Ateiści nigdy nie obalili dowodów na istnienie Boga - dowód ontologiczny świętego Anzelma z Canterbury
Największe ateistyczne kłamstwo internetowe (i nie tylko internetowe) głosi, że nie ma żadnych przesłanek na istnienie Boga. Ależ są. Jest ich cała masa, spokojnie możemy mówić nie tylko o przesłankach na istnienie Boga, ale również o argumentach i dowodach. Dość obszernie omówiliśmy je w wielu tekstach:
https://www.apologetyka.info/ateizm/ateisci-nigdy-nie-obalili-dowodow-na-istnienie-boga,1730.htm
https://www.apologetyka.info/ateizm/sztuczna-inteligencja-twierdzi-ze-klasyczne-dowody-na-istnienie-boga-nigdy-nie-zostay-obalone,1748.htm
https://www.apologetyka.info/ateizm/cud-odrosniecia-amputowanej-konczyny-jednak-zdarzy-sie-cud-z-calandy-ostatecznie-obala-ateizm,1801.htm
https://www.apologetyka.info/ateizm/cuda-eucharystyczne-w-lanciano-buenos-aires-sokoce-i-legnicy-cuda-eucharystyczne-obalaja-ateizm,1807.htm
https://www.apologetyka.info/ateizm/ateisci-nigdy-nie-obalili-cudu-sonca-w-fatimie,1812.htm
W tym tekście omówię kolejny słynny dowód na istnienie Boga: dowód ontologiczny świętego Anzelma z Canterbury. Na pierwszy rzut oka wydaje się on niepozorny, ale to tylko złudzenie. W rzeczywistości jest on bardzo mocny w sensie logicznym i dedukcyjnym. Rozwijają i rozwijali go słynni logicy, tacy jak wielki Kurt Gödel, uważany za największego logika i matematyka od czasów Arystotelesa. Już tylko to świadczy o randze i prestiżu tego dowodu. Rozwijają go też obecnie znani filozofowie analityczni, w tym Alvin Plantinga. Hegel uważał dowód ontologiczny za najmocniejszy dowód na istnienie Boga. Wstyd się przyznać, ale sam przez długi czas lekceważyłem ten dowód, nie zdając sobie sprawy z jego doniosłych implikacji. Zasugerowałem się prymitywną i wyjątkowo infantylną krytyką Kanta i kilku innych mądralińskich (obalę ich poglądy dalej), którzy po prostu nie zrozumieli tego, co krytykują. Dopiero po wgryzieniu się w głębię zagadnienia uświadomiłem sobie potęgę i dedukcyjną siłę dowodu ontologicznego. Dowód ontologiczny jest nieodparty, gdy jest w pełni zrozumiany. Niniejszy artykuł jest obiecanym przeze mnie już wcześniej początkiem cyklu tekstów o klasycznych dowodach na istnienie Boga.
Dowód ontologiczny świętego Anzelma z Canterbury należy do najbardziej śmiałych i zarazem najbardziej dyskutowanych prób wykazania istnienia Boga w historii filozofii. Jego punkt wyjścia nie leży w obserwacji świata ani w analizie przyczynowości, lecz w samym pojęciu Boga, rozumianego jako byt, ponad który nic większego nie może być pomyślane. Anzelm argumentuje, że samo zrozumienie tego pojęcia implikuje istnienie Boga nie tylko w umyśle, lecz także w rzeczywistości, ponieważ byt istniejący realnie jest większy niż byt istniejący jedynie w myśli. Gdyby więc Bóg istniał tylko jako pojęcie, można by pomyśleć o czymś większym — o tym samym bycie istniejącym realnie — co prowadziłoby do sprzeczności z definicją Boga. W ten sposób Anzelm próbuje wykazać, że istnienie Boga wynika z konieczności logicznej, a nie z empirycznych przesłanek, czyniąc z dowodu ontologicznego wyjątkowy przykład argumentu a priori w teologii naturalnej.
Przyjrzyjmy się teraz zarzutom przeciw argumentowi ontologicznemu Anzelma na istnienie Boga. Niektórzy zarzucają, że istnienie wiąże się z ograniczeniem. Byt nieskończony nie byłby do odróżnienia od niebytu. Brak tu wynikania. Poza tym Bóg istnieje inaczej niż byty skończone i nie istnieje jako obiekt we Wszechświecie.
