Jan Lewandowski

Ateiści nigdy nie obalili dowodów na istnienie Boga - słynne pięć dróg Tomasza

dodane: 2026-10-04
Ateiści nigdy nie obalili słynnych pięciu dróg świętego Tomasza. Lwia część ich krytykanctwa w tej kwestii wynika z niezrozumienia tych dowodów. Niniejszy tekst jest fragmentem mojej nieopublikowanej książki o dowodach na istnienie Boga (aktualnie brak wydawcy). Kontynuuję tym artykułem zapowiadany przeze mnie już wcześniej cykl tekstów o klasycznych dowodach na istnienie Boga. Z tekstu usuwam większość przypisów, które znajdują się w mojej książce. Zostawiam odnośniki tylko tam, gdzie jest to niezbędne.

     Największe ateistyczne kłamstwo internetowe (i nie tylko internetowe) głosi, że nie ma żadnych przesłanek na istnienie Boga. Ależ są. Jest ich cała masa, spokojnie możemy mówić nie tylko o przesłankach na istnienie Boga, ale również o argumentach i dowodach. Dość obszernie omówiłem je w wielu tekstach:


https://www.apologetyka.info/ateizm/ateisci-nigdy-nie-obalili-dowodow-na-istnienie-boga,1730.htm


https://www.apologetyka.info/ateizm/sztuczna-inteligencja-twierdzi-ze-klasyczne-dowody-na-istnienie-boga-nigdy-nie-zostay-obalone,1748.htm


https://www.apologetyka.info/ateizm/cud-odrosniecia-amputowanej-konczyny-jednak-zdarzy-sie-cud-z-calandy-ostatecznie-obala-ateizm,1801.htm


https://www.apologetyka.info/ateizm/cuda-eucharystyczne-w-lanciano-buenos-aires-sokoce-i-legnicy-cuda-eucharystyczne-obalaja-ateizm,1807.htm


https://www.apologetyka.info/ateizm/ateisci-nigdy-nie-obalili-cudu-sonca-w-fatimie,1812.htm

 

https://www.apologetyka.info/_a/ateizm/ateisci-nigdy-nie-obalili-dowodow-na-istnienie-boga-dowod-ontologiczny-swietego-anzelma-z-canterbury,1815.htm

 

https://www.apologetyka.info/ateizm/cudowne-uzdrowienia-w-lourdes-obalaja-ateizm,1816.htm

 

https://www.apologetyka.info/ateizm/wspoczesne-i-masowe-publiczne-objawienia-matki-bozej-w-egipcie-obalaja-ateizm,1818.htm


    W tym tekście omówię kolejny słynny dowód na istnienie Boga: pięć dróg świętego Tomasza z Akwinu.

    Pięć dróg świętego Tomasza z Akwinu stanowi klasyczny i najbardziej wpływowy zestaw argumentów kosmologicznych na istnienie Boga, osadzony w realistycznej metafizyce Arystotelesa. Tomasz wychodzi od najbardziej podstawowych i powszechnych faktów doświadczenia: ruchu, przyczynowości sprawczej, przygodności bytów, stopni doskonałości oraz celowości w przyrodzie. Każda z dróg wskazuje, że obserwowany porządek świata nie może być wyjaśniony w nieskończonym regresie przyczyn czy wyjaśnień, lecz domaga się istnienia pierwszej zasady, która sama nie wymaga dalszego uzasadnienia. Bóg jawi się tu jako Pierwszy Poruszyciel, Pierwsza Przyczyna, Byt Konieczny, Najwyższa Doskonałość oraz Najwyższa Inteligencja kierująca światem ku celom. W przeciwieństwie do Anzelma Tomasz nie próbuje wywieść istnienia Boga z samego pojęcia, lecz pokazuje, że racjonalna refleksja nad strukturą rzeczywistości prowadzi do uznania istnienia Boga jako ostatecznego fundamentu bytu i porządku świata.


    Pierwsza droga, wychodząca z faktu ruchu, opiera się na rozróżnieniu między możnością a aktem i wskazuje, że wszystko, co jest poruszane, musi być poruszane przez coś innego, aż dojdziemy do Pierwszego Poruszyciela, który sam jest czystym aktem i nie wymaga dalszego wyjaśnienia. Druga droga odwołuje się do przyczynowości sprawczej i pokazuje, że żaden byt nie może być przyczyną samego siebie, a nieskończony ciąg przyczyn jest niemożliwy, co prowadzi do uznania istnienia Pierwszej Przyczyny. Trzecia droga analizuje przygodność bytów świata, które powstają i giną, i argumentuje, że gdyby istniały tylko byty przygodne, w pewnym momencie nie istniałoby nic, dlatego konieczne jest istnienie Bytu Koniecznego, od którego zależy istnienie wszystkich innych. Czwarta droga wychodzi od obserwowanych stopni doskonałości w bytach i wnioskuje, że ich istnienie zakłada istnienie najwyższego wzorca doskonałości, który jest źródłem wszelkiego dobra, prawdy i bytu. Piąta droga, najbardziej teleologiczna, wskazuje na celowość i uporządkowanie w świecie przyrody, nawet tam, gdzie brak świadomości, i prowadzi do uznania istnienia rozumnej inteligencji, która nadaje rzeczom ich cel i porządek.


    Przez lata dominowało przekonanie, że dowody świętego Tomasza na istnienie Boga (tak zwane pięć dróg) zostały obalone i mają już tylko wartość historyczną. Nawet ja dałem się przez jakiś czas nabrać na takie ateistyczne oszustwo. Utwierdzała mnie w tym przekonaniu również współczesna katolicka teologia akademicka (co nie znaczy, że tak naucza sam Kościół Katolicki), która traktuje dowody świętego Tomasza już tylko raczej jako ciekawostkę, mającą co najwyżej wartość muzealną i ozdobnikową. Jednak bardziej wnikliwie analizując literaturę przedmiotu ze zdumieniem odkryłem, że dowody świętego Tomasza nigdy nie zostały obalone przez ateistów (lub teologów naturalistycznych). Wręcz przeciwnie, dowody te wciąż mają się świetnie i są cały czas w mocy. Niektórzy ateiści co najwyżej próbowali je nieudolnie komentować i można powiedzieć jedynie tyle, że nigdy tych dowodów nawet nie zrozumieli, wystawiając chochoła. A co dopiero mówić o obaleniu dowodów świętego Tomasza.


    W niniejszym tekście znowu odwołam się do krytyki ateisty Jana Woleńskiego (podaje się on za agnostyka, ale w praktyce jest ateistą), aby ukazać jak nieduolnie ateiści próbują krytykować dowody świętego Tomasza na istnienie Boga. W zasadzie porządnej krytyki dowodów świętego Tomasza wśród ateistów jest tyle, co kot napłakał, traktują oni te dowody bardzo powierzchownie i nie rozumieją ich, głosząc w tym temacie dużo więcej propagandy niż merytoryki. Woleński był stosunkowo najbardziej rzeczowy, więc wybrałem go do polemiki w niniejszej sekcji. A zatem zaczynamy.


    Woleński zarzuca, że wnioskowania świętego Tomasza nie są prawami logiki (por. Jan Woleński, Granice niewiary, Kraków 2004, s. 116-117, 121-122). Robi to przez fałszywą analogię do zagadnienia liczb naturalnych (tamże, s. 116). Jednak jest to chochoł Woleńskiego, bo święty Tomasz nigdzie nie twierdził, że jego wnioskowania są prawami logiki. To jakiś nonsens. Wystarczy, że wnioskowania świętego Tomasza są logicznie i formalnie poprawne, a wnioski wynikają z przesłanek. I tak właśnie jest, czego Woleński nie był w stanie zakwestionować.


    W innych miejscach swej przywoływanej już wyżej książki Woleński polemizując też odwołuje się do logiki jako do autorytetu i oręża (tamże, s. 121-122, 126, przyp. 20; s. 126-127, 132, 143, 183). Ale przecież w świecie ateisty logika nie istnieje w sposób obiektywny i jest jedynie produktem reakcji elektrochemicznych w mózgu. Te same reakcje elektrochemiczne w mózgu mogą zadecydować, że logika jest jednym wielkim błędem, złudzeniem lub nie istnieje. W świecie ateisty logika de facto nie istnieje, gdyż może ona być co najwyżej tymczasowym i lokalnym produktem reakcji elektrochemicznych w mózgu, a te obowiązują jedynie w mózgu, a nie w świecie. Tymczasem zasady logiki są z definicji uniwersalne i obowiązują w całym Wszechświecie. Ale u ateisty zasady logiki istnieją co najwyżej lokalnie w jego mózgu, a nie w całym Wszechświecie. I tu jest właśnie problem, który jest praktycznie nie do rozwiązania przez ateistę. Problem ten pogorszy się jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że reakcje chemiczne w mózgu ateisty nie są ani logicznie, ani nielogiczne. One po prostu są. Tak jak iskrzenie na stykach akumulatora. Czy iskrzenie na stykach akumulatora może być logiczne lub nie? To nonsens. A więc mózg ateisty nie może produkować żadnych sensownych zasad logicznych, ani nie może ich nawet odkrywać. Skoro dla ateisty myśli są jedynie wytworem reakcji elektrochemicznych w mózgu, to zasady logiczne, rzekomo odkrywane lub ustalane przez mózg ateisty, nie mogą aspirować do niczego więcej niż potencjalnego fałszu. Przecież ateista nigdy nie jest w stanie wykluczyć, że to, co produkuje jego mózg niezależnie od niego, nie jest jedynie zdeterminowanym fałszem, który jedynie udaje zasady logiczne. Procesy fizyczne w mózgu ateisty są bowiem zdeterminowane i tym samym nie podlegają kontroli ateisty. Zresztą, gdy procesy te są niezdeterminowane, to też nie podlegają jego kontroli, gdyż w tej sytuacji są od niego tak samo niezależne lub nawet bardziej.


    Woleński przyznaje, że wywody świętego Tomasza nie stanowią logicznych następstw, czego Woleński wcale nie wykazał, po czym za chwilę dodaje, że nie przesądza to o fałszywości konkluzji (tamże, s. 117).


    Na stronach 72-73 i 106 swej omawianej książki Woleński pisał, że nauka nie gwarantuje sukcesu poznawczego, po czym nagle argumentuje przeciw drogom świętego Tomasza i rozumowaniu Arystotelesa na podstawie fizyki (s. 118-120, 122). Gdzie tu sens? Jest to po prostu niespójne. Woleński argumentuje też przeciw drogom świętego Tomasza na podstawie zasad Newtona (s. 119), ale przecież fizyka Newtona została obalona. Jak czytamy w jednym z opracowań, „Nawet teoria tak dobrze potwierdzona jak prawa Newtona okazała się na dalszą metę nie do utrzymania […] prawa Newtona zostały obalone!” (John G. Kemeny, Nauka w oczach filozofa, Warszawa 1967, s. 49, 127). Również bardzo znany polski metodolog nauki Jan Such pisze, że „twierdzenia Newtona zawarte w jego Principiach, które wszak, wszystkie bez wyjątku, zostały obalone przez późniejsze odkrycia” (Jan Such, Czy istnieje experimentum crucis? Problemy sprawdzania praw i teorii naukowych. Studium metodologiczne, Warszawa 1975, s. 49). Wszystko to, co pisze Woleński jest mocno niespójne i podejrzane. Jego twierdzenia wzajemnie sobie zaprzeczają i wykluczają się.


