Jan Lewandowski

Jan Woleński - przereklamowany guru ateistów

dodane: 2026-01-26
Obalenie książki Jana Woleńskiego pt. Granice niewiary.

   Po rozebraniu na śrubki pierwsze Łukasza Niesiołowskiego-Spano, który urósł już do rangi guru polskich ateuszy, bierzemy na warsztat Jana Woleńskiego, który na miano guru polskich ateistów zasłużył już niewątpliwie dawno temu. Będziemy sukcesywnie rozbierać na czynniki pierwsze i dekonstruować tezy wszystkich bardziej znanych polskich i światowych ateistów, konsekwentnie ukazując, że nie mają oni kompletnie nic sensownego do powiedzenia.


    Od mniej więcej początku lat dwutysięcznych słyszę zachwyty polskich ateistów internetowych nad niejakim Janem Woleńskim. Jaki to on mądry jest. Jaki to on logiczny jest. I tak dalej i tak dalej. Same achy i ochy. W 2004 roku kupiłem sobie nawet książkę Woleńskiego pt. Granice niewiary (Kraków 2004). W sumie to nawet nie wiem po co, ale kupiłem. Trafiłem na nią przypadkowo w jakiejś księgarni gdzieś w centrum Warszawy. Chyba chciałem z grubsza zapoznać się z argumentami tego rzekomego tytana intelektu. Nic z tego wtedy nie wyszło i książka wylądowała na moim regale z książkami, pośród setek innych książek, które kiedyś mam nadzieję przeczytać, co staje się coraz mniej realne gdyż książek na moich regałach wciąż przybywa a lat pozostających na te lektury wciąż ubywa. W tej chwili mam już grubo ponad 900 książek z zakresu filozofii, religii, biologii, fizyki, teologii i apologetyki. Będę musiał chyba kogoś wynająć, żeby przeczytał to wszystko za mnie. A więc nic dziwnego, że po zakupie książki Woleńskiego w 2004 roku odłożyłem ją po prostu na półkę i zająłem się czymś innym. Jak zawsze.


    Minęło dwadzieścia lat i w końcu zająłem się książką Woleńskiego, którą musiałem nawet lekko odkurzyć po tym, jak tyle lat przeleżała na moim regale. Przyczyna ponownego sięgnięcia przeze mnie po tę książkę była zupełnie prozaiczna. Otóż tak się złożyło, że musiałem wreszcie przeczytać książkę Woleńskiego, która była mi akurat potrzebna do opracowania jednego z rozdziałów w mojej kolejnej książce apologetycznej o dowodach na istnienie Boga (na razie brak wydawcy). Inaczej nigdy bym pewnie po książkę Woleńskiego nie sięgnął. Woleński w swojej książce zajmuje się dokładnie tymi tematami, które i ja opracowywałem polemicznie w mojej książce. Ot i palec Boży, albo i nie.


    W sumie kończyłem niniejszy tekst polemizujący z Woleńskim aż trzy lata, głównie z powodu klinczu spowodowanego splątaniem się tegoż tekstu z moją wspomnianą przed chwilą ostatnią książką apologetyczną o dowodach na istnienie Boga. Aby ukończyć niniejszy artykuł polemizujący z Woleńskim musiałem niejako ukończyć wspomnianą książkę, która była jego częścią składową i na odwrót. Oba teksty były nierozłączne i integralnie współzależne, niczym bliźnięta syjamskie. To było głównym czynnikiem hamulcowym znacząco opóźniającym ukończenie obu tych tekstów.


    Praca nad tekstem polemizującym z Woleńskim uziemiła też wiele innych moich aktualnie opracowywanych projektów apologetycznych, które przez to posuwały się w żółwim tempie, dosłownie milimetr po milimetrze. Praca nad niniejszą polemiką z Woleńskim stała się więc niejako hamulcowym dla innych moich projektów apologetycznych, które przez to dosłownie stanęły w miejscu. I to nie dlatego, że moja polemika z Woleńskim była jakoś szczególnie trudna. Powody były czysto techniczne. Postanowiłem bowiem obalić hurtowo całą książkę Woleńskiego, kartka po kartce, starając się nic nie pominąć. Jednocześnie moja niniejsza polemika z Woleńskim była zsynchronizowana z innymi moimi tekstami i książką, które na bieżąco uaktualniałem wraz z tą polemiką. To całe splątanie się różnych tekstów w jedną wielką pajęczynę niezwykle spowolniło proces twórczy. Projekt mojej polemiki z Woleńskim, który był planowany na zaledwie kilka miesięcy, przeciągnął się aż na trzy lata. Jednak ja nigdy nie chodzę na skróty i generalnie pracuję w trybie horyzontalnym, holistycznie, a nie w trybie wertykalnym. Musiało to się więc skończyć tak i nie inaczej i wiązać z takimi i nie innymi kosztami czasowymi.