Niektórzy pytają w kontrze do argumentu ontologicznego Anzelma: skąd wiadomo, że istnienie w rzeczywistości jest większe i bardziej doskonałe niż nieistnienie? Ano choćby stąd, że gdyby ateista nie istniał, to nie mógłby nawet zadać tego pytania.
Niejaki Gaunilon odpowiadał Anzelmowi, że jego rozumowanie prowadzi do absurdu, bo gdyby samą definicją można było udowodnić istnienie bytu najdoskonalszego, to dałoby się w ten sam sposób „dowodzić” istnienia dowolnych doskonałych rzeczy, na przykład wyspy o absolutnie wszelkich możliwych zaletach. Sama myśl o takiej idealnej wyspie nie sprawia jednak, że istnieje ona w rzeczywistości, więc analogicznie – pojęcie Boga jako „najdoskonalszego bytu” nie wystarcza, by dowieść jego istnienia poza umysłem. Ale wyspa Gaunilona, w przeciwieństwie do Boga, istnieje jedynie w sposób przygodny, więc to fałszywa analogia, odparł Anzelm. Konieczne istnienie jest doskonalsze niż istnienie przygodne. To, od czego nic doskonalszego nie może być pomyślane istnieje w sposób konieczny gdyż brak istnienia zaprzeczałby już jego doskonałości. Nie można pomyśleć sobie Boga, to jest bytu najdoskonalszego, któremu brak istnienia, bo wtedy brak byłoby Mu już jakiejś doskonałości a przecież z definicji jest On doskonały. Tym samym nie można oddzielić istnienia od istoty Boga, gdyż Bóg istnieje wiecznie a wyspa Gaunilona już nie. Gaunilon obalał chochoła a nie to, co naprawdę stwierdził Anzelm. Wyspa jest zawsze od czegoś zależna, gdy idzie o jej powstanie i cechy, a nie jest tak z Bogiem. Wyspa z przykładu Gaunilona jest więc nieadekwatną i tym samym fałszywą analogią, gdyż argument Anzelma tyczy się czegoś wyjątkowego i zupełnie innego - Boga. Idea największej możliwej wyspy Gaunilona jest ponadto sprzeczna lub niejasna. Nie jest możliwe, by taka rzecz istniała.
Pierre Gassendi stwierdził, że ani w Bogu, ani w żadnej innej rzeczy istnienie nie jest doskonałością, lecz tym, bez czego nie ma żadnych doskonałości (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, Kraków 1994, s. 146). Hick zarzuca Kartezjuszowi, że nie był w stanie przedstawić na ten zarzut żadnej odpowiedzi i jedynie ograniczył się do powtórzenia podważonej przesłanki (tamże, s. 146). Problem w tym, że Gassendi niczego tu nie podważył. Kartezjusz słusznie powtórzył jeszcze raz swój argument, ponieważ ani Gassendi, ani Hick nie zrozumieli co Kartezjusz powiedział. A powiedział właśnie coś, co obala zarzut Gassendiego: nie ma sensu twierdzić, że istnienie nie jest doskonałością, skoro byt doskonały (Bóg) istnieje w sposób konieczny, bo jest doskonały, a nie dlatego jest doskonały, że istnienie jest doskonałością. Gassendi obalał zatem chochoła i po prostu nie zrozumiał tego, co powiedział Kartezjusz. Tak samo nie zrozumiał tego Hick. Jaki jest prosty argument za tym, że istnienie jest doskonalsze od nieistnienia? Ano choćby taki, że gdyby ateista nie istniał, to nie mógłby argumentować przeciw dowodowi ontologicznemu Anzelma. Coś, co nie istnieje w ogóle nie może być rozpatrywane pod kątem wielkości, maksymalnej wielkości lub doskonałości.