    Woleński w kontrze do świętego Tomasza stwierdza, że można sobie pomyśleć nieskończone łańcuchy skutkowo-przyczynowe (por. Jan Woleński, Granice niewiary, dz. cyt., s. 122). Jak jednak skończonym umysłem można pomyśleć sobie coś, co jest nieskończone? To jest absurd i kolejna sprzecczność u Woleńskiego. Zastanawiam się czy on w ogóle zastanawia się nad tym, co pisze. A jeśli Woleński może sobie pomyśleć cokolwiek i uznaje już samo to za argument, to czemu ateiści mają problem z tym, że teista może sobie pomyśleć o Bogu jako argumencie? Brak konsekwencji w tych wszystkich ateistycznych stwierdzeniach. Mamy tu jeden wielki zamęt.


    Co to znaczy „byt istnieje”? (tamże, s. 122). Tego Woleński w ogóle nie wyjaśnia, choć uważa, że takie stwierdzenie jest jego argumentem.


    Woleński następnie pisze, że dwie pierwsze drogi Tomasza nie spełniają warunków poprawnych dowodów (tamże). Jednak jak Woleński to udowodni, skoro cała jego epistemologia jest bezpodstawna i niepewna? To jest kolejna sprzeczność.


    Anthony Kenny, którego cytuje Elders i który ma kompetencje na polu logiki, oświadczył:


„Dlatego, jest rzeczą niemądrą dla krytyka Pięciu Dróg, by atakował ich formalną strukturę” (cyt. za L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 136). Zadedykujmy to Woleńskiemu.


    Woleński zarzuca też świętemu Tomaszowi, że ten używa pojęcia przyczyny w różnych znaczeniach (por. Jan Woleński, Granice niewiary, dz. cyt., s. 123-124, 132). Ale Woleński nie uzasadnia tego zarzutu i jest to tylko kolejny jego chochoł. Zresztą, nawet jeśli święty Tomasz by tak robił, to czy wynika z tego coś negatywnego? Nie. Słowa mają wiele znaczeń i nie wynika z tego wcale to, że ktoś popełnia zarzut ekwiwokacji. To trzeba jeszcze uzasadnić. Woleński nie tylko tego nie robi, ale nawet nie stawia takiego zarzutu. Jego stwierdzenie jest ewidentnie niedopracowane i w zasadzie nie wiadomo o co mu chodzi. Uwagi rzucane przez Woleńskiego sprawiają wrażenie luźnych dygresji.


    Woleński w kontrze do argumentacji świętego Tomasza stwierdza, że pytanie o przyczynę w odniesieniu do każdego bytu z osobna nie przesądza o tym, że wszystkie byty jako całość mają jakąś przyczynę (tamże, s. 124). Jednak jest to znowu zupełnie arbitralne stwierdzenie. Racjonalne jest uznawać, że Wszechświat ma przyczynę jako całość, bo wszystko co znamy ma przyczynę i jej podlega. To jest rozsądne wnioskowanie, gdyż nic innego nie obserwujemy, więc taka konkluzja teisty jest jak najbardziej racjonalna. Woleński nie wskazał żadnej takiej racji, na podstawie której moglibyśmy uznać, że możemy wyłączyć Wszechświat jako całość z reguły przyczynowości. Przekonanie Woleńskiego jest nie tylko bezpodstawne ale jest również irracjonalne. Ateista musi uciec od tego, co rozsądne i racjonalne, aby uratować swój ateizm. Tak jest zawsze, więc nic dziwnego, że Woleński nie jest tu wyjątkiem.


    W kontekście przedstawionego przed chwilą zarzutu Woleńskiego godne odnotowania jest też spostrzeżenie Fesera, że dowód tomistyczny w rzeczywistości nie obejmuje w żadnym wypadku wnioskowania z cech części na całość. Nie każde wnioskowanie z części na całość jest błędne. Jeżeli jeden klocek Lego w stosie klocków jest czerwony, to każdy przedmiot, jaki zbudujemy z tych klocków, też będzie czerwony.


    Niektórzy ateiści przywołują też mechanikę kwantową przeciw teistycznemu argumentowi z przyczynowości, która to mechanika kwantowa rzekomo odrzuca zasadę przyczynowości. Ale kopenhaska interpretacja mechaniki kwantowej dotyczy świata, który już jest w grze. A idea pierwszej przyczyny leży poza tą grą. Ta ateistyczna pseudoargumentacja jest więc obok istoty zagadnienia przyczynowości. To po pierwsze. Po drugie, idea braku przyczyn zakłada klauzulę ceteris paribus, to znaczy wszechwiedzę obserwatora o układzie badanym. Aby na pewno wiedzieć, że nie było przyczyn, a nie, że ich jedynie nie zaobserwowaliśmy, musielibyśmy mieć wszechwiedzę o układzie badanym. Ale jej nie mamy. Z interpretacji kopenhaskiej wynika tylko tyle, że nie mamy pewnej wiedzy deterministycznej o mikroukładach. Ale nie wynika z tego, że Wszechświat jako całość nie został na początku zdeterminowany w skali makro. Wierzę w wiecznego Boga, bo jest niematerialny i nie generuje takich paradoksów logicznych jak odwieczny materialny Wszechświat, który popada choćby w takie paradoksy jak paradoks hotelu Hilberta, o którym napiszę więcej w sekcji o dowodzie kosmologicznym Kalam na istnienie Boga. Poza tym fizyka wyklucza raczej odwieczny Wszechświat, bo mówi o Big Bangu. Co prawda niektórzy ateiści negują to, gdy twierdzą, że koncepcja Big Bangu nie wyklucza odwiecznego istnienia Wszechświata, gdyż Wszechświat może być rzekomo odwiecznie istniejącym cyklicznym ciągiem wielkich wybuchów i następujących po nich kolapsów, jednak przeczą temu nie tylko wspomniane paradoksy logiczne, takie jak paradoks hotelu Hilberta, ale przeczy temu brak wiarygodnej i empirycznie weryfikowalnej hipotezy fizycznej, która uzasadniałaby ideę odwiecznej cykliczności big bangów i kolapsów. Co ciekawe, niektórzy sztandarowi ateiści, tacy jak choćby Daniel Dennett, posuwają się do logicznych absurdów i twierdzą nawet wbrew logice, że może istnieć nieskończony regres lub Wszechświat może powołać do istnienia sam siebie. Jest to oczywiście wewnętrznie sprzeczny nonsens, bo coś, co nie istnieje, nie może stworzyć samo siebie (musiałoby wpierw istnieć, aby cokolwiek stworzyć), tak samo jak nie może istnieć nieskończony regres, zwłaszcza w świecie fizycznym z powodu nieprzezwyciężalnych logicznie paradoksów dotyczących rzeczywistej nieskończoności, takich jak wspomniany już przeze mnie paradoks hotelu Hilberta. Najwyraźniej Dennett nie zna paradoksu Hilberta. Oto podstawowa reguła ateizmu: wszystko, nawet absurd, byleby tylko nie Bóg.


    Ateiści bezpodstawnie przyjmują, że Wszechświat istnieje odwiecznie. Racjonalniej jest przyjąć, że Wszechświat ma przyczynę, bo nie znamy nic, co przyczyny nie ma. Nawet odwieczne istnienie Wszechświata nie usuwa pytania o to, czemu istnieje coś, a nie nic. Ateiści szydzą z chrześcijan, że wymyślają sobie Boga, ale przecież ateiści sami krytykują teizm przy pomocy swoich wymysłów. Możliwość nieskończonego regresu Wszechświatów to wymysł ateistycznych fizyków. Ateista nie wie nawet tego, czy istnieje taka możliwość. Aby o tym wiedzieć musiałby mieć wszechwiedzę usuwającą każdą potencjalną przeszkodę dla takiej możliwości. Ale takiej wszechwiedzy nie ma.


    Woleński twierdzi, że cały byt może być konieczny, nawet jeśli składa się z samych bytów przygodnych (por. Granice niewiary, dz. cyt., s. 124-125). Ale byty przygodne nie pokryją wieczności ani wertykalnie, ani horyzontalnie. Zniszczalna rzecz, która nie mogłaby nigdy przestać istnieć, miałaby możliwość nie bycia zniszczalną, podczas gdy jednocześnie jest zniszczalna. Ale to jest właśnie niemożliwe i wewnętrznie sprzeczne. Istniejące możliwe rzeczy w naszym Wszechświecie, gdy przemijają, zostają zastąpione przez inne rzeczy, a więc w nieograniczonym czasie byt będzie istniał. Lecz nie jest to prawdziwe gdy cofamy się do przeszłości. Ciągi skończonych okresów nie mogą się zsumować w nieskończone trwanie czasu. Mnożenie ograniczonych odcinków trwania nie może wypełnić nieskończonego czasu.


„Nawet nieskończenie wiele przyczyn niekoniecznych, czyli pośrednich, jest zawsze ciągiem aktualnie skończonym i nie wyjaśnia ostatecznie faktu istnienia bytów niekoniecznych” (Z.J. Zdybicka, Drogi afirmacji Boga, w: Wprowadzenie do filozofii, Lublin 1992, s. 319).


    Woleński pyta dlaczego miałoby istnieć raczej nic niż coś (por. J. Woleński, Granice niewiary, dz. cyt., s. 125). Pisze też, że w logice klasycznej zdanie „nic nie istnieje” jest wewnętrznie sprzeczne (tamże, s. 125). To wszystko są tylko sofizmaty określane jako meaningless question i ignoratio elenchi.


    Woleński bije też chochoła gdy twierdzi, że pytanie o przyczynę Boga jest zasadne tak samo, jak pytanie się o przyczynę Wszechświata. Jednak Wszechświat jest bytem przygodnym, a Bóg jest bytem koniecznym, a zatem zarzut Woleńskiego jest tu oparty na błędzie kategorialnym (tamże, s. 124-125).


    Woleński stwierdza również, że pojęcie nicości wcale nie jest prostsze od pojęcia tego, co istnieje, gdyż pierwsze angażuje negację, a drugie nie (tamże, s. 125). Jest to przedziwne stwierdzenie. W dodatku jest ono niespójne. Nie ma negacji jeśli nic nie istnieje. Negacja jest prawem logiki. A jeśli jest prawdą, że logika istnieje, to nieprawdą jest zarazem to, że nic nie istnieje. Po drugie, stwierdzenie Woleńskiego jest po prostu arbitralne. Dlaczego zaangażowanie negacji miałoby być bardziej skomplikowane niż stwierdzenie, że coś istnieje? Stwierdzenie, że coś istnieje wprowadza jeszcze więcej komplikacji i potencjalnych bytów niż nieistnienie i jest twierdzeniem afirmatywnym. Filozofowie kłócą się na przykład o to, jak zdefiniować pojęcie istnienia (spór nierozstrzygnięty w filozofii po dziś dzień). Poza tym nie ma zagadnienia nieistnienia bez zagadnienia istnienia.


