Grzegorz Żebrowski

Tradycjonalizm cz II

dodane: 2020-09-09
Część druga polemiki z tradycjonalizmem. Omówienie modernizmu, przysięgi antymodernistycznej, rzekomych owoców Soboru Watykańskiego II, ekumenizmu, oraz innych zagadnień

Witam Państwa w kolejnej części naszej rozprawki z tradycjonalizmem. W poprzedniej części1 omówiliśmy sobie podstawowe zagadnienia związane z tradycjonalizmem, jak to rozumieć, dlaczego jest to zagrożenie, poruszyliśmy problem nieomylności papieża, rozróżniliśmy pojęcie nieomylności i nieodwołalności, zilustrowaliśmy to przykładami z Biblii, a tym samym omówiliśmy takie zagadnienia jak rzekoma nieodwołalność natchnionych wypowiedzi papieży, problem związany z pojęciem mszy wszech czasów, za którą tradycjonaliści uważają mszę trydencką, jak rozumieć pojęcie tradycji, oraz cały ten problem odnieśliśmy do słów św. Pawła z listu do Galatów, który przestrzega nas od przyjęcia innej nauki. Dlatego też przed obejrzeniem tego odcinka zachęcam gorąco do obejrzenia części pierwszej, jeśli ktoś jeszcze nie oglądał. W dzisiejszym odcinku pochylimy się na chwilę nad przysięgą antymodernistyczną, dlaczego została zniesiona przez Pawła VI, jak i problemu samego modernizmu. Powiemy sobie również o zarzutach wobec SVII od strony rzekomych skutków tego soboru, które przytaczał słynny tradycjonalista - prof. Roberto de Matei. No i oczywiście nie może zabraknąć tutaj wątku dotyczącego ekumenizmu.

 

A więc po kolei. Proponuję zacząć od wątku dotyczącego modernizmu i modernistów.

Czym jest ten modernizm. Prawdę powiedziawszy nie udało mi się znaleźć precyzyjnej i jednoznacznej definicji, ale wiadomo, że jest to pewien trend myślowy, z którym zetknął się papież św. Pius X i określił to jako matka wszelkich herezji. Ksiądz Bańka na swoim kanale2 wskazuje nam nam to, że jest to opieranie się na wywodach uczuciowych, że istnienie religii jest wynikiem jakiegoś uczuciowego instynktu, potrzeby wierzenia w coś, zamiast na ścisłym rozumowaniu, że cała religia jest odpowiedzią na te uczuciowe potrzeby społeczeństwa, że każda religia jest dobra itp.

 

 

Jednakże jak rozumiano ten trend ukazuje nam chociażby taki oto dość popularny w tamtym czasie obrazek schodów w którym na górze mamy chrześcijaństwo, a kolejne stopnie to takie jak zakwestionowanie nieomylności biblii, człowiek nie został stworzony na podobieństwo boże, kwestionowanie autentyczności cudów, zaprzeczenie w dziewicze poczęcie, brak bóstwa Jezusa, zaprzeczenie pokuty, zaprzeczenie zmartwychwstania, agnostycyzm, a konsekwencją tych nauk był ateizm, który został ukazany jako finalny stopień tych schodów.

Czyli główną istotą tego modernizmu, z jakim zetknął się ten wspomniany papież jako rozmydlenie i odarcie chrześcijaństwa z jego nadprzyrodzonego wymiaru, pierwiastka i sprowadzenie to do jakiejś przenośni, legendy, zakwestionowania autentyczności tego przekazu. To moderniści uważali, że autentyczności Boga nie da się udowodnić, co miałoby podważać jego autentyczność. Odpowiedzią papieża na ten trend było wprowadzenie przysięgi antymodernistycznej, którą obowiązkowo musieli składać duchowni, nauczyciele seminariów i szkół teologicznych, a która zobowiązywała ich do całkowitego odrzucenia tego trendu. I ta przysięga obowiązywała od 1910 roku, a została zniesiona przez papieża Piusa VI.

 

No i niestety dochodzimy do głównego punktu tego wątku problemu modernizmu, a mianowicie pretensji tradycjonalistów skierowanych wobec Pawła VI za zniesienie tej przysięgi. No bo przecież modernizm był matką wszelkich herezji, bo przecież ta herezja wówczas nie ustała, ale była przez cały czas obecna, a założenia tej przysięgi były dobre.