Kant zgodził się z tym, że odrzucenie argumentu ontologicznego Anzelma prowadziłoby do sprzeczności (Kant przyjmuje założenie, że w doskonałość musi być wpisane istnienie, bo inaczej zaprzeczymy doskonałości) lecz nie wynika z tego, że Bóg istnieje. Nie ma przejścia od idei doskonałej do rzeczywistości, uważał Kant. Jednak skąd Kant to wie? Po prostu stwierdził to sobie arbitralnie i tym samym nic nie obalił z rozumowania Anzelma. Stwierdzenia Kanta są wewnętrznie sprzeczne i samowywrotne. Dowód Anzelma pozostaje w mocy i nawet nie został naruszony. Co ciekawe, zauważył to też cytowany przez Hicka Norman Malcolm, który zadeklarował, że Kant popadł w sprzeczność krytykując argument ontologiczny Anzelma, gdyż stwierdził, że ze zdania „Bóg istnieje w sposób konieczny” wynika zdanie „możliwe, że Bóg nie istnieje” (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 162). Argument Malcolma był tak dobitny, że Hick próbował go jakoś w desperacji podważyć, lecz bardzo nieudolnie. Hick próbował usunąć sprzeczność ze zdań Kanta, niekonsekwentnie podmieniając słówko „konieczny” na „wieczny” i przeformułowując je do postaci: „Jeśli Bóg istnieje (i jest możliwe, iż nie istnieje), wówczas istnieje On wiecznie” (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 163). Jednak to zdanie jest nadal wewnętrznie sprzeczne, gdyż jest tożsame zdaniu, które powinno brzmieć bardziej precyzyjnie po przeformułowaniu: „Jeśli Bóg istnieje wiecznie (i jest możliwe, iż nie istnieje wiecznie), wówczas istnieje On wiecznie”. Hick niekonsekwentnie zastosował podmienione przez siebie słowa przez pominięcie ich w niektórych miejscach. Gdy konsekwentnie zastosujemy pominięte przez niego słowa i wstawimy je do jego własnego przykładu, to otrzymamy ponownie tę samą sprzeczność, którą Norman Malcolm wykazał u Kanta. Hick próbował zmanipulować czytelnika. Nieładnie. Tak więc Hick nie odparł zarzutu Malcolma wobec Kanta. Przeciwnie, Hick popadł w tę samą sprzeczność, w którą wpadł Kant. Hick podmienił jedynie słowa, ale nie znaczenia. Zarzut Normana Malcolma wobec nieudanej kantowskiej próby obalenia argumentu ontologicznego Anzelma pozostaje nieodparty i nie jest nawet naruszony przez Hicka. Hick jest bardzo marnym teologiem (a raczej był, bo zmarł w 2012 roku).
Hick brnie w te same sprzeczności i samowywrotne twierdzenia co Kant i próbuje podważyć argument ontologiczny Anzelma przez stwierdzenie, że konieczność logiczna jest cechą zdań, a nie rzeczy. Stwierdzenie „logicznie konieczny” uważa nawet za bezsensowne połączenie słów (tamże, s. 152). Jednak jeśli zdania nie odnoszą się do rzeczywistości, to Hick nie może tego wiedzieć, ponieważ jego stwierdzenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Stwierdzenia Hicka zostały zatem obalone przez niego samego w momencie, gdy je wypowiedział. Są samowywrotne. W takim oto nihilistycznym samoobaleniu kończą wszyscy kantyści, razem ze swoim guru.
Hick pisze też, że Hume, Russell, Kant i wielu innych rzekomo gdzieś wykazali, że wszelkie zdania egzystencjalne są syntetyczne i tym samym zdanie „Bóg istnieje” nie jest logicznie konieczne (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 152). Jednak gdzie Hume, Kant i Russell coś rzekomo w tej kwestii wykazali? Hick nigdzie już tego nie pokazuje. Jego stwierdzenie jest gołosłowne. Co więcej, Alvin Plantinga zauważa, że brak jest dowodu na to, iż nie jest możliwy sąd egzystencjalny mający walor konieczności logicznej. O dziwo, czytamy o tym właśnie we wstępie do książki Hicka, dokonanej piórem Ireneusza Ziemińskiego (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 15, przyp. 12; por. też A.C. Plantinga, Bóg, wolność i zło, Kraków 1995, s. 116-117, 135-136). Zabawne.
Hick stwierdza, że wniosek Anzelma jest non sequitur i argumentując, że Bóg nie jest bytem przypadkowym Anzelm nie dowodzi, że Bóg w rzeczywistości istnieje (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 158). Jednak argumentacja Anzelma jest bardzo konkretna i w zasadzie dedukcyjna. Hick stwierdzając sobie jedynie arbitralnie, że Anzelm czegoś nie dowiódł, sam tu niczego nie dowiódł. Argumentacja Anzelma nie została nawet naruszona.