    Woleński orzeka przeciw kluczowej argumentacji filozoficznej świętego Tomasza, że z tego, iż każda rzecz materialna (i w ogóle przygodna) może istnieć i nie istnieć, nijak nie wynika to, że kiedyś nie było żadnej z tych rzeczy (tamże, s. 126). Jednak jest to chochoł. Na stronie 115 Woleński cytuje słowa świętego Tomasza, po których widać, jak Woleński je wypaczył. Woleński bezpodstawnie stwierdza też, że obalił argumentację świętego Tomasza w kwestii zakazu regressus ad infinitum i dowodu z przyczynowości sprawczej (tamże, s. 126). Rzecz w tym, że Woleński niczego w tej kwestii nie obalił. W ogóle Woleński nic nie obalił. I to jest właśnie problem.


    Woleński bije też w jednym miejscu chochoła, posuwając się wręcz do jawnej manipulacji słowami świętego Tomasza. Woleński stwierdza mianowicie, że według Tomasza coś może jednocześnie być i nie być, co ma naruszać zasadę niesprzeczności (tamże, s. 126, przyp. 19). Problem w tym, że święty Tomasz nigdzie nie stwierdził, że coś może być i nie być jednocześnie. To tylko chochoł Woleńskiego. Wystarczy zresztą zajrzeć do słów samego świętego Tomasza, które Woleński nawet sam cytuje na stronie 115 Granic niewiary, aby zobaczyć, że nic takiego Tomasz nie napisał.


    Woleński arbitralnie spekulując postuluje, że możliwy jest taki świat, w którym istnieje nieskończenie wiele bytów przygodnych i nie ma w takim świecie bytu koniecznego, od którego zależą te byty przygodne (tamże, s. 127). Rzecz w tym, że jest to kolejny błąd kategorialny i nonsens. Odwołanie się do nieskończonej ilości bytów przygodnych nadal nie wyklucza tego, że kiedyś musiały one zaistnieć i kiedyś przestaną istnieć. Taka jest niezbywalna cecha bytu przygodnego. W dodatku istnienie bytu przygodnego jest zależne z definicji od bytu koniecznego. Byt ten nie ma cechy istnienia samej w sobie. A zatem jest to kolejny wewnętrznie sprzeczny pseudoargument Woleńskiego, który trafia w próżnię.


    Nie udało się wykazać nawet możliwości systemu, w którym tylko byty przygodne mogą nawzajem powodować swoje istnienie. Tym bardziej, że otwartym pozostaje pytanie o przyczynę takiego uniwersalnego systemu bytów przygodnych będących wzajemnie przyczynami swojego istnienia.


    Poza tym Woleński przeczy temu, co sam pisze o Wszechświecie na stronie 118 swej książki Granice niewiary, gdzie sam deklarował, że Wszechświat jest skończony. To, co pisze Woleński jest więc sprzeczne z fizyką. Skończony Wszechświat nie pokryje skończonymi bytami nieskończoności, ani wertykalnie, ani horyzontalnie. Zniszczalna rzecz, która nie mogłaby nigdy przestać istnieć, miałaby możliwość nie bycia zniszczalną, podczas gdy jednocześnie jest zniszczalna. Ale to jest właśnie niemożliwe i wewnętrznie sprzeczne. Istniejące możliwe rzeczy w naszym Wszechświecie, gdy przemijają, zostają zastąpione przez inne rzeczy, a więc w nieograniczonym czasie byt będzie istniał. Lecz nie jest to prawdziwe gdy cofamy się do przeszłości. Ciągi skończonych okresów nie mogą się zsumować w nieskończone trwanie czasu. Mnożenie ograniczonych odcinków trwania nie może wypełnić nieskończonego czasu.


„Nawet nieskończenie wiele przyczyn niekoniecznych, czyli pośrednich, jest zawsze ciągiem aktualnie skończonym i nie wyjaśnia ostatecznie faktu istnienia bytów niekoniecznych” (Z.J. Zdybicka, Drogi afirmacji Boga, w: Wprowadzenie do filozofii, dz. cyt., s. 319).


    Woleński nie zdaje sobie sprawy z niemożliwości istnienia tak zwanej rzeczywistej nieskończoności. Odsyłam do naszego tekstu o dowodzie kosmologicznym Kalam, gdzie zagadnienie to jest szczegółowo omówione:

https://www.apologetyka.info/_a/ateizm/o-tym-jak-ukasz-wybranczyk-nie-zdoa-obalic-dowodu-kosmologicznego-kalam-na-istnienie-boga,1617.htm


    Woleński nie zna też twierdzenia Borde’a-Gutha-Vilenkina, choć było ono już znane w momencie, w którym pisał swoją książkę Granice niewiary. Jednym z najważniejszych współczesnych wyników kosmologii teoretycznej jest twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina, zgodnie z którym każdy wszechświat, który uśredniając, rozszerza się w czasie, musi mieć początek. Co istotne, wniosek ten nie zależy od tego, jak dokładnie wyglądały warunki fizyczne na najwcześniejszych, kwantowych etapach istnienia wszechświata. Nawet jeśli w bardzo wczesnych momentach obowiązują egzotyczne prawa grawitacji kwantowej, twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina nadal obowiązuje. Warto podkreślić, że dotyczy to również tak zwanych modeli wiecznej inflacji. Inflacja to bardzo szybkie, wykładnicze rozszerzanie się przestrzeni, które – według niektórych hipotez – mogło zachodzić w sposób „samopodtrzymujący się”, tworząc kolejne „kieszonkowe wszechświaty” w nieskończonym procesie. Wydawało się, że taka wieczna inflacja mogłaby pozwolić uniknąć początku absolutnego. Jednak twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina pokazuje, że taki „inflacyjny” kosmos nie może trwać w nieskończoność w przeszłość. Nawet jeżeli nasz Wszechświat jest jednym z wielu i nawet jeśli nowe wszechświaty rodzą się z inflacyjnego procesu, sam proces musi mieć punkt początkowy.


    Woleński popełnia też nie tylko elementarne błędy teologiczne, ale wręcz logiczne, gdy próbuje nieudolnie krytykować teologię. Na stronie 132 swej książki Granice niewiary Woleński pisze, że bogowie mogą między siebie podzielić wszechmoc. Ale podzielona wszechmoc to już nie wszechmoc.


    Woleński stwierdza też, że Wszechświat mógł być równie dobrze stworzony przez wszechmocnego szatana lub kilku bogów, a może nawet Boga, ale z argumentów kosmologicznych nie wynika rzekomo, że jest to Bóg Biblii o określonych atrybutach (por. Jan Woleński, Granice niewiary, dz. cyt., s. 132, 143-144). Rzecz w tym, że święty Tomasz na około dwustu stronach pierwszej księgi swej Summa contra gentiles wykluczył taką możliwość, uzasadniając, że Bóg jest Jeden i Dobry. Święty Tomasz uzasadniał to także na około stu stronach pierwszej części swej Sumy teologicznej i w innych dziełach. Woleński polemizuje z Tomaszem z Akwinu, ale zupełnie nie zna jego argumentacji, co jest powszechne wśród ateistów. Zresztą już sam dowód, że w ogóle istnieje jakiś Bóg (niekoniecznie Bóg chrześcijan) wystarczająco obala ateizm i agnostycyzm. Pierwszy Poruszyciel Tomasza i Arystotelesa wystarczająco identyfikuje się z Bogiem chrześcijańskim.


    Woleński deklaruje, że w argumentach Tomasza z Akwinu konkluzja o istnieniu Stworzyciela jest dana już przed jej udowodnieniem (por. Jan Woleński, Granice niewiary, dz. cyt., s. 141). Jednak jest to kolejny chochoł, którego Woleński nie wykazuje. Jedynie arbitralnie to orzeka.


    Na stronie 141 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński stawia kolejnego chochoła, gdy stwierdza, że drogi świętego Tomasza muszą zakładać to, co mają udowodnić, czyli istnienie Boga. Jednak to stwierdzenie Woleńskiego jest wyjątkowo nonsensowne. Drogi świętego Tomasza zakładają pewne prawdy dedukcyjne, które prowadzą nas do uznania tezy o istnieniu Boga. Nigdzie w nich się odgórnie nie zakłada, że Bóg istnieje. Woleńki manipuluje, odwracając do góry nogami kolejność wnioskowania świętego Tomasza.


    Przytoczę teraz w kontrze do Woleńskiego i innych ateistów szereg argumentów, które obalają ateistyczne chochoły Woleńskiego przeciw argumentacji świętego Tomasza i tomistów ogólnie.


    Możność, która została zaktualizowana, nie może aktualizować się sama lecz domaga się przyczyny różnej od samej siebie. Stąd możność nie może dać sobie spełnienia tego, czego nie ma.


    Nie można posłużyć się prawami bezwładności i grawitacji przeciw pierwszej drodze świętego Tomasza, ponieważ użyte tu pojęcia zaczerpnięte z fizyki nie są jasne: realna przyczyna przyciągania ziemskiego jest nieznana.


    Bezwładność jest niejasnym pojęciem, jak również pokazała to fizyka współczesna. Jest ona bezsensowna, gdy jest pojmowana jako jakość pojedynczego ciała w izolacji od innych sił i ciał. Ciało potrzebuje innej aktywnej przyczyny niż ono samo.


    W ciągu przyczyn per se zależnych od wcześniejszej przyczyny, wpływ przyczynowy nie mógłby nigdy być zaktualizowany, jeśli ciąg byłby nieskończony. Musi istnieć przyczyna przeprowadzająca możność do aktualności. Nie byłoby takiej przyczyny jeśli istniałby ciąg nieskończony.


    Jeśli istniałaby nieskończona ilość przyczyn podporządkowanych, żaden kres nie mógłby być osiągnięty i przyczynowe działanie nie byłoby determinujące tak, jak ono powinno być.


    Zniszczalna rzecz, która nie mogłaby nigdy przestać istnieć, miałaby możliwość nie bycia zniszczalną, podczas gdy jednocześnie jest zniszczalna. Ale to jest właśnie niemożliwe i wewnętrznie sprzeczne.


    Niemożliwą jest rzeczą, aby to, co było zniszczalne, nie było zniszczone w jakimś momencie czasu, w przeciwnym bowiem razie byłoby niezniszczalne. Stąd wniosek, że w nieskończonym czasie byłoby zarazem zniszczalne i niezniszczalne, co stanowi sprzeczność.


    Absurdem jest mniemanie, że byty, które nie muszą istnieć, istnieją same z siebie.