 

Oczywiście nie moim celem było dochodzić, czy ta herezja w chwili uchylenia tej przysięgi istniała, czy też nie istniała, dlatego też oczywiście hojnie przyznam im rację pod tym względem, czyli założę, że faktycznie wciąż istniała. Oczywiście nie mam zamiaru kwestionować, że jej treść była dobra (choć mam pewne wątpliwości czy z perspektywy 67 roku, kiedy była zniesiona, to była ona wciąż jeszcze dobra. Również nie potrafiłem dotrzeć do informacji, z jakiego dokładnie powodu Papież św. Paweł VI ją zniósł. Jednak mimo tego chciałbym pokazać, że powody, dla których ten papież ja zniósł mogły jak najbardziej być zasadne - choć nie znam ich dokładnie, to jednak chcę pokazać ich przykłady, a tym samym pokazać, że takowe - właśnie te powody - mogły istnieć.

 

Po pierwsze, to zastanówmy się, czy herezja modernizmu jest jedyną herezją w Kościele? Przecież herezjami są również nauki Świadków Jehowy, nauka Mormonów, Kalwinistów, Unitarianów i wiele wiele innych. I proszę zauważyć, że takie herezje jak najbardziej są obecne, nie są wymarłe jak np. poglądy albigensów. Dlaczego zatem nikt nawet nie myśli o tym, aby składać przysięgi przed takimi herezjami? Odpowiedź zdaje się tutaj być prosta. Mimo iż takie herezje wciąż realnie istnieją, to jednak nie stanowią aż tak wielkiego problemu - apologetyka przeciw takim poglądom dobrze działa, już nie zbierają aż tak masowego żniwa, takie poglądy nie są w żaden sposób uznawane za będące "trendy" a więc tym samym nie ma najmniejszego powodu, aby ich zakazywać na poziomie uroczystej przysięgi. Naturą zakazów wobec pewnych poglądów jest to, że może budzić on większy sprzeciw, może być rozumiane jako oznaka, że ten, który zakazuje, czegoś się boi, albo z czymś sobie może nie radzić. Problem, z jakim zetknął się św. Pius X mógł być zupełnie inny. Wówczas takie nowinki były na samym topie ówczesnej mody światopoglądowej, były uznawane jako przejaw nowoczesności, iścia z duchem czasu i współczesnej nauki, a tym samym mogły wówczas zbierać dość spore żniwo. Dlatego samo nakazywanie obowiązkowego powstrzymywania się od przyjmowania pewnej szkodliwej nauki niekoniecznie musi być uznawane jako najlepsze antidotum przed jej założeniami. Owszem - może być to dobre, gdy jest ona na czasie, jest modna i nowoczesna, gdy właściwa apologetyka jeszcze nie jest na nią przygotowana. I tutaj rzeczywiście praktyka pokazuje, że po uchyleniu tej przysięgi Kościół nie zanegował najważniejszych prawd naszej wiary takich jak wspomniane: Bóstwo Chrystusa, autorytet Biblii, dziewicze poczęcie, cuda Jezusa, Jego zmartwychwstanie - a jak zdarzają się sytuacje, w których ktoś tym prawdom zaprzecza, to są to jednak sytuacje zupełnie marginalne, tak że nie dają wystarczającego powodu, aby globalnie robić z tego wielkiego problemu i zakazywać wszystkim takiego kierunku myślenia.

 

Nie da się również wykluczyć, że powodem do uchylenia przysięgi antymodernistycznej mogła być również obawa papieża, że będzie ona niewłaściwie rozumiana i w ten sposób stanowiła utrudnienie w wprowadzeniu Nowej Mszy, która wtedy była już w jego planach, jako kolejny etap wprowadzania reform w Kościele.

 

Jeszcze innym powodem który mógł przyczynić się do uchylenia tejże przysięgi mogła być pewna niezgodność jej niektórych założeń z pewnym stanem faktycznym, który naturalnie wyewoluował w tamtym czasie w Kościele. Są tam pewne stwierdzenia, które mają prawo być uznawane za... nazwijmy to - "nieaktualne". Dla przykładu - jednym z nich jest przekonanie, że istnienie Boga można udowodnić. Ten wstęp z tej przysięgi był oczywiście odpowiedzią na postulaty modernistów, którzy uważali, że brak możliwości udowodnienia istnienia Boga może przemawiać za Jego nieistnieniem. No i niestety tutaj częściowo ci moderniści mają rację, że faktycznie istnienia Boga nie da się udowodnić, ale niestety mylą się ogromnie twierdząc, że to przemawia przeciwko Jego istnieniu. Tutaj aby ukazać ich błąd, wystarczy tylko zwrócić uwagę, że nasza wiara nie opiera się na dowodach, ale na przesłankach - innymi słowy - nie mamy dowodów na to, aby wierzyć, ale mamy dobre powody, aby wierzyć - a to jest zasadnicza różnica. Kościół przedsoborowy w sposób szczególny żył teologią św. Tomasza z Akwinu - myślę, że większość z nas słyszała o jego 5 dowodach na istnienie Boga - czasem jest to znane jako drogi św. Tomasza. I przypuszczam, że chyba na tym Kościół przede wszystkim opierał te dowody. Jednakże przyszedł takim moment, w którym te teorie poddano znaczącej krytyce. I takim przykładem mogło być wystąpienie w 1962 roku Mesliera, który podał dość ważne argumenty przeciwko tym teoriom - czyli dosłownie na kilka lat przed zniesieniem tej przysięgi. Ja osobiście się dziwię, że tak późno, bo dla mnie od samego początku coś w tych dowodach nie grało. Dla przykładu - postulat o stopniowaniu doskonałości... św. Tomasz uważał, że byty mają różną doskonałość, a więc są byty, które są doskonalsze od innych, a od nich są jeszcze bardziej doskonałe. A tym samym musi być jakiś byt, który z nich wszystkich jest najdoskonalszy. I tym najdoskonalszym bytem jest Bóg. Jednak słabość tej teorii jest taka, że istnienie bytu doskonalszego od wszystkich innych pozostałych jeszcze nie oznacza, że ten byt jest absolutnie doskonały. Jest jedynie najdoskonalszy ze wszystkich innych, co nie implikuje z automatu istnienia absolutnej doskonałości i Bóstwa. Być może istnieje człowiek, który jest wyższy od wszystkich innych ludzi, najwyższy wszech czasów, co nie oznacza, że jest on absolutnie wysoki.

