerażenie, ona pełna pokory i uległości, odpowiedziała, że owszem, może jak najbardziej urodzić. Zauważa przy tym nieśmiało: "Jakoż to się stanie, gdyż męża nie znam?" Gabriel zawyrokował, że póki co, nie musi mieć męża, bowiem "natchnie" ją osobiście duch święty. Mąż znajdzie się, ale cokolwiek później. I Maria została "natchniona", a w międzyczasie niebiosa szukały kandydata na jej męża.

Matka Zbawiciela uszczęśliwiona niecodziennym, ale boskim sposobem zajściem w ciążę, gna samotnie piechotą z Galilei do Judei, a więc bez mała 180 kilometrów do Elżbiety po to tylko, aby zdradzić jej tajemnicę cudownego poczęcia, mimo, iż Gabriel nakazał milczenie na ten temat.

Odpowiedź:

Po raz kolejny nic takiego nie ma w tekście Ewangelii. Motyl zaczął sobie już notorycznie zmyślać.

Na przestrzeni setek lat stworzono tysiące apologetycznych dzieł o Jezusie Chrystusie, Synu Bożym. I z czego czerpano fakty? Z ewangelii! Jedyne źródło informacji o człowieku, rzekomym założycielu Kościoła. Ewangelie, teksty o podejrzanej reputacji i autentyczności, niekompletne i przeredagowane wiele razy, mają stanowić dowód "w sprawie".

Odpowiedź:

No i co z tego, że przeredagowywane? Każde dzieło jest przeredagowywane przed ostatecznym wydaniem, co nie znaczy, że jego treść musi się zmieniać w sposób istotny (co najwyżej układ).

Stały się one pożywką dla wybujałej fantazji apologetów i uczonych teologów, którzy w tym faktograficznym chaosie odnaleźli boskość w jakimś człowieku; odnaleźli boga!

Odpowiedź:

            Motyl zapomniał dodać, że są one pożywką również dla wybujałej fantazji tzw. „racjonalistów”, czego dowodem jest choćby niniejszy tekst Motyla a także teksty jego kompanów – Agnosiewicza, Sykty i reszty nie mniej fantazjujących twórców Serwisu Racjonalistycznego.

RODZINA JEZUSA

Nie dziwmy się propagandowym strategom Kościoła, że manipulują ewangeliami, chcąc za wszelką cenę stworzyć określony obraz syna bożego, Jezusa.

W wydaniu Nowego Testamentu z roku 1913 (Warszawa: komentarze ks. bpa A. Szlagowskiego), takie kombinacje uwidaczniają się w całym majestacie. Ksiądz biskup był widocznie słabo natchniony pisząc swoje komentarze do tego wydania, bowiem miejscami się gubił, a to jest niepoważne.

 

Odpowiedź:

 

            Motyl też co chwila się gubi w swym niniejszym tekście, czy w takim razie to również jest niepoważne?

 

Otóż wspominając o rodzinie Jezusa twierdzi, że bracia Zbawiciela, o których mówią ewangelie, to jego "dalsi krewni", gdyż w języku hebrajskim "brat" - według niego - "oznaczał nie tylko krewnego, ale człowieka tego samego pokolenia, lub narodu, wreszcie towarzysza i przyjaciela."

Ksiądz biskup Szlagowski najwyraźniej liczy na niewiedzę czytelników, mając na uwadze zapisu Eklezjasty (1: 15): "stultorum infinitus est numerus" - głupich jest poczet nieprzeliczony. Jest nieprawdopodobnym, aby autorzy greckich oryginałów ewangelii, nie zdawali sobie sprawy z różnicy znaczenia słowa: "brat" (rodzony), a "brat" w rozumieniu podanym przez komentarz, a do tego nie brali pod uwagę kontekstu w jakim go używali.

 

 

Odpowiedź:

 

To, że z powodu nikłej wiedzy filologicznej Motyla coś wydaje mu się nieprawdopodobne, wcale nie znaczy, że takie to naprawdę jest. Tymczasem bp. Szlagowski ma rację, gdyż słowo „brat” w języku hebrajskim (a nawet w grece NT – np. Dz 1,15-16 mówi o 120 braciach Piotra, którzy nie mogli być jego rodziną z powodu tak dużej liczby) znaczy nie tylko krewnego, ale człowieka tego samego pokolenia (por. np. Lb 18,2 – „bracia twoi z pokolenia Lewiego” – et-‘eheika matteh lewi), lub narodu. Wystarczy zajrzeć do jakiegokolwiek słownika jęz. hebrajskiego (rzecz zbyt trudna do wykonania i niespotykana wręcz u piszących na łamach Serwisu Racjonalistycznego, stąd nie dziwię się, że i Motyl tego nie zrobił), aby się o tym przekonać.