    W nieskończonym czasie muszą zajść wszystkie możliwe warianty związane z bytem. A więc jeśli wszelki byt materialny jest zniszczalny, to nie powinno już nic istnieć. A jednak coś istnieje. A zatem nie jest to odwieczne i musiało zostać stworzone przez Byt, który jest niezniszczalny, niematerialny i odwieczny. Rzecz, która może być i nie być, musi mieć zatem swoją przyczynę.


    Istniejące możliwe rzeczy w naszym Wszechświecie, gdy przemijają, zostają zastąpione przez inne rzeczy, a więc w nieograniczonym czasie byt będzie istniał. Lecz nie jest to prawdziwe gdy cofamy się do przeszłości. Ciągi skończonych okresów nie mogą się zsumować w nieskończone trwanie czasu. Mnożenie ograniczonych odcinków trwania nie może wypełnić nieskończonego czasu.


    Niektórzy ripostują w tym miejscu, że jedne rzeczy następują po drugich. Ale łańcuch czasowo skończonych rzeczy i tak nie pokryłby nieskończoności. Wszystkie już dawno przestałyby istnieć.


    Ponadto nie może istnieć nieskończony regres bytów przygodnych, gdzie jedne zastępują drugie, bo już samo to, że jedne byty przygodne zastępują drugie pokazuje, że wszystkie musiały kiedyś zaistnieć. A więc był moment, gdy ich wszystkich nie było. Musiał zatem istnieć jakiś początek ich wszystkich i tym samym wracamy do punktu wyjścia w postaci stwierdzenia świętego Tomasza, że wszystkie byty przygodne nie istniały i zaczęły istnieć przez coś innego (to znaczy przez byt konieczny, który jest Bogiem).


    Nie może istnieć nieskończona ilość bytów przygodnych, bo Woleński sam pisze, że Wszechświat nie jest nieskończony (por. Granice niewiary, dz. cyt., s. 118). Nie może też istnieć nieskończone następstwo bytów przygodnych w czasie. Sam fakt, że musi istnieć następstwo bytów przygodnych w czasie pokazuje, że ich czas trwania jest skończony. A ze skończonych odcinków nigdy nie ułożymy nieskończonego odcinka. One go po prostu nie pokryją.


    Nawet matematyka licealna pokazuje nam, że możemy dodawać pewne rzeczy w nieskończoność i nie otrzymamy w wyniku nieskończoności.


    Nieskończony ciąg przyczyn i przechodzenie ich z bytu na byt jest niemożliwe, ponieważ przyczynowość pierwsza nigdy nie doszłaby do ostatniej.


    Jeśli byty przygodne są ograniczone i skończone w czasie, to oznacza to, że gdyby istniały od wieczności to wszystkie doszłyby już do końca i przestałyby istnieć.


    Wykluczenie Pierwszej Przyczyny z tego aktualnego szeregu podporządkowanych przyczyn dałoby nam w rezultacie nieskończony szereg przyczyn zależnych, drugich, nie posiadających racji. Nie ma sensu brać, gdy nie ma ostatecznie tego, od kogo się otrzymuje. Pobieranie bytu z niczego stoi w niezgodzie z prawami tożsamości i z prawem niesprzeczności.


    Nieskończony szereg bytów, z których żaden nie miałby dostatecznej racji swego istnienia, jest nieracjonalny i sam w sobie sprzeczny. Szereg taki byłby równocześnie konieczny i niekonieczny, miałby i nie miałby racji swego istnienia w sobie, byłby zarazem zależny i niezależny, względny i bezwzględny, co dawałoby kolejne sprzeczności. Nieskończony szereg aktualny podważałby prawo niesprzeczności. Taki szereg jednocześnie miałby i nie miałby racji istnienia w samym sobie.


    Taki nieskończony szereg byłby we wszystkich swych częściach przypadkowy i uwarunkowany, a jako całość byłby bezwzględnie konieczny i nieuwarunkowany, co samo sobie przeczy.


    Jeśli byt przygodny nieuprzyczynowany istniałby równocześnie przez siebie i nie przez siebie, to byłby to wewnętrznie sprzeczny absurd.


    Nawet nieskończony szereg bytów zależnych w istnieniu, a więc ewentualna nieskończona całkowitość, nie dałby istnienia niezależnego. Szereg istniejący nie z siebie, lecz z kogoś innego, a jednocześnie wykluczający istnienie bytu, który byłby niezależny i konieczny, jest czymś sprzecznym, ponieważ byt jednocześnie byłby konieczny (istniałby bez oparcia w innym bycie) i przygodny (bo założyliśmy, że Bytu Koniecznego nie ma).


    Nawet jeśli uznamy istnienie Wszechświata za odwiecznie istniejący fakt, to nic jednak nie dozwala nam do tego faktu dodawać stwierdzenia, że istnienie to jest konieczne i Wszechświat jest bytem absolutnym. Takie stwierdzenie jest bezzasadne i należy to dopiero rozstrzygnąć.


    Wszechświat nie ma żadnych znamion ontologicznej spójności, trwałości i wieczności. Owa niezmienna i odwieczna opoka materialistów zmieniła się w chmurę galaktyk, uciekających daleko jedna od drugiej. Wszechświat przestał być czymś wiecznym, niezmiennym i ontologicznie samowystarczalnym.


    Pogląd o wieczności materii jest wewnętrznie sprzeczny na gruncie fizyki, gdyż materia ewoluuje i starzeje się.


    Nawet jeśli uznamy Wszechświat za odwieczny, to wcale nie oznacza to, że jest on niestworzony, samowystarczalny i niezależny.


    Wszechświat odwieczny wciąż jest stwarzany przez Boga i będzie odwiecznie stwarzany wciąż na nowo, więc nawet uznanie, że Wszechświat jest odwieczny, nie eliminuje potrzeby jego Stwórcy. Z argumentu kosmologicznego wynika, że Wszechświat może zarazem nie mieć początku i być stworzony.


    Już Arystoteles, Anaksymander i Diogenes przypisywali bogom atrybuty filozoficznej Pierwszej Przyczyny.


    To arbitralne i wewnętrznie sprzeczne stwierdzenie, że materia ma ruch sama z siebie. Coś nie może mieć czegoś, czego nie ma, więc ruch nie jest własnością materii. W wypadku zmiany czegoś nie ma i nagle coś nowego powstaje. Własność lub rzecz nie może się zjawić sama z siebie, byłoby to przeciwne zasadzie racji dostatecznej, a nawet zasadzie niesprzeczności - byt byłby jednocześnie bytem i niebytem.


    Materia nie może mieć ruchu sama z siebie. Chodzi o to, że dlaczego te siły, nie powodując zmiany w chwili A, są powodem zjawienia się czegoś nowego w chwili B. Pchnięcie ku zmianie przez jakiś czas nie istniało, a potem nagle się zjawia; nasuwa się pytanie: skąd? Odpowiedź, że znikąd, nie ma żadnego sensu: odpowiedź, że samo z siebie, sprzeciwia się zasadzie racji dostatecznej. Pozostaje dlatego jedynie racjonalne twierdzenie, że każda zmiana domaga się istnienia bytu aktualnego, powodującego przejście ku czemuś innemu.


    Skoro wszystko jest w ruchu, bo Wszechświat cały czas rozszerza się po Wielkim Wybuchu, to nie ma sensu postulat, że coś wchodzi w ruch samo z siebie. Z metafizyki wnioskujemy, że coś nie może wprawiać się w ruch samo z siebie, bo mamy sprzeczność.


    Według niektórych naturalistycznych teologów, jak ich nazywam, takich jak John Hick, istnieje możliwość, że niektóre rzeczy znajdują się w sposób naturalny i odwieczny w ruchu, zgodnie z pierwszą zasadą Newtona (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, Kraków 1994, s. 94, 95). Problem w tym, że Hick zapomniał o tym, iż fizyka Newtona została obalona. Jak czytamy w jednym z opracowań, „Nawet teoria tak dobrze potwierdzona jak prawa Newtona okazała się na dalszą metę nie do utrzymania […] prawa Newtona zostały obalone!” (John G. Kemeny, Nauka w oczach filozofa, dz. cyt., s. 49, 127). Również bardzo znany polski metodolog nauki Jan Such pisze, że „twierdzenia Newtona zawarte w jego Principiach, które wszak, wszystkie bez wyjątku, zostały obalone przez późniejsze odkrycia” (Jan Such, Czy istnieje experimentum crucis? Problemy sprawdzania praw i teorii naukowych. Studium metodologiczne, dz. cyt., s. 49).


    Ponadto przeczy temu koncepcja Wielkiego Wybuchu, z której wynika, że Wszechświat miał początek. Fizyka nie wypowiada się o tym, co było przed Wielkim Wybuchem, więc wspominana już wcześniej w tej sekcji koncepcja cyklicznego Wszechświata jest filozoficzna, a nie naukowa. Jest aktem wiary ateistów. Zresztą Hick sam przyznaje, że nawet cykliczny Wszechświat istniejący odwiecznie nadal wymagałby jakiegoś zewnętrznego poruszyciela (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 96).


    Ruch to dla świętego Tomasza również zmiana wielkości i stanu (tamże, s. 92).


    Hick przedstawił kilka sofizmatów przeciw zasadzie przyczynowości, która jest fundamentalna dla argumentacji świętego Tomasza w jego drogach dowodzących istnienia Boga na podstawie ruchu, przyczynowości i przygodności. Oto sofizmaty Hicka: beztemperaturowe prądy powodują rozgrzewanie się przewodów. Kto czyni królów, sam nie musi być królem, a martwi nie popełniają morderstw. Coś na biegunie południowym nie musi wprawiać w ruch rzeczy ku temu biegunowi, inaczej jakżeby pierwszy odkrywca dotarł tam kiedykolwiek? Człowiek tuczący woły sam nie musi być tłusty (tamże, s. 95). Tych wyjątkowo marnych przykładów Hick używa za Anthonym Kenny w celu próby obalenia tezy świętego Tomasza z Akwinu, że tylko to, co jest aktualne (Stwórca) może być przyczyną przejścia czegoś (stwarzany świat) od bycia potencjalnym do aktualnym (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 95). Jednak te przykłady Hicka (a właściwie Kenny'ego) w żaden sposób nie obalają tezy świętego Tomasza, wręcz przeciwnie, dowodzą one jedynie tego, że Kenny i Hick nie zrozumieli tego, co napisał święty Tomasz. Święty Tomasz nigdzie nie twierdził, że Stwórca sam musi być w ruchu, aby wprawić w ruch Wszechświat. Stwórca jest niezmienny i akt stwórczy nie musi być sam w sobie ruchem. Tym samym Kenny i Hick obalają jedynie chochoła, a nie to, co naprawdę napisał święty Tomasz z Akwinu. Bóg sam nie musi być tłusty, żeby stworzyć tłuste woły. Bóg sam nie musi być martwy, aby kogoś zabić. Bóg nie musi być nawet królem, aby uczynić kogoś królem. Jednak zarówno uczynienie kogoś tłustym, królem i martwym wymaga przyczyny i przejścia od możności (potencjalności) do aktualności, mówiąc językiem tomizmu. Tym samym Hick i Kenny nie obalili argumentacji świętego Tomasza z Akwinu. Nawet jej nie naruszyli i tym samym pozostaje ona nadal w mocy. Hick i Kenny po prostu nie zrozumieli świętego Tomasza.