Innym przykładem takiej argumentacji jest argument z ruchu - że skoro jest ruch, to oznacza, że musiało być coś, co wywołało ten ruch - jakiś poruszyciel. I ten poruszyciel, żeby mógł poruszyć, to sam musiał być poruszony. Tak więc ten argument zmierza do tego, że pierwszym poruszycielem musiał być Bóg. Jedak taki dowód ma niestety poważną wadę... Bo w taki sposób to można by się było zapytać: no dobra, ale skoro tak, to kto lub co poruszyło Boga? Skoro uważamy, że wszystko co wywołuje ruch, musiało być wcześniej poruszone, to dlaczego tej zasadzie ma podlegać wszystko oprócz... Boga? A jeśli z kolei Bóg nie został poruszony, ale za to sam poruszał, to z tego wniosek, że może istnieć sytuacja, w której coś nieporuszonego mogło poruszyć inne byty. Skoro tak, to dlaczego tej zasady nie zastosować do materii, że było coś, co co prawda samo nie było poruszone, ale za to nadało ruch innym bytom. Taka argumentacja z jednej strony zakłada, że absolutnie nic z siebie nie mogło istnieć, a z drugiej strony zakłada, że akurat Bóg to mógł sam z siebie istnieć. Taka koncepcja zakłada, że musiało być jakieś pierwsze ogniwo i właśnie istnienie Boga uzasadnia tym, że tym pierwszym ogniwem musiał być Bóg - tak więc mamy dowodzenie Boga przez zakładanie istnienia Boga - a to się robi takie błędne koło. W czym jest tutaj jednak problem? Otóż nawet jeśli hojnie przyznać tutaj rację, że musiało być jakieś pierwsze ogniwo, to dalej nie ma podstaw, aby w to miejsce wstawić akurat Boga, absolut wieczny, doskonały i nieśmiertelny. Kiedyś Wybrańczyk podał alternatywną hipotezę, która również przystawała na ten postulat o pierwszym bycie, który to wszystko zapoczątkował. Mogła to być np. jakaś wróżka o potężnej mocy, która swoje istnienie zakończyła potężnym wybuchem w kosmosie, z którego narodził się wszechświat. I tutaj proszę zauważyć - w takiej koncepcji też jest pierwszy byt, pierwsze ogniwo tego łańcucha, który nadał istnienie, zapoczątkował ruch, dał energię, ale pokazuje, że jego obecne istnienie tu i teraz wcale nie musi być oczywiste. A takich koncepcji może być nieskończenie wiele - że mogło być wiele równoległych odwiecznych bytów, które nie były absolutami, ale miały wystarczającą moc do stworzenia świata i które po jego stworzeniu zakończyły swoje istnienie itd.

 