 

Ale świątobliwy biskup brnie jeszcze dalej...

Czyni w jednym miejscu odsyłacz do Łukasza (2: 7), który zapisał, że "Jezus był jednorodzonym"! W Nowym Testamencie nie ma takiego określenia, poza Janem, co biskup zresztą pomija słusznym milczeniem, gdyż ta terminologia (Jan1: 14,18; 3: 16,18; i 4: 9), ma całkiem inne, specjalne znaczenie. Idąc za wskazaniem ks. biskupa, sprawdzam ów zapis u Łukasza i ogarnia mnie zdumienie! Nie ma tam słowa: "jednorodzony", ale "pierworodny" (sic!), co jest zgodne z innymi wersetami Nowego Testamentu.

Czytamy u Łukasza: "I stało się, gdy tam (w Betlejem) byli, wypełniły się dni, aby porodziła. I porodziła syna swojego pierworodnego."

Vulgata, łaciński przekład Biblii poprawiony i uzupełniony, a nade wszystko zideologizowany przez Hieronima (ze Strydonu ok. 340 - ok. 420), ma ten sam zwrot także u Mateusza (1: 25): "Porodziła syna swego pierworodnego". Chyba nikt o odrobinie zdrowego rozsądku, nie uzna słów: "pierworodny" a "jednorodzony" za jedno i to samo?! Cała ta katolicka kombinacja komentarzowa jest podyktowana koniecznością wyeliminowania rodzonych sióstr i braci Jezusa Chrystusa. W ten sposób ratuje się dogmat o dziewictwie Miriam, tak ukochany w rzymskim wyznaniu, a szczególnie na Jasnej Górze.

 

Odpowiedź:

 

            Motyl czepił się tu jednego błędu w argumentacji biskupa i wyolbrzymia go do niebotycznych rozmiarów niemalże katastrofy, jakby to coś zmieniało, że w Łk 2,7 Jezus nie jest nazwany jednorodzonym. Przecież dziś nikt z katolickich apologetów nie używa takiego argumentu (szczerze mówiąc nic mi nie wiadomo, czy poza bp. Szlagowskim ktokolwiek kiedykolwiek tego argumentu używał), więc po co ten raban? Dziwne, że w swej polemice Motyl zabiera się za polemikę z tekstami katolickimi z 1913 roku, kiedy to katolicka biblistyka w Polsce była w zasadzie w powijakach i raczkowała. Czy „postępowy racjonalizm” może być zarazem tak uwsteczniony?

 

Manipulując zapisami ewangelicznymi, jedno się zakłamuje, by drugie mogło funkcjonować jako prawda.

Kościół nie akceptując rodzeństwa Jezusa naucza, że mowa tu o "braciach i siostrach ciotecznych", rzekomym potomstwie jakiegoś bliżej nieznanego Alfeusza i Marii, krewnej matki Jezusa.

Symeon, syn Kleopasa był kuzynem Jezusa. Po śmierci Jakuba Sprawiedliwego, zasiadł na stolicy jerozolimskiej. Miał zostać ukrzyżowanym w wieku 120 lat za rządów cesarza Trajana (98-117). Hegesippos mówi, że Symeon został oskarżony... Ale przywołajmy tu jego słowa:

"Rzecz oczywista, że niektórzy z tych właśnie heretyków oskarżyli Szymona, syna Kleopasa, iż jest potomkiem Dawida i chrześcijaninem." Dalej powiada, że jeszcze "inni potomkowie jednego z tak zwanych braci Zbawicielowych, a mianowicie Judasza, dożyli czasów tego samego cesarza..."

 

Odpowiedź:

 

No i co? Czy cokolwiek z tego co tu pisze Motyl dowodzi, że Jezus miał rodzeństwo, lub Symeon nie był kuzynem Jezusa? Nie. Natomiast fakt, że Hegezyp mówi o „braciach Zbawicielowych” też nie dowodzi, że chodzi tu o rodzeństwo, bo w grece również słowo „brat” (tak jak w jęz. hebrajskim) oznacza braci innych niż bracia rodzeni (kuzyni, bracia przyrodni z innej matki, itd.). Niżej napiszę o tym szerzej.