    Książkę Woleńskiego brałem do ręki z drżeniem, że po przeczytaniu jej zostanę ateistą. Przecież taki tytan intelektu jest nie do odparcia. Co ja teraz zrobię. Trzeba będzie publicznie wycofać się z wszystkiego, co głosiłem przez lata i złożyć otwartą samokrytykę. Oczywiście wiecie, że się teraz zgrywam. Nic takiego nie nastąpiło. W sumie nie spodziewałem się, że kolejny ateusz może mnie zaskoczyć czymś, czego nie słyszałbym już gdzieś wcześniej. Po prostu za długo w tym siedzę. Moje przypuszczenia się sprawdziły. W takich sytuacjach zawsze przypomina mi się pewien komentarz Sye ten Bruggencate, kanadyjskiego apologety presupozycyjnego, który został kiedyś zapytany w czasie pewnego podcastu o to, który ateista sprawił mu szczególny kłopot w dyskusji. Bruggencate odpowiedział mniej więcej tak - tutaj lekko parafrazuję: „Nie było takiego ateisty. Zawsze jest z nimi tak samo. Trzymam się sedna zagadnienia i wszyscy oni mówią to samo, więc ja też odpowiadam z grubsza to samo”. Moje wrażenia po lekturze Woleńskiego były w pełni zbieżne z tym, co powiedział Bruggencate. Woleński nie pisze nic takiego, co by mnie jakoś specjalnie zaskoczyło. Te same wyświechtane do bólu ateistyczne frazesy, memy i kalki co zawsze. Te same błędy i chochoły. Tak jest - błędy. I to takie zupełnie dziecinne (przykłady podam dalej). Woleński przez kilka początkowych stron czaruje czytelnika zapisywaniem swoich niektórych rozumowań przy pomocy formalnych przekształceń logicznych. To oczywiście taki zabieg socjotechniczny, aby czytelnik pomyślał sobie, że Woleński cały czas tak ściśle rozumuje. Niestety, nie dałem się nabrać. Kiedy już tylko Woleński kończy czarowanie czytelnika formalizmami logicznymi, to dalej mamy już tylko typowe ateistyczne chochoły, przeinaczanie argumentacji teistycznej, błędy i generalny brak wynikania w jego wypowiedziach (non sequitury). Niekonkluzywność aż bije po oczach w całej książce Woleńskiego.


    Woleński nic nie obalił. Co najwyżej nieudolnie skomentował teizm.


    Wszystkim ateistom zarzucam to samo. Ateista nie ma skąd wziąć epistemologii. To samo zarzucam Woleńskiemu, jak na porządnego presupozycjonistę przystało.


    W polemice z Woleńskim będę reprezentował stanowisko presupozycjonistyczne jako punkt wyjścia. Nie jestem stricte presupozycjonistą, bardzo doceniam też skarby apologetyki ewidencjonalnej (dowodowej), niemniej jednak w punkcie startowym zawsze rozpoczynam dyskusję z ateistą od podejścia presupozycyjnego. Apologetyka presupozycyjna najczęściej momentalnie obnaża gołosłowność wszelkich twierdzeń ateisty oraz to, że ateista nie ma skąd wziąć epistemologii, a zatem uważam apologetykę presupozycyjną za doskonały punkt wyjścia. W zasadzie robiłem tak od zawsze, nawet zanim jeszcze dowiedziałem się, że istnieje taki dział jak apologetyka presupozycyjna. Przyłożenie metod apologetyki presupozycyjnej do wywodów Woleńskiego obnaża wszystko to, co w przypadku wszystkich innych znanych mi ateistów: Woleński nie ma skąd wziąć podstawy dla swoich twierdzeń, jego epistemologia w zasadzie nie istnieje i wygłasza on jedynie gołosłowne opinie, które są nieodróżnialne w żaden sposób od zaprzeczenia tym opiniom. Ustalenie wartości logicznej twierdzeń Woleńskiego jest niemożliwe. To samo tyczy się zresztą twierdzeń każdego innego ateisty.