Tak więc jest to klasyczny przykład postulatu-samobójcy, czyli samoobalającego się argumentu. I właśnie w podobny sposób zostały w 62 roku przez Mesliera podważone argumenty, które kiedyś Kościół uznawał za dowody na istnienie Boga, a które stanowią wstęp przysięgi antymodernistycznej. św. papież Pius X postulat o możliwości udowodnienia Boga umieścił w tej przysiędze, bo było to odpowiedzią na atak modernistów, a wtedy Kościół jeszcze formułował swoja naukę zgodnie z ówczesnym stanem wiedzy - a wówczas tym stanem wiedzy była wciąż aktualna nauka św. Tomasza i wciąż aktualne jego argumenty dowodzące istnienia Boga. I dopiero po kilkudziesięciu latach okazało się, że te dowody jednak nie przeszły próby czasu. Ale na szczęście nasza nauka też ewoluuje i potrafiliśmy sobie poradzić i z tym problemem. Wystarczyło tylko zauważyć, że w rzeczywistości nasza wiara nie opiera się na dowodach, ale na przesłankach. Co może być takimi przesłankami? A mianowicie, że dajemy wiarę w wiarygodność Biblii, że historia z Nowego Testamentu nie została zmyślona, że autorzy nie mieli powodu, aby preparować tego typu historie, że ta wiara była nieprzerwana od chwili jej powstania, co potwierdzają świadectwa ojców Kościoła, nie ma wystarczająco wiarygodnych świadectw przemawiających za nieprawdziwością tych teorii, wiarygodność całunu turyńskiego, wiarygodność w działanie Boga w naszych czasach - liczne cuda, uzdrowienia, uwolnienia z opętania, uzdrowienia za przyczyną świętych, które były badane przez niezależne komisje, dajemy wiarę w cud fatimski itd. I właśnie na tym polega nasza wiara, że mając do wyboru przesłanki przemawiające za wiarą a na drugiej szali przesłanki przeciw wierze, to jednak po 1000-kroć bardziej przekonują nas te pierwsze przesłanki niż te drugie. I to jest właśnie to, o czym wspomniałem wcześniej - nie mamy dowodów na istnienie Boga, ale mamy dobre powody, aby w Niego wierzyć. W ten sam sposób można rozumieć słowa Świętego Pawła, który poucza nas, że:

 

Rz 1,20 "Bo niewidzialna jego istota, to jest wiekuista jego moc i bóstwo, mogą być od stworzenia świata oglądane w dziełach i poznane umysłem, tak iż nic nie mają na swoją obronę,"

 

Tak więc widzimy, albo może lepszym słowem byłoby tutaj "tak więc przypuszczamy", że herezja modernizmu istnieje do dzisiaj, lecz w rzeczywistości nie stanowi to takiego problemu, jaki rysują przed naszymi oczami tradycjonaliści. Czasem ktoś z czołowych duchownych może wypowie jakąś myśl, która jest niezgodna z nauczaniem Kościoła (np. o powszechnym zbawieniu), ale moim zdaniem jest to raczej marginalne. Problem w tym, że tradycjonaliści chyba często nadużywają tego słowa sprowadzając do modernizmu wszystkiego, co nie zgadza się z ich założeniami. Może podobnie jak niektórzy często nazywają eurosceptyków - ruskimi agentami. A więc skoro ktoś nie popiera tradycjonalizmu, to oznacza, że popiera modernizm, a przecież modernizm jest matką wszelkich herezji, więc tym samym ci ludzie stoją po stronie herezji... Po raz kolejny tradycjonaliści mijają się z prawdą. Na moim podwórku, w mojej własnej rodzinie są osoby, które zupełnie odcinają się od tradycjonalizmu (zaznaczam, że ten temat nie jest im obcy), ale w ostatnich czasach wrócili zupełnie do kreacjonizmu. Są również i ludzie, którzy uznają wszystkie dogmaty i przeciwstawiają się wszystkim tym postulatom ze schodów modernizmu, ale jednak uznają, że Bóg stworzył i zaplanował cały świat na drodze ewolucji. I są również tacy ludzie jak ja, którzy nie są ani kreacjonistami, ani ewolucjonistami, a którzy uważają, że nie wiadomo jak to było, a biblijny opis stworzenia świata nie miał na celu pouczyć nas o historii ciał niebieskich, ale przekazać nam pewne treści i wartości duchowe, które przyczyniają się do naszego zbawienia, oraz, że nie wszystkie historie Starego Testamentu muszą być odczytywane dosłownie. Tak więc moim zdaniem problem modernizmu jest bardzo sztuczny i chyba trochę naginany przez tradycjonalistów. Ja osobiście znam wielu księży i ludzi z wielu środowisk katolickich i nie znam osobiście ani jednej osoby, która uważa się za katolika, ale nie wierzy w cuda Jezusa, Jego historyczność, zmartwychwstanie, dziewicze poczęcie, autorytet Biblii. O takich osobach dowiaduję się z internetu, lub też jako znajomych znajomych. Więc sianie jakiejś paniki z powszechną obecnością modernizmu wydaje mi się trochę przejaskrawiony.