Hick próbuje też desperacko i bardzo nieudolnie podważyć nową wersję argumentu ontologicznego zaproponowaną przez Charles'a Hartshorne'a, stwierdzając, że jedna z przesłanek jego argumentu jest dwuznaczna (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 164). Jednak jest to zupełnie jałowy zarzut. Co gorsza, sam Hick dalej przyznaje, że można doprecyzować omawiane znaczenie (tamże, s. 165). Można nawet przyjąć oba znaczenia jednocześnie, bo jedno nie wyklucza tu drugiego. Co prawda Hick próbuje krytykować zamianę znaczeń, którą sam proponuje (tamże, s. 164-168), lecz ta krytyka jest oparta na czysto arbitralnych i niekonkluzywnych deklaracjach. Na samym końcu swego wywodu Hick ponownie wpada w swoje poprzednie samowywrotne stwierdzenie i postuluje sobie zupełnie arbitralnie i bezpodstawnie, że nie da się wydedukować rzeczywistego istnienia z pojęcia (tamże, s. 168, 176). Jednak to już było. Jeśli nie da się wydedukować rzeczywistego istnienia z pojęć, to wszystkie wywody Hicka są również nierzeczywiste. Nie ma lekko. Hick próbuje zjeść ciastko i mieć je nadal, ale tak się nie da. Popada więc ponownie w zaprzeczenie swoim własnym słowom. Alvin Plantinga wskazał zresztą, że Anzelm nie dodawał istnienia do pojęcia, więc zarówno Hick, jak i Kant obalają chochoła, a nie coś, co w rzeczywistości stwierdzał Anzelm (por. A.C. Plantinga, Bóg, wolność i zło, dz. cyt., s. 141). Ponadto zarzut, że nie da się wydedukować istnienia z pojęcia jest nie tylko samowywrotny i pusty, ale wątpliwy w świetle wielu twierdzeń matematycznych, które są dedukcyjnie pewnymi tautologiami, choć też zapewne nie dałoby się z nich wyprodukować istnienia.
Zastosujmy też trochę apologetyki presupozycyjnej do obalenia i tak marnych zarzutów ateistów i ateizujących „teologów” pokroju Hicka przeciw argumentowi Anzelma. Jak już wiemy, ateistyczni przeciwnicy argumentu Anzelma twierdzą, że pomyślany ideał Absolutu nie musi odnosić się do rzeczywistości. Ale skąd ateista wie czym jest rzeczywistość i co jest rzeczywiste? Przecież te pojęcia są tylko nieudowodnionym i nieweryfikowalnym postulatem metafizycznym w jego pozbawionym trwałych odnośników epistemicznych i gwarantów racjonalności światopoglądzie. Ateista nie ma do dyspozycji nic poza swoją myślą, a wątpliwe jest nawet to, że w ogóle istnieje sam ateista i jakaś jego myśl. Kłania się idealizm metafizyczny, którego zarzutów przeciw materializmowi filozoficznemu ateiści nigdy nie odparli.
Ateista nie jest w stanie stwierdzić nawet tego, że u Anzelma następuje nieuprawnione przejście od myśli do realności, bo sam nie ma w doświadczeniu nic więcej niż umysł. Samo myślenie jest zagadnieniem metafizycznym, więc nie jest argumentem przeciw argumentowi ontologicznemu to, że opiera się on na dedukcji. Prawdy matematyczne i nawet niektóre prawdy fizyczne też opierają się tylko na dedukcji i mimo to ateiści uznają je. O dziwo, zgadzają się z tą argumentacją nawet niektórzy ateiści, choćby Jan Woleński, który przyznaje, że matematyka i logika są niezależne od doświadczenia (por. Jan Woleński, Granice niewiary, Kraków 2004, s. 70, 195). Woleński dodaje, że logika nie musi opisywać świata i może nawet dawać sprzeczne konkluzje (tamże, s. 136).
Prawdy logiczne też opierają się jedynie na operacjach myślowych i mimo to ateiści muszą uznawać je, bo bez nich nie byliby w stanie przeprowadzić żadnego wnioskowania. Czy moglibyśmy stwierdzić, że logiczna zasada niesprzeczności lub logiczna zasada tożsamości nie obowiązują tylko dlatego, że opierają się jedynie na operacjach myślowych? Nie. Żaden ateista nie porwie się na taki samobójczy krok. To i tak nie wystarczyłoby do obalenia wspomnianych zasad.