    Moja poniższa polemika z Woleńskim odnosi się tylko do jego wspomnianej już na początku niniejszego tekstu książki pt. Granice niewiary. Nie wykraczam poza tę publikację i uznałem, że nie będę się zapoznawał z innymi pracami Woleńskiego. W moim odczuciu nie warto. Uważam, że to, co prezentuje ten autor, to jest po prostu sieczka dla dość mocno odmóżdżonych czytelników. Przepraszam, ale tak właśnie uważam. Jak zobaczymy, Woleński nieustannie sam sobie zaprzecza. Jest to ewidentnie jawne, gdyż bardzo często zdarza się mu to nawet na jednej i tej samej stronie, a niekiedy nawet w zdaniach sąsiadujących obok siebie Woleński potrafi sobie wprost zaprzeczać. Będę to konsekwentnie punktował. Piętrzące się w publicystyce Woleńskiego sprzeczności i niespójności są dość mocno irytujące dla czytelnika, który wymaga od autora swoistej precyzji logicznej, rygoryzmu epistemologicznego, higieny intelektualnej i choćby odrobiny konsekwencji, której Woleńskiemu bardzo brakuje. Takim wymagającym czytelnikiem jestem niestety ja.


    A więc zaczynamy rozbiór i dekonstrukcję książki Woleńskiego pt. Granice niewiary (Kraków 2004). Jak już wspomniałem, w poniższym tekście analizuję tylko i wyłącznie tę publikację, gdy więc dalej podaję numery stron, to zawsze odnoszą się one do tej publikacji Woleńskiego (no chyba, że cytuję jakąś inną pracę niż książka Woleńskiego, to wtedy też to odpowiednio zaznaczę). Na stronie 7 swej książki Granice niewiary Woleński deklaruje, że będzie w tej pracy prezentował swoje stanowisko agnostyczne. Już na dzień dobry rodzi to problem i niespójność w poglądach Woleńskiego, gdyż agnostycyzm opowiada się za brakiem dostępu do wiedzy. Tymczasem w całej swojej książce Woleński podejmuje polemikę z teizmem z punktu widzenia właśnie wiedzy. Jest to sprzeczność i brak konsekwencji u Woleńskiego już od samego początku. Ale w sumie Woleński ma tu w pewnym sensie rację w swej niekonsekwencji. Ateista bowiem nie może wiedzieć niczego o niczym. Po prostu jego epistemologia startuje z próżni i tym samym de facto nie istnieje. Brak gwaranta wiedzy w ateizmie, co często podkreślam z punktu widzenia apologetyki presupozycyjnej, czyni bardzo ułomnymi i wadliwymi już na starcie wszelkie ateistyczne deklaracje. Będę do tego nieustannie wracał w polemice z Woleńskim. Jak już wspominałem - nie ukrywam, że krytykę poglądów Woleńskiego przedstawię głównie z punktu widzenia apologetyki presupozycyjnej. Ale nie tylko. Nie musimy się ograniczać i wykorzystamy cały repertuar argumentów apologetycznych i różnorodność podejść oraz metod. Arsenał teistyczny jest bardzo bogaty pod tym względem, czego w żaden sposób nie można powiedzieć o ateizmie, gdyż ten w zasadzie redukuje się do epistemologicznego nihilizmu.


    Woleński stwierdza też w swej książce Granice niewiary, że „jest rzeczą niemożliwą, by niewiara miała charakter totalny. Trzeba więc w coś wierzyć” (s. 8). Oczywiście, że tak. Dodajmy tylko jeszcze, że z punktu widzenia ateisty, który nic nie wie o niczym (brak podstaw dla jakiejkolwiek epistemologii), musi on wierzyć dosłownie we wszystko. Niemniej jednak to wyznanie Woleńskiego jest dość cenne w świetle wypowiedzi wielu znanych mi ateistycznych kabotynów, którzy upierają się, niejednokrotnie publicznie, że oni po prostu w nic nie wierzą. Niejednokrotnie są to ludzie z tytułami naukowymi, co niestety stawia w marnym świetle akademickie systemy tytułowania. 


    Przy okazji widać, że Woleński przeszedł szkołę życia u teistów, z którymi polemizował (Woleński jest znany z polemik z teistami). Bez przejścia przez taką „ścieżkę zdrowia” żaden ateista po prostu nie złożyłby takiej deklaracji.