 

W tym miejscu chciałbym się podzielić pewną refleksją słuchając różnych wypowiedzi księdza Bańki, a szczególnie w filmie "Nowa Msza a modernizm" - z jednej strony definiuje modernizm jako przyjmowanie pewnych wartości i nauk wynikających głównie z pobudek odczuć i emocji, a z drugiej strony daje się wyczuć jego argumentację nasiąkniętą przede wszystkim emocjonalnością - a mianowicie takiej, że przecież to było piękne, że przecież to oczywiste, że wtedy było lepiej, że kiedyś było tak, a teraz jest inaczej i teraz tego nie ma. Tak więc czuję, że trochę mi brakuje takiego racjonalnego uzasadnienia swojego stanowiska, dlaczego to było lepsze, bo odczułem, że w tej całej narracji dominują jedynie postulaty, że to po prostu było lepsze i koniec... I tak jest np. w kwestii czytania prologu św. Jana na zakończenie mszy - nie wiem, dlaczego miałoby to być lepsze od tego co jest teraz - dlaczego akurat właśnie prolog powinien być czytany, a nie na przykład hymn o miłości, albo przykazanie miłości - zważywszy na to, że sam św Paweł nas poucza, że miłość jest najważniejsza - ważniejsza nawet od wiary - w 1 Kor 13. Bóstwo Jezusa, choć jest oczywistym przesłaniem objawienia Bożego, to jednak zdaje się nie być najważniejszym elementem tego przesłania. W trzech Ewangeliach - Mateusza, Marka i Łukasza nie znajdujemy ani jednej bezpośredniej wzmianki o tym fakcie. Dopiero św. Jan naucza o tym bardzo wyraźnie, ukazując nam, że Jezus jest naszym Panem i Bogiem, że jest Bogiem prawdziwym. I oczywiście nic nie wspominając o tym, że w Nowej Mszy wiara w Bóstwo Jezusa jest przecież bardzo mocno akcentowana - pojawia się w uroczystym wyznaniu wiary i to w języku narodowym: "Bóg z Boga, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu", oraz w hymnie "Chwała na wysokości Bogu": "Panie, Synu Jednorodzony, Jezu Chryste. Panie Boże, Baranku Boży, Synu Ojca" - widzimy że to "Panie Boże" odnosi się wyraźnie do Jezusa Chrystusa w tym fragmencie.

 

Dalej, kolejny przykład takiego emocjonalnego podejścia do problemu. Dlaczego częściej robiony znak krzyża na mszy miałby być lepszy od znaku krzyża na początku i końcu mszy? Tutaj ksiądz Bańka zwraca uwagę, że dawniej na mszy ten znak pojawiał się częściej niż na Nowej Mszy. No to zastanówmy się... Gdyby z liczby robionych znaków krzyża miała wypływać większa pobożność, to po każdej zdrowaśce w różańcu należałoby robić właśnie ten znak krzyża, no ale tak nie robimy i nigdy Kościół tak nie robił i pewnie nigdy nie będzie, to wyczuwamy, że ta pobożność nie musi być wprost proporcjonalna do liczby uczynionych znaków krzyża... No a póki co w naszych zwyczajach jest tak, że znak krzyża robimy na początku i na końcu modlitwy - więc w czym jest problem, jeśli tę zasadę stosujemy również wobec mszy?

 

 