Podobnie częste ateistyczne stwierdzenie, bezmyślnie powtarzane za Kantem, że dowód ontologiczny Anzelma opiera się na operacji myślowej, nie wystarcza do obalenia go. Ateista potrzebuje czegoś więcej, aby obalić ten dowód. Jednak żaden ateista niczego takiego nie znalazł. Dowód ontologiczny Anzelma jest jak najbardziej poprawny formalnie i wniosek w sposób konkluzywny wynika tu z przesłanek. Pozostałe zarzuty ateistów wobec dowodu ontologicznego Anzelma są jedynie pseudozarzutami i obaliłem je już wyżej. Dowód ontologiczny Anzelma pozostaje w mocy i ma się świetnie.
Również Woleński próbując krytykować dowód ontologiczny Anzelma powiela te same ateistyczne chochoły głoszące, że nie możemy przechodzić od pojęcia do istnienia (tamże, s. 135). Jednak to arbitralne stwierdzenie nie jest w żaden sposób odparciem solidnego dedukcyjnego rozumowania, z którego wynika, że Byt Doskonały z definicji musi zawierać w sobie istnienie, gdyż inaczej nie byłby Bytem Doskonałym i otrzymalibyśmy sprzeczność. Ten argument Anzelma nie został nawet naruszony przez Woleńskiego. Zresztą żaden ateista nie jest w stanie tego argumentu naruszyć, gdyż jest on dedukcyjnie pewny. Nawet Woleński przyznaje, że dowody ontologiczne przedstawiają się z logicznego punktu widzenia znacznie lepiej (tamże, s. 143).
Teza, że dowody ontologiczne na istnienie Boga nie odnoszą się do rzeczywistości, bo język i rzeczywistość dzieli przepaść, jest wewnętrznie sprzeczna i samowywrotna, bo sama ta teza nie odnosi się do rzeczywistości. Poza tym wcale nie wiadomo czy język nie odnosi się do rzeczywistości.
Skąd ateista wie, że język nie odzwierciedla rzeczywistości? Jeśli wie to z języka, to jego stwierdzenie samo nie odzwierciedla rzeczywistości. Jest to ponownie wewnętrznie sprzeczny i samowywrotny osąd. Ponadto jest to argumentum ad ignorantiam, ponieważ jest to wniosek z braku dowodu na to, że język odzwierciedla rzeczywistość. Nie ma przejścia z myśli do bytu, mówią przeciwnicy dowodu ontologicznego na istnienie Boga, tacy jak Hick i Ziemiński (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 19, 21). Skąd Hick i Ziemiński to wiedzą, skoro ta myśl nie odzwierciedla bytu, ale jedynie myśl? Sąd wewnętrznie sprzeczny.
Dowód ontologiczny Anzelma wykazuje zatem z powodzeniem, że Bóg jest Bytem Najwyższym, który istnieje w sposób konieczny. A co z argumentacją ateistów, że nie ma przejścia od bytu pomyślanego do bytu rzeczywistego? Otóż z punktu widzenia logiki modalnej ta argumentacja ateistów jest błędna, gdyż w aksjomatyce S5 logiki modalnej mamy aksjomat, że jeżeli coś może istnieć z konieczności, to istnieje to z konieczności w sposób aktualny. A zatem zgodnie z argumentem ontologicznym wzbogaconym o logikę modalną możemy jak najbardziej uznać, że argument ontologiczny dowodzi istnienia Boga w sposób rzeczywisty i konieczny. Analityczne będzie też zdanie „Bóg jest wszechmogący”, jeśli zgodzimy się, że w pojęciu Boga mieści się wszechmoc. Prymat umysłu nad materią sprawia, że dowód ontologiczny Anzelma zyskuje nową siłę.
Hick popisuje się również ogromną ignorancją w zakresie teologii, stwierdzając, że pierwsza przyczyna Wszechświata może lecz nie musi być Bogiem (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 175). Rzecz w tym, że święty Tomasz na około dwustu stronach pierwszej księgi swej Summa contra gentiles wykluczył taką możliwość, uzasadniając, że pierwszą przyczyną Wszechświata może być tylko Bóg. Święty Tomasz uzasadniał to także na około stu stronach pierwszej części swej Sumy teologicznej i w innych dziełach (por. Edward Feser, Pięć dowodów na istnienie Boga, Poznań 2022, s. 273-274). Hick jest zupełnie nieświadomy tej informacji i powtarza chochoły za ateistami. Hick jest po prostu teologicznym ignorantem, choć uchodził za teologa. Przez pomyłkę, jak widać. Ale to już tak na marginesie.