    Nie odmówię sobie jednak przyjemności popastwienia się tu jeszcze bardziej drobiazgowo nad wspomnianymi przed chwilą sofizmami Kenny'ego, które Hick jedynie bezmyślnie za nim przepisał. Jest to kluczowy moment pseudoargumentacji duetu Hick-Kenny przeciw dowodom świętego Tomasza na istnienie Boga. To naprawdę ciekawy powód wejścia do dyskusji nad jednym z kluczowych założeń metafizyki Tomasza z Akwinu, a mianowicie tezy, że „tylko byt aktualny może poruszać byt potencjalny”, czyli: actus est prior potentia.


    Argument Kenny'ego (za Hickiem) wygląda tak: Anthony Kenny w swojej krytyce pięciu dróg Tomasza (szczególnie pierwszej i drugiej — o ruchu i przyczynowości) atakuje kluczową przesłankę:


„Tylko coś będące aktualne może doprowadzić coś innego do aktualności”.


    Wspomniane przeze mnie już wyżej przykłady mają to wykpić:


„Beztemperaturowe prądy powodują rozgrzewanie się przewodów” — więc coś „zimnego” powoduje coś „ciepłego”.


„Martwi nie popełniają morderstw” — co w tym kontekście podważa rzekomo niezbędność „żywej” przyczyny.


„Człowiek tuczący woły nie musi być tłusty” — a więc coś może przekazywać właściwość, której samo nie posiada.


    Odpowiedź z perspektywy tomistycznej (i metafizycznej):


1. Akt i możność – pojęcia metafizyczne, nie fizyczne


    Święty Tomasz nie mówi, że koniecznie musi istnieć dokładnie ta sama właściwość w przyczynie, co w skutku, tylko że musi być ona w jakiś sposób realnie aktualna w przyczynie. To kluczowy punkt.


    Przykład z prądem:


    Prąd sam w sobie może nie mieć „temperatury” (w sensie makroskopowym), ale aktualnie posiada zdolność do wywoływania cieplnych skutków w przewodniku — ma więc aktualną moc przyczynową do powodowania tego skutku. Nie jest „potencjalnym” źródłem ciepła, tylko realnie wywołującym ogrzanie.


    Tuczący, ale nie tłusty:


    Człowiek nie musi być tłusty, ale musi być aktualnie sprawczy względem procesu tuczenia – na przykład ma wiedzę, kontrolę, jedzenie i podejmuje działanie. To nie znaczy, że musi przekazywać tę samą właściwość fizycznie, ale że ta właściwość ma swój aktualny fundament w jego działaniu.


    Martwi i morderstwa:


    To akurat przykład nieadekwatny – martwy niczego nie czyni, więc nie ma tu przyczyny w ogóle. Święty Tomasz zgodziłby się: coś, co nie jest aktualne (na przykład życie), nie może wywołać skutku (na przykład działanie – morderstwo). W rzeczywistości wzmacnia to jego stanowisko.


    Podróż na biegun południowy:


    Odnosi się do „ruchu ku celowi” – i znowu: nie chodzi o to, że biegun musi przyciągać jak magnes, ale że każdy ruch ku czemuś wymaga aktualnego poruszyciela. Pierwszy człowiek nie został „przyciągnięty”, ale sam siebie poruszył — był więc poruszycielem. Święty Tomasz nie przeczy temu. Ale cały problem dotyczy tego: czy łańcuch takich poruszeń może być nieskończony? (Tomasz twierdzi, że nie – i stąd potrzeba „pierwszego, nieporuszonego Poruszyciela”).


2. Podstawowy błąd Kenny’ego (i Hicka)


    Zarzuty te opierają się na kategoryzacji fizykalnej lub empirycznej, podczas gdy święty Tomasz operuje w porządku metafizycznym. Tomasz nie mówi, że przyczyna musi mieć dokładnie tę samą właściwość co skutek, lecz że nie może dać czegoś, czego nie ma przynajmniej w sposób aktualnie sprawczy.


    Zarzuty Kenny’ego i Hicka nie trafiają w cel, bo błędnie interpretują tezy Tomasza z poziomu fizykalno-empirycznego, zamiast metafizycznego. Tomasz mówi o porządku bytu: tylko coś realnie istniejącego, w jakiejś formie aktualnego, może przekazać istnienie lub poruszyć ku aktualizacji możności.


    Anthony Flew i John Hick formułują jeszcze inny zarzut przeciw dowodom świętego Tomasza na istnienie Boga: prawa energii i materii są takim samym dobrym wyjaśnieniem świata jak Bóg (por. J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, dz. cyt., s. 103). Jednak to jest nonsens i błąd kategorialny. Po pierwsze z fizyki wiemy, że prawa energii i materii pojawiają się dopiero wraz ze światem, nie mogą więc być wyjaśnieniem świata. Świat nie może wyjaśnić sam siebie również dlatego, że wyjaśnianie czegoś przez to coś jest błędnym kołem. Wyjaśnienie świata musi więc przyjść z zewnątrz i to co najmniej z tych dwóch powodów, o których właśnie wspomniałem. Po drugie, prawa natury są przygodne, zmienne, mogłyby nie istnieć lub być inne. Nie są więc żadnym kandydatem na ostateczne wyjaśnienie lecz same wymagają wyjaśnienia. Z Bogiem tak nie jest. Jako ostateczna zasada bytu Bóg jest wyjaśnieniem, które jest podstawą wszelkiego wyjaśnienia.


    Ateiści i naturalistyczni teologowie nie rozumieją pojęć, których używał święty Tomasz w swych argumentach. Nie tylko nie rozumieją takich pojęć jak „ruch” u Tomasza, ale nie rozumieją nawet co Tomasz miał na myśli, gdy mówił o zmianie. Doprecyzuję więc tę kwestię. Ze zmianą mamy do czynienia, gdy X znajdujące się w stanie potencjalności staje się rzeczywistym Y. Może to być zmiana wewnętrzna, jak wzrost, lub zewnętrzna, jak ruch. Jednak żaden X będący w stanie potencjalności nie może samoistnie stać się rzeczywistym Y, tak jak woda nie może sama się zamrozić ani wagon kolejowy nie może sam się poruszyć. Zamiast tego, coś takiego jak zamrażarka lub lokomotywa musi zaktualizować potencjał zmiany w tych obiektach. Ale oczywiście te obiekty przyczyniające się do aktualizacji tego, co było w stanie potencji, same zmieniają się tylko dlatego, że coś innego zaktualizowało ich potencjał do zmiany.


    Czy zmianę tę może wyjaśnić nieskończony ciąg takich przyczyn?


    Nie. Tak jak nieskończenie długi szereg wagonów kolejowych pozostanie nieruchomy bez lokomotywy, tak nieskończona liczba rzeczy, które muszą być aktualizowane przez coś innego, pozostałaby niezmieniona, o ile nie istniałaby pierwsza przyczyna, która jest czystą aktualnością. Tak jak lokomotywa ciągnie bez bycia ciągniętą, tak ta przyczyna sama niemająca przyczyny aktualizowałaby wszystko, nie będąc sama przez nic aktualizowana.


    Cóż, ponieważ nie znajduje się w stanie potencjalności, nie może podlegać zmianie. Ponieważ jest niezmienna, musi być niematerialna i ponadczasowa, gdyż materialne i czasowe obiekty zawsze ulegają zmianie. Ta przyczyna nie może być także ograniczona, jeśli chodzi o moc, wiedzę czy istnienie, bo ograniczenia oznaczałyby potencjalności, których ta przyczyna nie ma. Oznacza to, że musi być wszechmocna, wszechwiedząca i istnieć koniecznie. Musi także być całkowicie dobra, ponieważ zło jest jedynie brakiem dobra, a tej przyczynie niczego nie brakuje.


    Co więcej, ta przyczyna musi być bytem osobowym, a nie bezosobową siłą, ponieważ jedynymi niematerialnymi bytami, jakie znamy, są umysły i abstrakcyjne pojęcia, takie jak liczby. Ale ponieważ abstrakcyjne pojęcia nie mogą niczego powodować, oznacza to, że ostateczna przyczyna Wszechświata musi być czymś podobnym do umysłu i istnieć w sposób nieograniczony. Dla większości ludzi to właśnie oznacza słowo „Bóg”.


    Skąd ateista wie, że na ciało nie działa żadna przyczyna? Do takiej wiedzy jest potrzebna wszechwiedza. Tym samym nawet rzekome podważenie przyczynowości przez Davida Hume'a nie obala argumentów za Pierwszym Poruszycielem. Nie mamy bowiem kompletnej informacji o układzie i nie możemy wykluczyć, że przyczyna istnieje. W obliczu argumentacji Hume'a możemy powiedzieć tylko tyle, że czasami mamy brak informacji o przyczynie. Ale brak informacji nie jest dowodem na nieistnienie informacji.


    Ponieważ Wszechświat stanowi mieszankę potencjalności i aktualności, nie jest on ową poszukiwaną przez nas czystą przyczyną niemającą przyczyny. Ale jeśli istnieje przyczyna wszechświata, która jest czystą aktualnością, to jaka ona jest? Odpowiedziałem na to pytanie już wyżej.


    Kontynuujmy rozwijanie argumentacji tomistycznej za istnieniem Boga, której ateiści i zdegenerowani teologowie naturalistyczni nigdy tak naprawdę nie obalili. Jest rzeczą niemożliwą, aby jedno i to samo pod tym samym względem istniało aktualnie i potencjalnie (niebyt byłby bytem). Z tego wniosek, że jest niemożliwością, aby rzecz pod tym samym względem była poruszana i poruszająca. A zatem byt, który się zmienia, ulega tej zmianie pod wpływem innego bytu.


    Faza poprzedzająca zmianę w stosunku do fazy następnej jest niebytem i nie może sobie tego udzielić, czego nie posiada: gdyby zaś już posiadała fazę następną, nie byłoby wówczas żadnej zmiany. Wniosek z tego jest taki, że każda zmiana wymaga istnienia czynnika zewnętrznego w stosunku do rzeczy, która się zmienia. Wszechświat zatem nie mógł spowodować swego istnienia sam z siebie. Musiało to istnienie spowodować coś z zewnątrz, coś, co nazywamy Bogiem.


    W hipotezie nieskończonego szeregu bytów zależnych bez jednego pierwszego, w pełni niezależnego, wszystkie byłyby zależne, bo ciągle by coś otrzymywały, a równocześnie albo jeden z nich, albo część, albo wszystkie byłyby niezależne. Wszystkie byłyby także drugie, gdyż nie byłoby pierwszego, nie miałyby też w sobie dostatecznej racji istnienia, bo ulegałyby wpływom innego bytu.