 

W posłannictwo Jezusa nie wierzyli nawet jego najbliżsi, łącznie z natchnioną boskim nasieniem, matką. Jego choleryczne usposobienie doprowadziło w końcu rodzinę do przekonania, że on po prostu zwariował! Tego szczegółu nie można lekceważyć. I dobrze się stało, że do takiego wniosku doszła jego rodzona matka, bracia i siostry. W moich ustach podobne stwierdzenie, nabrałoby cech bluźnierstwa. Ale w końcu niby dlaczego Jezus Chrystus miałby być pozbawiony negatywnych cech charakteru człowieka, skoro nim był?

"I przyszli do domu. I zbiegła się znowu rzesza, tak iż nie mogli ani chleba jeść. A gdy usłyszeli swoi, wyszli, aby go pojmali; bo mówili: Iż oszalał" (Mk.3: 20-21).

 

Odpowiedź:

 

To niczego nie dowodzi. Apostołowie również przechodzili chwile zwątpienia odnośnie misji Jezusa, mimo iż im również ukazano wiele znaków nadprzyrodzonych, potwierdzających tę misję. Wątpienie i dziwienie się jest nieodłącznie wpisane w naturę ludzką.

 

Rodzeństwo Zbawiciela z matką na czele, w niczym nie podzielali jego zapatrywań. Zarzucano Miriam, że tak dalece przejmowała się boskością swojego syna, że mimo, iż inne, obce niewiasty, wyznawały jego nauki, jej ani było w głowie słuchać tego, co miał do powiedzenia. Zresztą Jezus wyparł się własnej matki i rodziny, mówiąc: "Matka moja i bracia moi ci są, którzy słowa Bożego słuchają i czynią." (Łk. 8: 21). Gardząc własną rodziną, tym bardziej mógł zalecać innym, aby porzucali swoje i szli tylko za nim.

 

 

Odpowiedź:

 

            Kolejna dość życzeniowa interpretacja Łk 8,21. Wystarczy spojrzeć w paralelny tekst (Mt 12,46-50) aby przekonać się, że Jezus wcale nie wypiera się tu Matki. Co najwyżej podkreśla, że więzy duchowe są ważniejsze niż więzy krwi.

 

 

Dzieje Apostolskie mówią, iż w wieczerniku "trwali jednomyślnie na modlitwie z niewiastami i z Marią, matką Jezusa, i z braćmi jego." (1: 14)

Józef Flawiusz wspomina, że w roku 62 żydowski arcykapłan Annasz, "stracił Jakuba, brata Jezusa, którego nazywano Chrystusem, i kilku innych."

Przywołam tu jeszcze biskupa Euzebiusza ( z Cezarei ok. 264-ok. 340). "Oto obszerne opowiadanie Hegesipposa, zgodne z Klemensem. Jakub taki podziw wzbudził i taki powszechny z powodu swej sprawiedliwości pozyskał rozgłos, że nawet rozsądni Żydzi przypuszczali, iż jego męczeństwo stało się przyczyną oblężenia Jerozolimy, które się natychmiast potem rozpoczęło, a spadło na nich nie dla czego innego, tylko dla krwawej, na nim zbrodni. Józef nie wahał się to samo podzielać zdanie, kiedy pisał: "Te nieszczęścia spadły na Żydów jako pomsta za Jakuba Sprawiedliwego, który był bratem Jezusa, zwanego Chrystusem, jako, że Żydzi go zamordowali, chociaż był wzorem człowieka sprawiedliwego.""

W znanych nam tekstach Flawiusza nie ma co prawda takiej informacji, jednakże ten fakt ten, może nasuwać przypuszczenie graniczące z pewnością, iż ten fragment został usunięty przez fałszerzy. Prawdopodobnie Euzebiusz przytoczył owe słowa z najstarszych pism Flawiusza, które były jemu dostępne, a które nie zostały jeszcze ocenzurowane przez Kościół.