Tak więc w kwestii tradycjonalizmu jednym z najbardziej radykalnych jego wydań jest bractwo kapłańskie św. Piusa X założone przez biskupa Lefebvre, który stawiał najbardziej aktywny opór wobec tych ostatnich posoborowych zmian - stąd też często są nazywani lefebrystami - tutaj ks. Bańka zwraca uwagę, że jest to nazwa o negatywnym zabarwieniu, więc oczywiście lepiej nazywać ich bractwem św. Piusa X. I często słuchając ich odnoszę wrażenie, jakoby to racja była po ich stronie, a współczesny, posoborowy Kościół, ostatni papieże są, czy też byli w błędzie. To właśnie od nich słyszymy, że Sobór Watykański II był soborem "zbójeckim" (co nawiązuje do pewnego incydentu z V wieku - czyli tzw. zbójeckiego soboru Efeskiego), również poddają oni w wątpliwość nieomylność współczesnego Kościoła, no i sorry - nie boję się tego stwierdzenia - ale nie ustają oni w szemraniu przeciwko posoborowym papieżom. Z jednej strony nie mają wątpliwości, że papież Pius X był świętym, a z drugiej strony ciężko usłyszeć z ich ust "święty Paweł VI" - a jedynie mówią o nim "papież Paweł VI" czyli - bez tytułu "święty", mimo iż został tak samo kanonizowany przez nasz Kościół jak i Pius X. To na co chciałbym położyć akcent - to dlaczego mielibyśmy afirmować świętość Piusa X i poddawać w wątpliwość świętość Pawła VI, a nie odwrotnie? A co by się stało, jakby przystać na postulaty bractwa św. Piusa i wówczas nagle wyłoniło się jakieś bractwo kapłańskie św. Pawła VI, które z kolei zaczęłoby poddawać w wątpliwość świętość Piusa X argumentując to tym, że niesłusznie wprowadził przysięgę antymodernistyczną, którą słusznie uchylił Paweł VI. Na poparcie swojego stanowiska powiedzieliby, że był tam oczywisty błąd, że istnienie Boga można udowodnić, podczas gdy w żaden sposób nie da się tego zrobić. I tutaj by argumentowali dalej, że nie może być tak, że jeden i drugi miał rację, a więc skoro w założeniach przysięgi antymodernistycznej był błąd, to oznacza, że to Paweł VI miał rację, a nie Pius X. Może przy okazji postulowaliby dekanonizację Piusa V z uwagi na to, że niesłusznie nakazał stosować ryt mszy po wsze czasy, jakby chciał zanegować prawo nadane św. Piotrowi przez Jezusa do rozwiązywania tego, co zostało związane? No i co wówczas mielibyśmy im odpowiedzieć? A co by było, gdyby nagle wyłoniło się bractwo św. Piusa V, które twierdziło by, że wszyscy ci, którzy dokonywali jakichkolwiek - nawet tych najmniejszych - zmian w liturgii, co było wyraźnie i jednoznacznie zabronione nieomylnym nauczaniem Piusa V, a które było notorycznie łamane przez następnych papieży włączając w to Piusa X? No i wówczas komu mielibyśmy przyznać rację i dlaczego? Dla mnie, który opiera swoją wiarę nie tylko na samej tradycji, ale również na Biblii jest to jasne, że Jezus powierzył klucze wyłącznie Piotrowi oraz zapewnił, że bramy piekielne Kościoła nie przemogą, oraz że Bóg obiecał swojemu Kościołowi Ducha, który miał być z nim na zawsze i o wszystkim pouczać. Również ta Biblia pokazuje nam liczne przykłady odwoływania przez Boga tego, co na pozór mogłoby się wydawać nieodwołalne. Dlatego ja wybieram opcję posłuszeństwa papieżowi, a nie bractwu św. Piusa X, czy też sedewakantystom, czy też może bractwom, które w przyszłości się wyłonią - ja te wspomniane bractwo Pawła VI, lub Piusa V. W takim wydaniu nie ma żadnej sprzeczności pomiędzy św. Piusem V, X, czy też Pawłem VI, w takim wydaniu bramy piekielne Kościoła nie przemogły, a Kościół wciąż cieszy się darem nieomylności i prowadzeniem Ducha Świętego, oraz nie ma potrzeby dekanonizowania tych, których Kościół swoim nieomylnym orzeczeniem i nauczaniem już kanonizował.

 

Owszem, można powiedzieć, że w dziejach Kościoła zdarzały się różne incydenty jak chociażby ten zbójecki Sobór Efeski - ale tutaj znowu - porównanie jest wielce nieadekwatne, ponieważ ten sobór co prawda się odbył, ale nie został zaaprobowany przez papieża, gdy ten się dowiedział o przebiegu jego obrad. Cała jego historia zamknęła się w ciągu dwóch lat. Natomiast Sobór Watykański II został zaaprobowany przez 5 kolejnych papieży, z czego dwóch już dzisiaj jest wyniesionych na ołtarze. Szczególnie chciałbym podkreślić osobę Jana Pawła II, bo może nie wszyscy są świadomi, skąd się wzięło takie przybrane imię. Otóż Karol Wojtyła poszedł w ślady Jana Pawła I i wpisał się w dzieło jego dwóch świętych poprzedników - Jana XXIII oraz Pawła VI, którzy ten sobór zwołali i zakończyli. Trzeba też dodać, że problem możliwości głoszenia herezji przez głowę Kościoła nie jest zupełnie obcy Kościołowi. Ten temat był jak najbardziej wielokrotnie dyskutowany, ale jedno zdaje się być pewne - orzeknięcie tej herezji należy do kompetencji kolegium biskupów, a nie takiej, czy innej frakcji katolickiej - a póki co do niczego takiego nie doszło.

 

Tak jak zapowiadałem, chciałbym teraz nawiązać do dość popularnego argumentu, który został podniesiony np. przez słynnego tradycjonalistę - pana profesora Roberto de Matei. Otóż uważa on, że za błędnością nauk Soboru Watykańskiego II przemawiają jego złe owoce. I tutaj pan prof. Matei wymienia opustoszałe klasztory, mniejsza liczba powołań, wierni na całym świecie pogrążają się w zamęcie religijnym i moralnym itd. No i konkluduje swoje rozważania retorycznym pytaniem: "Jeśli przyczyną tego wszystkiego nie jest „duch Soboru”, który ogarnął Kościół katolicki w ostatnich pięćdziesięciu latach, to skąd się to wzięło". Tak więc jakbyśmy chcieli jego tok rozumowania przedstawić w punktach, to wyglądałoby to tak:

 

Skutek: oziębłość wiary, spadek powołań.

Wydarzenie poprzedzające: Sobór Watykański II

Wyciągnięty przez profesora Matei wniosek: Sobór Watykański II jest przyczyną oziębłości wiary i spadku powołań.