    W hipotezie nieskończonego szeregu motorów podporządkowanych wszystkie one brałyby daną właściwość, a nie byłoby takiej istoty, od której ta właściwość ostatecznie by pochodziła, a więc taki szereg byłby niemożliwy.


    Wiekuista materia i ruch nie mogą być pierwszym motorem, ponieważ ulegają rozwojowi i wykazują mimo tej aktywności również i bierność. Nawet gdybyśmy się zgodzili na to, że materia jako taka nie podlega zmianom, a doskonalą się jedynie jej formy działania, to i taka zmiana musi być wykluczona z pojęcia najdoskonalszego motoru.


    Byłoby rzeczą niesłuszną uznać wbrew zasadzie dostatecznej racji, że zmienna, niedoskonała i wskazująca na wyższą myśl materia jest właśnie najwyższą doskonałością bez żadnych braków.


    Wiekuista materia podlega prawom rozwoju i w ogóle jest pod wieloma względami zależna.


    Byt Konieczny zaś nie może się stawać, bo istnieje w pełni.


    W idealizmie materia jest wywtorem umysłu i zespołem naszych wrażeń, a więc nie jest bytem pierwszym i koniecznym, ale zależnym od samodzielnego umysłu, który jest pierwszy.


    Wiekuistość świata powodowałaby szereg absurdów, a między innymi i ten, że nie można by do takiego świata nic dodać, nic od niego ująć ani go podzielić. Wszystkie te działania matematyczne dałyby w rezultacie części skończone, a złożenie części skończonych byłoby skończone. W nieskończonej ilości ruchów, w wypadku wiekuistości świata, odejmujemy na przykład jeden ruch i otrzymujemy dwie skończoności, Ponieważ takie odejmowanie możemy przeprowadzić, zatem wiekuisty, materialny i ciągle rozwijający się świat stanowi sprzeczność.


    Potrzeba zastopowania regresu do nieskończoności i uniknięcia wniosku, że Wszechświat powstał z niczego, skłoniła kosmologów do wprowadzenia idei osobliwości jako początku Wszechświata. Tak samo rozumował święty Tomasz, tyle tylko, że u niego na miejscu osobliwości pojawia się Stwórca. Czemu więc ateista Richard Dawkins odrzuca rozumowanie świętego Tomasza, ale nie odrzuca już takiego samego rozumowania kosmologów? Brak tu konsekwencji w myśleniu ateistów. Jak to u ateistów.


    Cykliczny Wszechświat to perpetuum mobile, czyli byt niemożliwy. A jeśli łańcuch nieskończony jest nieskończony, to oznacza to, że nie ma ostatniego ogniwa. A jak nie ma ostatniego ogniwa, to nie ma przedostatniego ogniwa. Jeśli zaś nie ma przedostatniego ogniwa, to nie ma następnego. Jeśli zaś nie ma następnego, to nie ma i dalszych. A więc nie powinno być ogniw nam najbliższych, tych bytów, które dziś istnieją.


    Odwieczny Wszechświat cykliczny też by w końcu wygasł, bo perpetuum mobile nie istnieje i wszystko to, co byłoby przez wieczność, wyczerpałoby się. Byłaby tylko energia, w którą zmieniła się cała materia Wszechświata. Trzecia droga Tomasza z Akwinu to bardzo mocne dedukcyjnie wnioskowanie, które doskonale obrazuje nam, że materia nie może być ani bytem koniecznym, ani odwiecznym, ponieważ:


„Stwierdzamy na świecie rzeczy, które mogą być i nie być. Widzimy, jak jedne powstają, a inne zanikają, co świadczy o tym, że mogą być i nie być. Otóż nie do pomyślenia jest, by wszystkie takiego typu rzeczy zawsze istniały. Czemu? Bo co może nie istnieć, niekiedy faktycznie nie istnieje; jeśli przeto wszystko może nie istnieć, to ongiś nic nie istniało ze świata; a jeśli to prawda, to i dziś nic by nie istniało; co bowiem nie istnieje, nie zacznie istnieć inaczej, jak tylko dzięki temu, co już jest; gdyby więc nic nie istniało, zaistnienie czegokolwiek byłoby niemożliwe; w takim razie i dziś nic by nie istniało, co jest oczywistym fałszem. Nie wszystkie więc jestestwa są bytami przygodnymi, ale między nimi musi istnieć byt konieczny” (Święty Tomasz z Akwinu, Suma teologiczna…, I, q. 2, a. 3.).


    Bóg mógł stworzyć Wszechświat, który jest odwieczny. Nawet odwieczne istnienie Wszechświata nie negowałoby więc istnienia Boga. Ale wyżej już wykazałem, że koncepcja odwiecznego Wszechświata jest absurdalna z wielu logicznych i naukowych powodów. Ponadto istnienie świata, nawet odwiecznego, i tak byłoby zależne od Boga, który jest Bytem Koniecznym. A to jasno wynika właśnie z przed chwilą zacytowanej trzeciej drogi świętego Tomasza.


    Powodem istnienia bytu koniecznego jest bycie przezeń bytem koniecznym.


    Filozoficzne poparcie dla pierwszej przesłanki argumentu kosmologicznego Kalam (Wszechświat miał początek) jest silniejsze niż potwierdzenie modelu Hawkinga, nadal więc powinno się wierzyć w początek.


    Odwiecznie kurczący się i rozszerzający Wszechświat cykliczny jest sprzeczny z fizyką, która wyklucza istnienie perpetuum mobile.


    Nawet David Hume był przekonany, że nasza świadomość daje nam przykład rzeczywistej przyczynowości sprawczej. Pisał, że prostym rozkazem woli możemy poruszać narządy naszego ciała lub kierować władzami naszego umysłu. Hume uznawał też w niektórych swych pismach działanie i wzajemny wpływ ciał, co jest de facto przyczynowością.


    Hume w 1754 roku napisał w jednym ze swych listów: „Nigdy nie postawiłem zupełnie absurdalnej tezy, że coś może powstać bez przyczyny” (cyt. za Dinesh D'Souza, To wspaniałe chrześcijaństwo, Kraków 2011, s. 141).


    Craig w zgodzie z tym zauważa:


„Sam Hume wyraźnie wierzył w zasadę przyczynowości. Przez całe dochodzenie zakładał, że zdarzenia mają przyczyny i w 1754 roku napisał do Johna Stewarta: „Ale pozwólcie, że powiem wam, że nigdy nie przedstawiłem tak absurdalnego twierdzenia, jak gdyby cokolwiek mogło powstać bez powodu”. Wygląda na to, że Hume był co najmniej niespójny w swoich twierdzeniach na temat zagadnienia przyczynowości.


    Święty Tomasz nie twierdził, że wszystko musi mieć swoją przyczynę, ale tylko wszystko co istnieje we Wszechświecie musi mieć swoją przyczynę. Bóg jest poza Wszechświatem i nie musi mieć swojej przyczyny.


    Kto stworzył Boga, pytają ateiści. Ale to zaprzecza ich argumentowi, że Wszechświat nie potrzebuje przyczyny. Brak konsekwencji. Wszechświat potrzebuje przyczyny, bo jest materialny, a Bóg nie, bo nie jest materialny. Błąd pomieszania kategorii. Ateiści zaprzeczają też przyczynowości za Humem, więc to kolejna ich niekonsekwencja.


    Teza, że nie istnieją żadne przyczyny wymaga uzasadnienia, czyli przyczyny. Jest więc wewnętrznie sprzeczna.


    Z tego, że nie można stwierdzić związku przyczynowego nie wynika, że on nie istnieje. Kto z braku dowodu wnioskuje o dowodzie braku popełnia błąd logiczny argumentum ad ignorantiam.


    Ateiści obalają dowody kosmologiczne przy pomocy chochołów. Jednym z takich chochołów jest często spotykane twierdzenie, że skoro wszystko ma przyczynę, to również i Bóg musi mieć przyczynę. A jeśli nie wszystko musi mieć przyczynę, to również i Wszechświat nie musi mieć przyczyny. Edward Feser jednak zauważa, że jest to po prostu chochoł. Zwolennicy argumentu kosmologicznego nigdy nie twierdzili, że wszystko musi mieć przyczynę, ale jedynie to, co przygodne musi mieć przyczynę, ponieważ równie dobrze mogłoby nie istnieć. Bóg zaś nie jest bytem przygodnym, ale koniecznym i z definicji nie ma przyczyny, a nawet nie może mieć przyczyny (por. Edward Feser, Pięć dowodów na istnienie Boga, Poznań 2022, s. 256-257). Feser dokonał nawet historycznego przeglądu zwolenników argumentu kosmologicznego i odkrył, że żaden z nich nigdy nie twierdził, że wszystko musi mieć przyczynę. Ateiści kopiują więc jedynie od siebie chochoła, którego nigdy nie sprawdzili (tamże, s. 261). Chochoł ten jest już bardzo rozpowszechniony, ale jest równie błędny, co rozpowszechniony (tamże, s. 262-263, 265). Zwolennicy różnych wersji arystotelesowskiego dowodu nie twierdzili wcale, że wszystko ma przyczynę, ale że to co przechodzi od możności do rzeczywistości ma przyczynę (tamże, s. 41). Feser dość obszernie polemizuje z ateistami, którzy próbowali obalić teistyczne dowody kosmologiczne za pomocą nieudowodnionej hipotezy, że nie jest potrzebny żaden Stwórca, ponieważ Wszechświat rzekomo sam z siebie cyklicznie kończy się i odradza od nieskończonej ilości czasu (Wszechświat nie ma początku, na co ateiści oczywiście żadnych dowodów nie mają). Tymczasem Feser stwierdza, że nie obala to konieczności istnienia Kreatora, ponieważ ateistyczna hipoteza nadal nie wyjaśnia skąd Wszechświat ma moc do ciągłego odradzania się. Skoro Wszechświat jest bytem przygodnym, to równie dobrze mógłby nie istnieć i nie tłumaczy sam siebie w kwestii cyklicznego odradzania się. Nawet gdyby istniał pędzel z nieskończenie długim uchwytem i miałby się rzeczywiście poruszyć, to i tak musiałoby istnieć coś poza nim, co rzeczywiście ma wbudowaną moc przyczynowania ruchu tego pędzla (tamże, s. 24, 66, 136). Samo drewno pędzla nie zawiera w sobie nic, co mogłoby być przyczyną poruszania się pędzla (tamże, s. 66). Nawet gdyby więc istniał nieskończony szereg przyczyn we Wszechświecie, to i tak będzie musiała istnieć przyczyna zewnętrzna, która udziela mocy przyczynowej wszystkim ogniwom szeregu (tamże, s. 136, 271-273). Nawet jeśli stwierdzimy, że szereg przyczyn istnieje odwiecznie, to i tak nie wyjaśnia to tego, skąd ten szereg w ogóle się wziął. Szereg taki nadal jest jedynie przygodny i mógłby równie dobrze nie istnieć (tamże, s. 159, 271-273).