I nieco dalej Euzebiusz pisze: "Ten sam Domicjan wydał rozkaz zgładzenia wszystkich, którzy się wywodzili z rodu Dawidowego, a stare podanie mówi, że jacyś heretycy oskarżyli potomków Judy, brata Zbawiciela naszego, iż to oni właśnie się wywodzą z rodu Dawidowego i są krewnymi samego Chrystusa. Podaje to Hegesippos..."

A Hegesippos odnotował: "Z rodziny Pańskiej żyli jeszcze wnukowie Judy, tak zwanego brata Pańskiego, według ciała. O nich to doniesiono, że pochodzą z rodu Dawidowego. Ewokat stawiał ich przed cesarzem Domicjanem, który się lękał przyjścia Chrystusowego, tak właśnie jak Herod, i spytał ich, czy pochodzą od Dawida. A oni odpowiedzieli, że tak. Tedy pytał ich, jak wielkie mają posiadłości, albo jak wielki jest ich majątek. Oni zaś rzekli, że obydwaj razem posiadają tylko dziewięć tysięcy denarów, każdy po połowie, i to, jak mówili nie w gotówce, ale w wartości 39 pletrów ziemi, z której płacą podatki i z której uprawy się utrzymują. Poczem pokazali ręce swoje, a na dowód swej pracy przedstawili szorstkie swe ciało i na swych rękach odciski, jako ślady roboty codziennej. Zapytani zaś o Chrystusa i królestwo Jego, jakie by ono było, i gdzie i kiedy się zjawi, odrzekli, że nie jest z tego świata, ani z tej ziemi, ale że jest niebieskie i anielskie, że się urzeczywistni na końcu świata, kiedy On przyjdzie w chwale i sądzić będzie żywych i umarłych, i każdemu odda według czynów jego. Wobec tego Domicjan żadnej się w nich nie dopatrzył winy, ale odwrócił od nich ze wzgardą, jak od prostaków. Puścił ich wolnych i rozkazał zaniechać prześladowania Kościoła. Oni zaś po swym uwolnieniu zarządzali kościołami, jako męczennicy i krewni Pańscy..." Tyle w tej sprawie Hegesippos.

Czy mamy tu do czynienia z jakąś rodzinną sagą, mówiącą o różnych spadkobiercach "domu dawidowego" roszczących sobie prawa do tronu Izraela? Co rusz okazuje się, że ci, którzy działali z Jezusem, to jego bliższa lub dalsza rodzina: "bracia i siostry cioteczni", (o rodzeństwie nie mogło być mowy).

 

Odpowiedź:

 

            Żaden z powyższych tekstów starożytnych tak licznie przytaczanych przez Motyla nie mówi o rodzeństwie Jezusa. W tych tekstach mówi się co najwyżej o Jego „braciach”, co jest już o wiele mniej jednoznaczne, bowiem greckie słowo adelfos (brat), tak samo jak hebrajskie ‘atim (oznaczające braci)[4] poza rodzeństwem oznacza także braci nie urodzonych z jednej i tej samej matki. W takim znaczeniu używa tego słowa NT, gdy podaje, że Herod, syn Mariamme, jest „bratem” (adelfou) Filipa, syna Maltake (Mt 14,3, Mk 6,17n), i „bratem” (adelfou) Filipa, syna Kleopatry (Łk 3,1). Wspomniani trzej bracia nie byli braćmi rodzonymi z jednej matki, co wiadomo z historii świeckiej[5], a mimo to NT mówi o nich jako o „braciach” (adelfou), tak samo jak mówi o braciach Jezusa (por. Rdz 20,12 w LXX, gdzie stosuje się termin adelfe wobec siostry przyrodniej).

 

            Innym autorem, który w czasach powstawania NT stosował greckie słowo „brat” (adelfos) wobec krewnych nie będących rodzeństwem, był Józef Flawiusz, stosujący to słowo wobec kuzynów[6].