 

No niestety tak się składa, że jest to klasyczny błąd logiczny o nazwie Post hoc, ergo propter hoc. Jak podaje Wikipedia, błąd ten występuje wtedy, gdy ktoś wyciąga wniosek o relacjach przyczynowo-skutkowych ze zwykłego następstwa dwóch zdarzeń w czasie.

 

Tak więc skąd wiadomo, że to właśnie Sobór Watykański II jest temu winny? Czy dlatego, że poprzedzał tę oziębłość wiary? To tak jakby powiedzieć, że skutkiem Soboru Watykańskiego I były dwie pierwsze wojny światowe, bo ten sobór je poprzedzał. A może przyczyna była inna? A może było to porażające działanie sił masońskich, rozwój telewizji, siania przez te media złych wzorców, złych wartości, modelu wygodnego i łatwego życia, nachalnie sianej propagandy, swobodnego seksu, rozwiązłości itp. A oczywiście prof. Matei za to wszystko oskarża nic innego, jak tylko Sobór Watykański II. A skąd wiadomo, czy gdyby nie ten sobór, to tych powołań by było jeszcze mniej?

 

Na ten temat pisałem już dawno w osobnym artykule3.

 

No i ostatnią w tym odcinku z tych większych kwestii do omówienia - jest sprawa niezwykle ważna w temacie tradycjonalizmu. Jest to problem ekumenizmu. Oczywiście to pojęcie będę rozumiał w takim szerszym sensie - chodzi o to, że ekumenizm dotyczy tylko ruchu wewnątrz wyznań chrześcijańskich, a ja będę to rozumiał również jako dialog międzyreligijny.

 

Generalnie to tradycjonaliści dość mocno sprzeciwiają się temu ruchowi i przypuszczam, że może to być za sprawą nauczania poprzednich papieży, którzy tego wyraźnie zabraniali, co widać chociażby w bulli Cantate Domino papieża Eugeniusza IV, który nie zostawia absolutnie żadnego pola do interpretacji jego słów. Zobaczmy:

 

Święty Kościół Rzymski stanowczo wierzy, wyznaje i głosi, że nikt z poza Kościoła Katolickiego, nie tylko poganie, ale także żydzi i heretycy i schizmatycy, nie może mieć życia wiecznego; ale że oni pójdą do ognia wiecznego przygotowanego dla szatana i jego aniołów, jeśli przed śmiercią do niego nie dołączy; i dlatego ważna jest jedność tego ciała eklezjalnego, z której tylko ci pozostali w tej jedności mogą skorzystać dla zbawienia przez sakramenty Kościoła, i że tylko oni mogą otrzymać wieczną nagrodę za swoje posty, jałmużny i inne dzieła chrześcijańskiej pobożności i obowiązki chrześcijańskiego żołnierza. Nikt inny, nawet jeśli jego jałmużna jest tak wielka jak może być, nikt, nawet jeśli przelewa swoją krew w imię Chrystusa, nie może zostać zbawiony, jeśli nie pozostanie w łonie i w jedności Kościoła Katolickiego (papież Eugeniusz IV, bulla Cantate Domino, 1442)

 

I tutaj często można usłyszeć z ust tradycjonalistów, że przecież jest to nieomylne nauczanie papieża. I tego faktycznie nie zamierzam tutaj kwestionować. Ale właśnie ten problem omówiłem w poprzednim odcinku - a więc jeśli ktoś tego nie oglądał, to odsyłam go do poprzedniej części tej polemiki, w której tę kwestię szczegółowo omawiam, a którą można tak samo odnieść do tej nieomylnej nauki papieskiej - zwracając uwagę na to, że nieomylny nie oznacza nieodwołalny, oraz że obecny papież kierowany Duchem Świętym ma prawo zarówno przeformułować warunki konieczne do zbawienia, jak i wyjaśniać naukę poprzedników w duchu obecnej rzeczywistości. I tak też się stało. W posoborowej deklaracji "Dominus Jesus" Kościół jednoznacznie potwierdza, że po za Kościołem nie ma zbawienia, oraz daje jasno do zrozumienia, że wiara Katolicka jest jedyną prawdziwą religią założoną przez samego Boga - Jezusa Chrystusa oraz Jego apostołów - co wyraźnie stoi w sprzeczności z zarzutami tradycjonalistów, którzy zarzucają tutaj kolejny przejaw modernizmu, w którym to niby przyjęło się założenie, że każda religia jest dobra, bo jest ona odpowiedzią na uczucia religijne. Otóż nie. Kościół w swoim obecnym posoborowym nauczaniu wyraźnie podkreśla, że po za Kościołem Katolickim nie ma zbawienia. Jednakże zwraca uwagę na to, że osoby będące po za tym Kościołem też mogą dostąpić zbawienia jedynie Bogu znanymi drogami. Sobór Watykański II z kolei formułuje 4 kręgi przynależności do tego Kościoła. Pierwszy krąg to oczywiście Kościół Katolicki w pełni podległy papieżowi. Drugi krąg przynależności, to są wyznania chrześcijańskie, lecz nie katolickie. Trzeci krąg to wszelkiego rodzaju teiści - począwszy od judaizmu i islamu, a na politeistycznych religiach skończywszy. Natomiast 4 krąg tej przynależności Kościół definiuje jako "ludzi dobrej woli", którzy choć nie uznają wiary w nadprzyrodzone bóstwo, to jednak w swoim życiu kierują się dobrą wolą. Tak więc te 4 kręgi Kościół uznaje jako będące w łonie Kościoła Katolickiego i tym samym mogące dostąpić zbawienia w tymże Kościele. I z tego wszystkiego najważniejsze jest to, że to jest obecna nauka Kościoła, która została związana przez papieża, to można domniemywać, że została również związana w niebie. I jeśli chodzi o takie formalne podejście do tematu ekumenizmu, to na tym chciałbym poprzestać, a przejść teraz do takiego swojego subiektywnego spojrzenia na to zagadnienie.