    Feser polemizuje również z ateistami, którzy twierdzą, że nie trzeba odwoływać się do Boga jako przyczyny powstania Wszechświata i Wszechświat rzekomo wystarczająco dobrze tłumaczy sam siebie bez Boga. Feser jednak odpiera ten argument i pisze, że Wszechświat nie może być wyjaśnieniem samego siebie, bo jest bytem przygodnym i równie dobrze mógłby nie istnieć. A w tej sytuacji musi być coś innego, coś zewnętrznego względem niego, co go wyjaśnia. Prawa fizyki i hipotetyczne wieloświaty również nie są samowystarczalnymi wyjaśnieniami siebie samych oraz naszego Wszechświata, ponieważ są to byty przygodne i uwarunkowane przez coś innego, które to byty mogłyby tym samym nie istnieć lub być inne. Nie mogą one same siebie wyjaśniać, bo same wymagają wyjaśnienia (tamże, s. 267-268, 279). Stwierdzenie, że Wszechświat sam siebie wyjaśnia jest arbitralne (tamże, s. 268). Na łamach całej swej książki Feser bardzo obszernie i drobiazgowo uzasadnia to twierdzenie, więc odsyłam do jego pracy, aby ktoś nie odniósł wrażenia, że to jedyne argumenty, jakie Feser przedstawia w kwestii klasycznych dowodów na istnienie Boga. Moje omówienie jest naprawdę bardzo skrótowe i wybrałem jedynie kilka ciekawostek, aby choć trochę oddać klimat tej książki. Podkreślam – to nie jest cała argumentacja Fesera w kwestii dowodów z Pierwszej Przyczyny. Jest ona dużo bardziej rozbudowana i uzasadniona, a zatem jeśli komuś się wydaje, że nic więcej Feser nie zaproponował w kwestii argumentu z Pierwszej Przyczyny, to bardzo się myli.


    Ateiści często argumentują, że prawa fizyki są wystarczającym wyjaśnieniem istnienia świata. Feser nie pozostawia suchej nitki na takim pseudoargumencie i pisze, że metafizyczny aspekt praw natury jest tak sporny, że aż dziw bierze, że ateiści uznali to za ostateczne wyjaśnienie istnienia świata. Niektórzy filozofowie kwestionują nawet to, że w ogóle istnieją jakieś prawa natury. Tak zwane prawa natury nie są żadnym wyjaśnieniem istnienia świata, ale są one jedynie opisem tego, co wymaga wyjaśnienia (tamże, s. 268, 279, 284). Skoro prawa natury muszą zakładać istnienie Wszechświata, to nie mogą go zarazem wyjaśniać (tamże, s. 284).


    Prawa przyrody są przez wielu uczonych współczesnych traktowane jako prawa statystyczne, a więc tym bardziej nie mają charakteru koniecznego.


    Mechanika kwantowa również nie jest żadnym ostatecznym wyjaśnieniem istnienia Wszechświata, jak sądzą niektórzy ateiści, z racji tego, że również i ona sama wymaga wyjaśnienia (por. Edward Feser, Pięć dowodów na istnienie Boga, dz. cyt., s. 270). Niektórzy ateiści twierdzą też, że być może żadne wyjaśnienie istnienia Wszechświata nie istnieje. Feser jednak zauważa, że to stwierdzenie jest czysto arbitralne i jałowe (tamże, s. 270, 292).


    Feser polemizuje też bardziej szczegółowo z tezą takich jak Stephen Hawking, Mlodinow i Krauss, którzy stwierdzili, że Wszechświat powstał sam z siebie i z niczego. Problem jednak w tym, że to co Hawking, Mlodinow i Krauss proponują jako „nic”, nie jest „niczym”. Grawitacja nie jest „niczym” i w dodatku nie wyjaśnia jak Wszechświat powstał „z niczego” (tamże, s. 278-279). Stanowisko Kraussa jest szeroko i powszechnie krytykowane (tamże, s. 278, przypis nr 41). Wszyscy kandydaci Kraussa na „nicość”, która miała samoistnie wyłonić Wszechświat, okazali się być prędzej „czymś” niż „niczym”. Również grawitacji kwantowej nie można uznać za „nic” (tamże, s. 279). Dodatkowy problem polega na tym, że jeśli to nicość stworzyła Wszechświat sama z siebie, to fizyka nic o tym nie może wiedzieć, ponieważ nicość nie jest bytem empirycznym. A fizyka bada tylko byty empiryczne (tamże, s. 279). Od siebie dodam, że nicość nie mogła stworzyć Wszechświata, bo otrzymujemy sprzeczność. „Coś” nie może być przyczyną siebie samego i „coś” nie jest „niczym”.


    Zjawienie się nowej rzeczy z nicości jest nie tylko nierozumne, ale i sprzeczne, gdyż nicość musiałaby udzielać bytu, a wówczas należałoby ją potraktować jako byt. Nicość byłaby nicością, a jednocześnie bytem, byłaby zarazem bytem i nie-bytem, co sprzeciwia się zasadom tożsamości i niesprzeczności, a więc zasada przyczynowości jest powszechna w stosunku do każdego powstawania nowego bytu.


    Stan próżni nie jest wedle współczesnej fizyki nicością. Ateiści nie udowodnili, że coś może powstać samo z niczego.


    Jednym z ciekawszych stwierdzeń w książce Fesera jest uwaga, że ateiści w ogóle nie znają bardzo rozbudowanej argumentacji tomistów. Widać to choćby po tym, argumentuje Feser, że często spotykamy się z ateistycznym chochołem, wedle którego nawet jeśli udowodnilibyśmy, że istnieje Pierwsza Przyczyna jako Bóg, to nie wynikałoby z tego, że to właśnie Bóg chrześcijański. Tymczasem święty Tomasz znał ten problem i na ponad dwustu stronach swej Summa contra gentiles wykazał, że Absolut tomistów ma dokładnie te same cechy i atrybuty, co Bóg chrześcijański. Feser odnotowuje, że ateiści są kompletnie nieświadomi tej argumentacji, a co dopiero mówić o tym, że jakikolwiek ateista to obalił (por. Edward Feser, Pięć dowodów na istnienie Boga, dz. cyt., s. 274, 295). Samo przyznanie ateisty, że istnieje jakiś Bóg, który jest Pierwszą Przyczyną, wystarczająco mocno obala ateizm, a kwestia, czy to jest Zeus, czy Jahwe, nie jest obaleniem teizmu, ponieważ jest to kwestia do przedyskutowania już tylko pomiędzy teistami (tamże, s. 298). Przyznam, że ten kontrargument Fesera naprawdę mi zaimponował.


    Na samym końcu Feser w podsumowaniu swej książki stwierdza, że klasyczne argumenty teistyczne na istnienie Boga nie zostały nigdy obalone przez ateistów (tamże, s. 309). Feser rozprawia się też szerzej z ateistyczną propagandą, która twierdzi, że klasyczne dowody na istnienie Boga zostały „już dawno obalone”. Nic takiego nie miało miejsca. Mniemanie ateistów, że te dowody zostały „obalone”, jest jedynie biciem chochoła i przejawem ignorancji oraz żałosnej niekompetencji. Ateiści powtarzają to swoje mniemanie bez sprawdzenia i tym samym mniemanie to nic nie obala. Samo stwierdzenie bez pokrycia, że klasyczne dowody teistyczne zostały rzekomo „obalone”, nie jest dowodem na ich obalenie. Feser zwraca również uwagę na to, że ateiści niekonsekwentnie stawiają takie wygórowane wymogi klasycznym dowodom na istnienie Boga, jakich nie postawiliby żadnym swoim dowodom lub argumentom. Ateiści stosują podwójne standardy w kwestii dowodów na istnienie Boga, co zauważył nawet taki znany filozof jak Hilary Putnam (tamże, s. 311, s. 312, przypis nr 70, s. 313).


    Feser wspomina też o tym, że David Hume zwalczając pojęcie przyczyny zalecał wyobrażenie sobie, że coś pojawia się nagle i znikąd. Można sobie to wyobrazić, ale nie jest to dowód na to, że coś może zaistnieć bez przyczyny (tamże, s. 42). Nawet jeśli Hume miałby rację, to i tak nie dowodziłoby to braku przyczyny, ponieważ nie bylibyśmy w stanie odróżnić tego, co pojawia się bez przyczyny, od tego, co zostało teleportowane w dane miejsce. Gdyby zasada przyczynowości była fałszywa, to słoń lub hotel pojawiałyby się ciągle na trawniku przed naszym domem bez powodu i nie byłoby nic łatwiejszego niż ciągle się gdzieś pojawiać. Hume chciał wyeliminować pojęcie przyczyny, ale chcąc to zrobić nie był w stanie uniknąć przyczynowości w swej argumentacji (tamże, s. 43, 271).


    Feser zauważa też, że mechanika newtonowska nie może obalić zasady przyczynowości, bo wykracza to poza moce jej opisu, które są jakościowe i nie sięgają do tego co ilościowe (tamże, s. 49).


    Fizyka również kwantowa nie obala zasady przyczynowości, kontynuuje Feser. Interpretacja zmiennej ukrytej, zaproponowana przez de Broglie'a-Bohma, umożliwia postrzeganie układów kwantowych jako deterministycznych. Pozorny indeterminizm wynika po prostu z naszej nieznajomości jakichś istotnych czynników przyczynowych (tamże, s. 52 i przypis nr 20). Z faktu, że teoria kwantowa nie przypisuje przyczyny badanemu zjawisku wcale nie wynika, że takiej przyczyny nie ma, ponieważ nawet kompletna teoria fizyczna nie zdołałaby oddać każdego aspektu opisywanego zjawiska (tamże, s. 53). Zarzut przeciw zasadzie przyczynowości, bazujący na mechanice kwantowej, nie jest nawet poprawnie sformułowany (tamże, s. 54). Odwołanie się do indeterministycznego charakteru rozpadu radioaktywnego nie eliminuje z obrazu zdarzeń przyczynowości. Pokazuje jedynie, że niektóre sytuacje przyczynowe są dużo bardziej złożone od innych (tamże, s. 57). Ujawnia to co najwyżej, że nie każda przyczynowość jest deterministyczna, nie dowodzi natomiast, że w rozpadzie radioaktywnym nie ma żadnej przyczynowości (tamże, s. 58). Z przypadkiem nie wiąże się nic, co wykluczałoby przyczynowość. Przeciwnie, przypadek zakłada istnienie nieprzypadkowych przyczynowych regularności (tamże, s. 269). Zdarzenia kwantowe występują nawet w sposób niedeterministyczny tylko przy założeniu praw mechaniki kwantowej (tamże, s. 269).


    Feser zauważa również, że Hume pomylił dwa znaczenia terminu przyczyna (tamże, s. 265).