 

             Na tym nie koniec. Już przed czasami NT autorzy semiccy piszący po grecku za pomocą terminu „bracia” określali krewnych, którzy nie byli rodzeństwem. Grecki tekst ST, Septuaginta, używała słowa adelfos – „bracia”, nie tylko wobec braci ciotecznych, ale nawet wobec krewnych stopnia bratanka, siostrzeńca. Np. w Rdz 13,8 i 14,12.14 czytamy o Locie, który był synem Harana, brata Abrahama (Rdz 11,27; 11,31), czyli po prostu bratankiem Abrahama, że jest „bratem” (adelfoi – Rdz 13,8; adelfos – Rdz 14,14; adelfon – Rdz 14,16) Abrahama. Rdz 29,15 podaje, że Laban jest „bratem” (adelfos) Jakuba, choć był on jego siostrzeńcem (Rdz 29,10-12). Septuaginta w Kpł 10,4 nazywa braćmi Miszaela, Elsafana, Nadaba i Abihu, choć mieli oni różnych ojców: Aarona i Uzzjela (por. Kpł 10,1.4). W Joz 17,4 córki Selofchada nazywają braćmi (adelfon) pewnych swoich krewnych, choć ściśle rzecz biorąc, są to bracia nie ich, ale ich ojca (adelfois tou patros auton)[7].

 

            Autorzy piszący po grecku w czasach Jezusa przenieśli więc z języka hebrajskiego i aramejskiego na język grecki zasadę określania wszelkiego pokrewieństwa mianem „brat”. Jak już wyżej wspomniałem, w językach semickich nie istniały bowiem w tym czasie osobne terminy mogące oznaczać brata ciotecznego, kuzyna, szwagra, siostrzeńca czy bratanka. Zatem, skoro termin „bracia” również jest stosowany w literaturze greckiej z czasów Jezusa na określenie tak wielostopniowego pokrewieństwa (brata ciotecznego, kuzyna, szwagra, siostrzeńca czy bratanka), to tym samym gdy wskazane przez Motyla teksty greckie mówią o „braciach” Jezusa, to nie jest to żaden dowód na to, że chodzi tu o braci rodzonych.

 

 

Jan Ewangelista mówi, że "i bracia jego weń nie wierzyli." Ale wierzyli obcy, apostołowie i uczniowie!

 

Odpowiedź:

 

            I to ma być „dowód” na to, że ci „nie wierzący bracia” Jezusa to byli bracia rodzeni? A czemu kuzyni Jezusa nie mogliby być tymi „niewierzącymi braćmi”? Oczywiście, że mogli. Tylko wiara Motyla może podpowiadać mu, że w tym tekście chodzi o braci rodzonych. Tylko wiara, bo z punktu widzenia tekstu absolutnie to nie wynika. 

 

Mateusz: (13: 55-56), Marek: (3: 31;6: 3), Łukasz: (8: 19), Jan: (2: 12;7: 3-5; 20: 17), Dzieje Apostolskie (1: 14),a także Listy Pawła: I Kor. (9: 5) i do Gal. (1: 19), że wymienię tylko niektóre, mówią jednoznacznie o rodzeństwie Jezusa, a przyjmują to również inne Kościoły chrześcijańskie.

 

Odpowiedź:

 

            Żaden z tych tekstów nie mówi „jednoznacznie o rodzeństwie Jezusa”. W tekstach tych mówi się tylko o „braciach” (adelfoi) Jezusa, co zupełnie zmienia sprawę i jest już bardzo niejednoznaczne. Jak wyżej pisałem w oparciu o wiele przykładach zastosowania słowa adelfos, słowo to może oznaczać pokrewieństwo wielostopniowe (brata ciotecznego, kuzyna, szwagra, siostrzeńca czy bratanka). 

 

Ponieważ koncepcja narodzenia z dziewicy Miriam w papieskim wyznaniu jest dogmatem, więc ideologia wzięła górę nad wszystkim. Tym bardziej nad prawdą!

 

Odpowiedź:

 

            Jak dotąd, w sprawie „rodzeństwa Jezusa” górę nad prawdą bierze przede wszystkim ideologia takich „racjonalistów” jak Motyl. Z tekstów, jakie on analizuje w ogóle bowiem nie wynika, że Jezus miał rodzeństwo, on jednak jakimś cudem wciąż twierdzi na podstawie tych tekstów, że Jezus rodzeństwo miał. Nie jest to rzetelne wyciąganie wniosków, jest to zwykła demagogia, hołdowanie jakiejś antykatolickiej ideologii własnej, nic więcej. No bo kto powiedział, że ateizm, racjonalizm, agnostycyzm, czy jak oni tam siebie jeszcze zwą, z góry uwalnia kogoś od jakiejś własnej opartej na fideizmie filozofii, od kierowania się uprzedzeniami i uprzednimi założeniami, czy posiadania swego rodzaju własnej ideologii, innej co prawda niż przekonania wyznaniowe, ale jednak? Nie uwalnia, z psychologicznego, socjologicznego i filozoficznego punktu widzenia jest to wręcz niemożliwe.     