Wróćmy do dowodu ontologicznego na istnienie Boga. Alvin Plantinga stwierdził, że argument ontologiczny Anzelma wygląda na pierwszy rzut oka niepewnie, ale tak naprawdę nikt go nigdy nie obalił i nie da się powiedzieć co jest nie w porządku z tym argumentem (por. A.C. Plantinga, Bóg, wolność i zło, dz. cyt., s. 125-126, 153). Plantinga przedstawia własną wersję dowodu ontologicznego, która ma charakter dedukcyjnej pewności (tamże, s. 155-161). Również komputery pytane o dowód ontologiczny Anzelma na istnienie Boga odpowiadają, że dowód ten jest jak najbardziej poprawny od strony formalnej.
Próby obalenia przez ateistów argumentu ontologicznego prowadzą do wewnętrznej sprzeczności, ponieważ jeśli coś nie istnieje, to nie może być „czymś, ponad co nic większego nie można pomyśleć”, a to dlatego, że faktyczne istnienie jest czymś większym niż bycie samym tylko pojęciem. Skoro więc teza „to, ponad co nic większego nie można pomyśleć nie istnieje” jest wewnętrznie sprzeczna, to znaczy, że jest fałszywa. Zaprzeczenie fałszywej tezie jest prawdą, zatem „to, ponad co nic większego nie można pomyśleć”, musi faktycznie istnieć. Czyli Bóg musi istnieć. Byłoby czymś wewnętrznie sprzecznym powiedzieć, że byt największy nie istnieje, ponieważ gdyby nie istniał, nie byłby największy.
Wyspy Gaunilona to nieudane fałszywe analogie zdradzające niezrozumienie argumentu Anzelma, które nie obalają argumentu ontologicznego. Argument ontologiczny działa tylko wobec jednego pojęcia, a mianowicie pojęcia „tego, ponad co nic większego nie można pomyśleć”. Argument ten działa tylko wobec tego, co absolutnie największe (czyli Boga). Zawsze można sobie wyobrazić większą wyspę. Wyspy są ponadto bytami materialnymi, zatem ograniczonymi czasowo i przestrzennie. Nigdy nie będą mogły być największe w absolutnym sensie tego słowa. A zatem ateiści nigdy nie obalili argumentu ontologicznego świętego Anzelma na istnienie Boga. Co najwyżej ateiści tylko po raz kolejny popisali się niezrozumieniem teistycznej argumentacji. Klasyka.
Podsumowanie
Główny zarzut jest taki, że argument Anzelma stanowi niedozwolony przeskok z rozważań logicznych do ontologicznych. Ale ten zarzut wynika z niezrozumienia samej istoty dowodu ontologicznego. Sformułowanie „niedozwolony przeskok” jest twierdzeniem wymagającym uzasadnienia, którego tutaj nie przedstawiono. To właśnie kwestia przejścia od analizy pojęcia Boga do konieczności Jego istnienia jest przedmiotem argumentu Anzelma, a nie nieuprawnionym założeniem. Samo nazwanie tego przejścia „niedozwolonym” jest arbitralnym stwierdzeniem, dopóki nie zostanie wykazane, dlaczego miałoby ono być logicznie błędne.
Immanuel Kant argumentował przeciw dowodowi ontologicznemu Anzelma, że istnienie nie jest predykatem (cechą). Jednakże Kant krytykował określoną interpretację argumentu Anzelma, natomiast późniejsze wersje dowodu, zwłaszcza modalne, nie opierają się na traktowaniu istnienia jako zwykłego predykatu. Ponadto istnieje spór filozoficzny co do tego, czy konieczne istnienie nie stanowi szczególnego rodzaju własności, odrębnej od zwykłego istnienia faktycznego. Twierdzenie Kanta nie zostało powszechnie uznane za definitywnie rozstrzygające problem. Kant twierdził ponadto, że istnienie jest wykorzystywane do tworzenia syntetycznych powiązań między pojęciami. Taki pogląd przedstawia kantowską teorię sądów jako fakt bezsporny, choć jest ona tylko elementem określonego systemu filozoficznego, a nie powszechnie obowiązującą zasadą logiki. Jest to arbitralne przyjęcie jednego stanowiska filozoficznego bez wykazania, że wszystkie konkurencyjne ujęcia są błędne. Jeśli kantowska teoria poznania jest przedmiotem sporu, to nie może sama przez się obalać argumentu ontologicznego. Kant głosił również, iż zdanie, że coś, ponad co nic większego nie można pomyśleć (coś, co jest najdoskonalsze pod każdym względem) istnieje, jest syntetyczne, a nie analityczne i nie można mu przypisywać koniecznej prawdziwości. Jednak znowu jest to wniosek wynikający z założeń filozofii Kanta, a nie twierdzenie wykazane niezależnie od tych założeń. Anzelm właśnie twierdził, iż pojęcie bytu absolutnie doskonałego zawiera konieczne istnienie, a więc zdanie ma charakter analityczny w odniesieniu do właściwie rozumianej definicji Boga. Krytyka zakłada z góry, że stanowisko Kanta jest poprawne, przez co pojawia się arbitralność argumentacji. Nie wykazano również, dlaczego konieczne istnienie miałoby być logicznie wykluczone z treści pojęcia bytu absolutnego.