    Tyle Feser. Od siebie dodam, że aby wiedzieć, iż nie ma żadnej przyczyny ateista musiałby mieć wszechwiedzę ale wszechwiedzy nie ma. Hume podważył przyczynowość w ateizmie, ale nie w teizmie. Wnioskowanie o nieobecności przyczyny z braku dowodu na przyczynę to błąd logiczny argumentum ad ignorantiam.


    Spotkałem ateistów, którzy argumentowali, że zasada przyczynowości nie istnieje, bo na przykład meteoryt pozostający w bezruchu w przestrzeni kosmicznej może nagle zacząć wpływać na inny meteoryt. Ale skoro meteoryt wpływa na inny meteoryt przez swą masę i pole grawitacyjne, to jak można mówić, że nie ma tu wpływu? To nonsens.


    Sami fizycy nie są pewni czy dzięki fizyce subatomowej można zrozumieć co dokładnie zachodzi w przyrodzie.


    Nie udowodniono istnienia bytów nieposiadających przyczyn.


    Rzecz, która się staje, nie może posiadać dostatecznej racji sama w sobie, dlatego że takiej formy bytowania jeszcze nie ma. Na przykład kłos, który się rozwija z ziarnka, nie ma podstaw sam w sobie, gdyż jako kłos jeszcze nie istnieje. Gdy z ziarnka zboża wyrastają kiełek i kłos, to należy uznać, że nie były one zawarte w sposób formalny w nasionku rozłożonym na składniki. Nie można wywnioskować o istnieniu kłosa z budowy ziarna.


    Czasem święty Tomasz twierdził, że niemożliwe jest istnienie świata wiekuistego, w którym istniałaby nieskończona ilość ruchów. Każda wielość - według świętego Tomasza - może być określona liczbą, a ta zawsze jest skończona.


    Tego, co doskonalsze, nie może wydać z siebie to, co mniej doskonałe, jako w pełni dostateczna przyczyna, bo wówczas owa większa doskonałość nie miałaby żadnej przyczyny. Osiągałaby istnienie, mimo że nic nie może jej wyjaśnić, wbrew zasadzie przyczynowości. Logicznie i dedukcyjnie pewne jest to, że nic nie może powstać z niebytu bez żadnej przyczyny. I podobnie to, co niższe, nie może wydać z siebie tego, co wyższe, gdyż doskonałość tego ostatniego byłaby pozbawiona jakiejkolwiek przyczyny i racji bytu. To zaś oznaczałoby zastąpienie tajemnicy stworzenia absurdem.


    Gdyby Bóg nie był Prawdą samą, musiałby do niej dążyć jako do pewnej doskonałości, która Go przewyższa.


    W ruchu jest coś więcej niż w bezwładzie materii, a zatem ruchu nie da się wyjaśnić bezwładną materią, ale potrzebny jest poruszyciel, który nie jest poruszany przez nic innego i swoje działanie zawdzięcza wyłącznie sobie samemu. Kula nie toczy się sama z siebie, a wprawiona w ruch w końcu się zatrzymuje. Tak samo jak wahadło zegara, które porusza się tylko jeśli zostanie wprawione w ruch i w końcu również się zatrzymuje. W akcie jest coś więcej niż w możności.


    Skoro wszelki ruch jest przechodzeniem z możności do aktu, to w ostatecznej analizie może on pochodzić tylko od najwyższego Poruszyciela, który jest zawsze w akcie.


    Hierarchiczne uporządkowanie bytów zakłada jakiś Byt najwyższy.


    Reasumując, wprowadzenie koncepcji cyklicznego Wszechświata (ekspansje i implozje) nic tu ateistom nie da. Taki Wszechświat wciąż będzie bytem przygodnym, ulegającym stopniowej erozji. Nie będzie więc istniał odwiecznie. No i powstaje problem: skąd taki Wszechświat brałby energię do kolejnych ekspansji po następujących po sobie implozjach. Energia jest tylko kolejnym bytem przygodnym.


    Zgodnie z solidną argumentacją tomistyczną, nawet jeśli dysponowalibyśmy nieskończoną ilością skończonych odcinków, to wciąż stalibyśmy od wieczności w miejscu. Żadna ilość skończonych odcinków nie pozwoli nam wyczerpać wieczności i pokryć jej. W tej sytuacji nigdy nawet nie ruszylibyśmy z miejsca i nie dotarlibyśmy do obecnego momentu. A jednak dotarliśmy i dalej posuwamy się do przodu. Świat miał zatem początek i nie istnieje odwiecznie.


    Każdy byt przygodny, z całym Wszechświatem włącznie, musiał kiedyś nie istnieć, ponieważ gdyby istniał od zawsze, to nie mógłby nie istnieć i zarazem mógłby nie istnieć, co byłoby wewnętrznie sprzeczne.


    Woleński zarzuca świętemu Tomaszowi, że pomieszał rozumowanie analityczne z syntetycznym (por. Jan Woleński, Granice niewiary, dz. cyt., s. 116, przyp.13). Ale w innym miejscu Woleński sam to robi, gdy miesza matematykę z twierdzeniami empirycznymi o ciągu przyczynowym (tamże, s. 119, 120). Poza tym skąd Woleński wie gdzie jest granica między rozumowaniem analitycznym i syntetycznym? Nie precyzuje tego. Skąd Woleński wie, że nie można mieszać rozumowania analitycznego z syntetycznym? Woleński nie podaje żadnej racji przemawiającej za tym. Wcześniej przyznawał, że nie ma dowodu na to, że świat jest materialny (tamże, s. 63), więc wszystkie jego twierdzenia o świecie są i tak analityczne, bez różnicy.


    Woleński stwierdza także, że czwarty i piąty dowód świętego Tomasza na istnienie Boga opiera się na przestarzałych i naiwnych wyobrażeniach przyrodniczych (tamże, s. 112, 118). Skąd Woleński to wie, skoro na stronach 72-73 i 106 swej książki Granice niewiary pisał, że nauka empiryczna nie zapewnia sukcesu poznawczego? Ponadto dodam, że piąty dowód świętego Tomasza jest oparty na idei celowości (teleologia). Woleński stwierdza, że to rzekomo jest przestarzałe i naiwne wyobrażenie przyrodnicze. Czyżby? Po raz kolejny Woleński popisuje się tu niczym innym jak ignorancją. Wystarczy wspomnieć o tym, że biologia systemów jest wyraźnie teleologiczna. Tak samo bionika i inżynieria odwrotna. W języku polskim ukazała się książka Marcosa Eberlina pt. Dalekowzroczność. Jak biochemia ukazuje plan i celowość życia (Warszawa 2022). Tytuł tej książki jest napisany niczym jak na zawołanie, aby wprost zaprzeczyć tezie Woleńskiego, która głosi, że celowość w biologii jest już niby przestarzałym i naiwnym wyobrażeniem przyrodniczym. Wbrew błędnemu przekonaniu Woleńskiego - teleologia z hukiem wraca do biologii, co widać choćby po wspomnianej przeze mnie biologii systemów, która wprost operuje już w paradygmacie projektu (nierozłącznie związanym z celowością), więc argument świętego Tomasza, odwołującego się do celowości w jego piątej drodze, wcale nie jest przestarzały. Opis na okładce polskiego wydania rzeczonej książki Marcosa Eberlina brzmi:


„Poznajcie skaczące owady wyposażone w prawdziwe koła zębate i pomysłową technologię ukrytą za potężnymi uderzeniami rawki błazna. Przyjrzyjcie się mikroskopijnym maszynom białkowym w oku ptaka, które działają niczym urządzenie GPS, ujarzmiając splątanie kwantowe. Wkroczcie do osobliwego świata roślin mięsożernych. Wspólnie ze znanym brazylijskim naukowcem, Marcosem Eberlinem, odkryjecie tysiące pomysłowych rozwiązań głównych problemów inżynieryjnych z dziedziny chemii i biologii – rozwiązań, które przeczą koncepcji ślepej ewolucji, wskazując na czynnik przypisywany wyłącznie umysłowi, czyli na dalekowzroczność”.


    Bardzo podobna pod względem argumentacji do książki Eberlina jest inna książka, zatytułowana Algorytmy zwierząt (Warszawa 2022), autorstwa Erica Cassella. Ta książka również wyszła po polsku.


    Można mówić o celowości nawet w stosunku do nieożywionych ciał. Święty Tomasz zauważa, że ciała te działają zawsze w ten sam sposób, aby osiągnąć określony cel. Przypadek tak nie działa, gdyż w przypadku zdarzają się za każdym razem inne rzeczy. Biliony atomów są dokładnie takie same, jak gdyby były wytworzone przez tę samą formę.


    Celowość w naturze jest widoczna najbardziej u zwierząt, które nie mogą stawiać sobie celów a mimo to je realizują. Pszczoły, termity i mrówki są doskonałym przykładem wysokiego stopnia celowego działania, które dla swojej organizacji domaga się intelektu.


    Również rośliny działają zawsze w jednakowy sposób w regularnej formie, aby osiągnąć te same cele. Same nie narzuciły sobie tych celów, ale zrobiła to za nie natura. Wzrastające drzewo rozprzestrzenia swoje korzenie, wzmacnia swój pień i rozwija swoje listowie, aby wytworzyć owoce. Jest tu ewidentnie widoczna celowość.


    Poszczególne współpracujące w organizmie narządy też ewidentnie zdradzają celowe i ukierunkowane działanie.


    Wykluczenie celowego zamiaru oznacza spiętrzenie nieprawdopodobieństw.


    Nauka nie zaprzecza celowości, ale jedynie jej materialistyczna interpretacja. Celowe rozpatrywanie przyrody, mimo wysiłku mechanicystów, nie zostało zwalczone i usunięte, dlatego dowód teleologiczny nie stracił swego znaczenia.


    Postęp nauki nie osłabił mocy teleologicznego dowodu na istnienie Boga, ale go wzmocnił. Celowość rozlana w świecie organizmów żywych jest tak oczywista i zdumiewająca w swych nieprzeliczonych objawach.


    Przyroda przecież jest o wiele bardziej precyzyjna od najbardziej precyzyjnych zegarków, mikroskopów i teleskopów.


    Stwierdzenie darwinistów, że selekcja naturalna działa dla dobra gatunku jest sądem wartościującym i teleologicznym.


    Nauka idzie raczej w kierunku wykrywania celowości niż jej negacji. Wiele organów, które dawniej były uważane za niecelowe, okazało się potem bardzo pożyteczne, na przykład tarczyca i gruczoły przytarczyczne.


    Słynny Leo J. Elders bardzo dobrze broni argumentacji na rzecz czwartej i piątej drogi u świętego Tomasza. Piłka jest cały czas w grze i dyskusja się toczy, a zatem nikt czwartej i piątej drogi świętego Tomasza wcale nie obalił (por. L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, dz. cyt., s. 117-136).


    Jan Lewandowski, październik 2026.

Zgłoś artykuł

Uwaga, w większości przypadków my nie udzielamy odpowiedzi na niniejsze wiadomości a w niektórych przypadkach nie czytamy ich w całości

Komentarze są zablokowane