 

Sąsiedzi znający Jezusa i jego rodzinę, którzy wiele lat go nie widzieli, pytają się na jego widok: "Czyż ten nie jest syn rzemieślniczy? Czyż matki jego nie zowią Maria, a braci jego: Jakub, i Józef, i Szymon, i Judasz? I siostry jego czy nie wszystkie są u nas?" (Mt. 13: 55-56)

Marek pisze o tym samym: "Izali ten nie jest rzemieślnik, syn Marii, brat Jakubów i Józefów, i Judaszów, i Szymonów? Azaż i sióstr jego tu u nas nie masz? (6: 3)

 

 

Odpowiedź:

 

To również nie jest dowodem na to, że Jezus miał rodzeństwo. W tekstach tych po raz kolejny mówi się tylko o „braciach” (adelfoi) Jezusa, co zupełnie zmienia sprawę i jest już bardzo niejednoznaczne. Jak wyżej pisałem w oparciu o wiele przykładów zastosowania słowa adelfos, słowo to może oznaczać pokrewieństwo wielostopniowe (brata ciotecznego, kuzyna, szwagra, siostrzeńca czy bratanka). Cała argumentacja Motyla opiera się wciąż na jednym wielkim niedoinformowaniu w zakresie znaczenia terminów użytych w tekście greckim, który on cytuje za różnymi tłumaczeniami.

 

 

 

A cóż mam powiedzieć o "jednym z uczniów jego, siedzącym na łonie Jezusowym, którego miłował Jezus..."do tego stopnia, iż ten mógł "kłaść się na piersiach Jezusa."!? (J. 13: 23-25). Gdyby wierzyć ewangeliom mówiącym o tych szczególnych przejawach miłości Jezusa do tego chłopca-ucznia, możemy mieć na myśli jedynie negatywne skojarzenia i podejrzenia. Ale Kościół twierdzi, że "umiłowanym uczniem" Jezusa, był Jan Ewangelista.

Jezus był wątłej budowy ciała, a więc raczej jest wątpliwym, aby trzymał na kolanach dorosłego mężczyznę, na dodatek tulącego się do niego!

 

Odpowiedź:

 

Tu po raz kolejny kłania się niewiedza Motyla o realiach, w temacie których się on wypowiada. Otóż tekst J 13,12 mówi o tym, że sytuacja w której Jan spoczął na kolanach Jezusa zaistniała w trakcie posiłku apostołów i Jezusa. W tamtych czasach w Palestynie ucztowano również na leżąco[8], więc nie było żadnego problemu, żeby mimo wątłej budowy ciała Jezusa Jan mógł spoczywać na Jego kolanach. Jak widać, Motyl nie orientuje się nawet w podstawowych realiach kulturowych tamtego czasu, stąd takie farmazony potem wypisuje.      

 

Ile lat mógł wówczas liczyć Jan? Kim była jego matka?! Mógł Jan apostoł być najmłodszym bratem Jezusa? I z pewnością był!

Zbawiciel wskazał matkę Jana w niecodziennych okolicznościach. Do tej pory nie mówił Janowi, kto jest jego matką. Ujawnił mu to dopiero niemal w chwili swojej śmierci. "A stały podle krzyża Jezusa matka jego, i siostra matki jego, Maria Kleofasowa, i Maria Magdalena. Gdy tedy ujrzał Jezus matkę i ucznia, którego miłował, stojącego, rzekł matce swojej: Niewiasto, oto syn twój. Potem rzekł uczniowi: Oto matka twoja. I od onej godziny wziął ją uczeń pod swą pieczę." (J. 19: 25-27) Wygląda na to, że Jan nie miał w ogóle pojęcia, kto jest jego matką!

Powiada Jan, że Jezus "rzekł matce swojej: Niewiasto, oto syn twój. Potem rzekł uczniowi: Oto matka twoja." A więc mamy dowód, że Jan apostoł jest najmłodszym bratem Jezusa zwanego Chrystusem! Czyli Niepokalane Poczęcie miało po Jezusie przynajmniej jeszcze jedno dziecko. Ale kto był jego ojcem?