Inny częsty zarzut głosi, że dowód ontologiczny w wersji klasycznej zakładał to, co zamierzał udowodnić. Jest to zarzut błędnego koła, jednak nie został on uzasadniony i ponownie wynika z niezrozumienia istoty argumentacji Anzelma. Dowód Anzelma nie zakłada istnienia Boga jako przesłanki, lecz rozpoczyna od definicji Boga jako bytu, ponad który nic większego nie można pomyśleć. Następnie wykazuje, że istnienie wyłącznie w umyśle prowadzi do sprzeczności z tą definicją (bo Bóg to byt najdoskonalszy, a więc następuje absolutna tożsamość istnienia i treści - tym samym w pojęciu Boga zawiera się Jego realność). A zatem mamy tu do czynienia z dowodem nie wprost (dowód apagogiczny), a w takiej sytuacji tożsamość wniosku z przesłanką startową po prostu nie zachodzi. Twierdzenie, że argument ontologiczny zakłada swój wniosek, jest bezzasadne, jeśli nie zostanie wskazane, w którym miejscu przesłanki zawierają już tezę o realnym istnieniu Boga. Nie wskazano przesłanki, w której istnienie Boga byłoby założone. Dowód ontologiczny wychodzi od definicji Boga, a nie od tezy, że Bóg istnieje. Krytyka pozostaje więc niekonsekwentna, ponieważ utożsamia analizę pojęcia z założeniem realnego istnienia, choć są to dwie zupełnie różne kwestie logiczne.
Z kolei niejaki Raymond Smullyan uważał, że błąd w dowodzie ontologicznym polega na pomyleniu twierdzenia o własnościach z twierdzeniem o konkretnym obiekcie posiadającym te własności. Jednak i to twierdzenie upraszcza strukturę argumentu Anzelma. Dowód ontologiczny nie przechodzi od dowolnego zbioru własności do istnienia dowolnego obiektu, lecz dotyczy szczególnego przypadku bytu, którego istotą ma być konieczne istnienie. Krytyka Smullyana traktuje argument ontologiczny tak, jakby mówił o zwykłych przedmiotach, podczas gdy Anzelm wyraźnie odróżnia Boga od wszystkich bytów przygodnych. Smullyan popełnił błąd ekwiwokacji polegający na utożsamieniu dwóch różnych rodzajów istnienia: przygodnego i koniecznego. Krytyka Smullyana nie wykazuje również, dlaczego własność koniecznego istnienia miałaby być logicznie niemożliwa.
Smullyan powtarzał też zarzuty wcześniejszej krytyki, zgodnie z którą dowód ontologiczny stwierdza jedynie, że każdy obiekt spełniający przyjętą w tym dowodzie definicję Boga istnieje; do kompletności dowodu brakuje wskazania takiego obiektu w realnym świecie. Jednak i ta krytyka Smullyana błędnie przedstawia cel dowodu ontologicznego. Anzelm nie twierdzi, że istnieje wiele obiektów spełniających definicję Boga ani że należy wskazać egzemplarz tej klasy. Dowód dotyczy jednego, koniecznego bytu, którego istnienie wynika z samej natury pojęcia Boga. Dowód ontologiczny od początku ma charakter aprioryczny. Smullyan popełnia błąd kategorialny.
Dowód ontologiczny Anzelma wykazuje zatem z powodzeniem, że Bóg jest Bytem Najwyższym, który istnieje w sposób konieczny.
Jan Lewandowski, lipiec 2026.