 

Na początku chciałbym zaznaczyć, że nawet dla tradycjonalistów jest to oczywiste, że świat się zmienia, Kościół zawsze ewoluował i często do pewnych prawd dochodził po długich wiekach. I takich przykładów można podawać bardzo wiele. Ot chociażby kwestia sakramentu pokuty, celibatu, sposobu przyjmowania komunii, realizowania powołań, wyboru papieża. Nie inaczej jest w kwestii dążenia do jedności Kościoła, do której wzywa nas Chrystus w swojej arcykapłańskiej modlitwie: "aby wszyscy byli jedno". Nie ma wątpliwości, że najbardziej idealnym scenariuszem byłoby nawrócić wszystkie wyznania na chrześcijaństwo, aby wszyscy wrócili na łono Kościoła, zakończyły się rozłamy i wszyscy wykazali swoją uległość papieżowi. I takie próby Kościół podejmował przez długie wieki. Niestety prawdopodobnie w pewnym momencie uświadomił sobie, że takie dotychczasowe metody nawracania, w których nakłania się do pokornego powrotu na łono Kościoła nie przynoszą prawie żadnego rezultatu, po za może jakimiś pojedynczymi przypadkami. Stawianie się na wyższej pozycji wobec innych i przekonywanie ich, że są na pozycji niższej i że powinni wejść na wyższą pozycję - czyli na łono Kościoła - może powodować jedynie naturalny odruch sprzeciwu i wywołania jeszcze większej niechęci wobec takiej postawy. Więc mnie osobiście nie dziwi przyjęcia odmiennej strategii, w której Kościół stawia się na równi z innymi wyznaniami, spotyka się z nimi na wspólnej modlitwie, zasiada z nimi do wspólnej dyskusji przepełnionej pokojem, pokorą, wzajemnym szacunkiem - jak równy z równym. Może właśnie jest to jedyny sposób, aby przełamać bariery, aby wspólnie z nimi dochodzić do prawdy, może jest to jedyny sposób na odrzucenie wzajemnej niechęci, na pojednanie. Jakby nie patrzeć, taką postawę ukazał nam sam Jezus Chrystus w nauce o nastawianiu drugiego policzka. Można oczywiście egzekwować swoje racje, ale nie tego nas uczy Chrystus. Przez nastawienie drugiego policzka pozwalamy rozładować negatywne emocje będące po drugiej stronie, ale w ten sposób pozyskujemy brata. I może w tym wszystkim nie chodzi o to, aby zawsze postawić na swoim, ale żeby pozwolić najpierw rozładować te negatywne emocje, aby potem w duchu pokoju szukać wspólnie prawdy i jedności. Kto wie, może to jest jedyna droga, choć być może bardzo długa, mogąca trwać całe wieki. A jeśli nie jest jedyna, to niestety na chwilę obecną najlepsza ze wszystkich obecnie nam znanych dróg, jedyna znana, która daje nadzieję na pojednanie.

 

 

Na tym kończę część II. W kolejnej - już chyba ostatniej części spróbuję się pochylić na porównaniu Mszy przedsoborowej z Nową Mszą, omówić różne zarzuty księdza Bańki z kanału "Szkoły Akwinaty". A może jeszcze uda mi się nawiązać trochę (jak czas pozwoli) do herezji prezentowanych przez księdza Natanka.

 

Zgłoś artykuł

Uwaga, w większości przypadków my nie udzielamy odpowiedzi na niniejsze wiadomości a w niektórych przypadkach nie czytamy ich w całości

Komentarze są zablokowane