Darujmy sobie wywody Kościoła, którymi stara się "przerobić" fizyczną matkę Jezusa i Jana w "duchową", którą Jan ma się zaopiekować po śmierci Zbawiciela.

 

 

Odpowiedź:

 

            Tutaj Motyl przekroczył już wszelkie granice absurdu (takiego błędu i wpadki nie zrobił jeszcze żaden znany mi krytykant Biblii). Wspomnę więc tylko, że Matka Jezusa nie mogła być matką Jana apostoła, choćby dlatego, że Ewangelie identyfikują matkę Jana z matką Jakuba, matką synów Zebedeusza (por. Mk 10,35n. w zestawieniu z Mt 20,20n.). 

 

Nie mówmy też o hipokryzji Kościoła, który w fakcie wzajemnej prezentacji Miriam i Jana, widzi "Chrystusa dającego przykład, jak dzieci powinny dbać o rodziców." A przecież nie tak dawno jeszcze, Jezus namawiał do porzucenia rodziny i zabronił grzebać własnych rodziców.

 

Odpowiedź:

 

Raczej pozostawił to grzebanie innym, bowiem były pilniejsze rzeczy (działalność misyjna). Nie był to więc brak szacunku do nikogo, a nawet gdyby tak było, to stosunek do zmarłych nie przekłada się zresztą na stosunek do żywych. Motyl zupełnie nie wziął tego pod uwagę w swej powyższej „argumentacji”.  

 

Nie dziwmy się jednak, że Jezus lekceważył swoją matkę.

 

Odpowiedź:

 

Z żadnego z przytoczonych przez Motyla tekstów nie wynika, że Jezus lekceważył swoją Matkę. 

 

Ona nie lepiej go traktowała, kiedy był jeszcze dzieckiem. Uwidoczniło się to w drodze powrotnej ze świętego miasta, gdzie Zbawiciel szkolił niedouczonych mędrców. "A mniemając, że on był w towarzystwie uszli dzień drogi i szukali go między krewnymi i znajomymi. A nie znalazłszy, wrócili do Jeruzalem, szukając go." (Łk. 2: 44-45) Miriam, matka Jezusa, Józef, krewni oraz znajomi, musieli wracać w doskonałych humorach, skoro zapomnieli o swoim boskim dziecku. Dopiero po trzech dniach, zorientowali się, że "coś" im zginęło i zaczęli poszukiwania. To są skutki miłości matczynej, której dosłownie "wmówiono dziecko w brzuch".

 

Odpowiedź:

 

            Po pierwsze, nie jest tak, że „dopiero po trzech dniach zorientowali się”, że Jezus im się zgubił, przeciwnie po trzech dniach go już znaleźli (Łk 2,46). Motyl nie potrafi nawet dobrze pojąć tekstu z jakim polemizuje. Po drugie, już po jednym dniu zorientowali się (Łk 2,44), że Jezus im się zgubił. Wreszcie, cała sytuacja nie zaistniała na skutek braku miłości Matki do Syna, była efektem zwykłego zgubienia się dziecka. Czy giną tylko dzieci niekochane? Oczywiście, że nie. Nie wiem co to zresztą ma wspólnego z rodzeństwem Jezusa.

 

Jan Lewandowski     

 

             



[1] Bogdan Motyl, Maria, Jezus i jego rodzeństwo, http://www.neutrum.racjonalista.pl/kk.php/s,2499 .

[3] Por. Remigiusz Popowski, Słownik grecko-polski Nowego Testamentu, Warszawa 1997, str. 147.

[4] Por. G.M. Bartosik, Z Niej narodził się Jezus, Niepokalanów 1996, s. 37.

[5] Drzewo genealogiczne tych braci – por.: Encyklopedia biblijna, Warszawa 1999, s. 395.

[6] Por. J. Flawiusz, Dawne Dzieje Izraela, 1, 209 i 211; tenże, Wojna żydowska, 6, 6, 4-7,1.

[7] Por. też G.M. Bartosik, Z Niej narodził się Jezus, dz. cyt., s. 37.

[8] Por. choćby Encyklopedia biblijna, dz. cyt., s. 1302, hasło: Uczta.

Zgłoś artykuł

Uwaga, w większości przypadków my nie udzielamy odpowiedzi na niniejsze wiadomości a w niektórych przypadkach nie czytamy ich w całości

Komentarze są zablokowane