    Na stronie 10 swej książki Granice niewiary Woleński oburza się, że niektórzy wierzący używają argumentu wobec ateistów, zgodnie z którym Kościół i religię można zrozumieć jedynie biorąc pod uwagę ich nadprzyrodzony charakter. Jednak to prawda. Święty Paweł pisze w 1 Kor 2,14, że „Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić”. Ten werset bardzo dobrze wyjaśnia, dlaczego ateiści krytykujący religię jej notorycznie nie rozumieją. Woleński nie jest tu żadnym wyjątkiem, co wykażę dalej.


    Na stronie 11 swej książki Granice niewiary Woleński pisze, że agnostyk ma prawo zapytać o to, skąd wiadomo, że Kościół ma charakter nadprzyrodzony. Jednak takie oświadczenie Woleńskiego ma charakter czystego oksymoronu, czyli twierdzenia wewnętrznie sprzecznego. Skoro agnostycyzm jest z definicji odmówieniem sobie prawa do wiedzy, to w tym momencie pytanie się o wiedzę przez kogoś, kto od wiedzy się odciął, jest czystym nonsensem. Równie dobrze daltonista lub niewidzący od urodzenia mógłby rościć sobie prawo do poprawnego wypowiadania się o kolorach lub teorii barw. Byłby to ten sam rodzaj absurdu, w który wpada Woleński roszcząc sobie prawo do wiedzy przy jednoczesnym zaprzeczaniu możliwości osiągnięcia tej wiedzy. Ponownie napotykamy tu problem polegający na tym, że ateista nie ma żadnych podstaw do posiadania epistemologii i zarazem żąda prawa do wiedzy oraz prawa do formułowania ocen epistemologicznych. Szerzej omówiłem ten temat wraz z uzasadnieniami mojego stanowiska w moim referacie wygłoszonym na konferencji Prodoteo:


https://youtu.be/wV7A-aiumZo?si=6-MQwkC5Rw4aH2xU


    Na stronie 11 i 12 (patrz też s. 14) swej książki Granice niewiary Woleński formułuje chochoła, Twierdzi mianowicie, że teiści koliście uzasadniają swą wiarę w teologię i księgi święte przy pomocy odwoływania się do autorytetu Urzędu Nauczycielskiego Kościoła. Jednak nigdy nie widziałem apologety lub nawet przeciętnego katolika, który tak by robił. To czemu ufamy Biblii wyjaśniłem w osobnym tekście:


https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TF/jl_biblia-bl2019


https://apologetyka.eu/czy-wiarygodnosc-biblii-jest-uzasadniana-koliscie/


    Nigdzie tam nie odwoływałem się do Magisterium Urzędu Nauczycielskiego Kościoła, żeby uzasadnić swe zaufanie do Biblii. Nie widziałem też nigdy, aby jakiś katolik tak czynił. Woleński po prostu obala chochoła, którego sam sobie zmyślił. Nie podaje w swej książce ani żadnej wypowiedzi katolika, który tak by stwierdził, ani nie podaje odnośnika do jakiejkolwiek literatury, która prezentowałaby takie stanowisko. Jednym słowem mamy tu do czynienia z chochołem.


    Na stronie 13 swej książki Granice niewiary Woleński ponownie rości sobie prawo do probierzy wiedzy i wyjaśnień, choć jako agnostyk nie ma żadnych podstaw do tych roszczeń, co już omawiałem wyżej. Woleński ponownie sam sobie zaprzecza.


    Na stronie 14 omawianej książki Granice niewiary Woleńskiego mamy ponowny festiwal sprzeczności w jego deklaracjach. W polemice z ojcem Janem Andrzejem Kloczkowskim twierdzi on, że rozumie problemy związane z wiarą chrześcijańską bez posiadania tej wiary. Skąd Woleński wie, że to rozumie? Znowu nie wiemy. Jest to tym bardziej problematyczne, że Woleński deklaruje się zarazem jako agnostyk (patrz wyżej) i zgodnie ze swymi deklaracjami nie może tego wiedzieć. Mamy tu ciągle tę samą niekonsekwencję u Woleńskiego, polegającą na deklarowaniu wiedzy, której jednocześnie on sam sobie odmawia. Cóż za rażący brak konsekwencji. Odsyłam też ponownie do 1 Kor 2,14. Tam święty Paweł wyraźnie odmawia ateistom rozeznania w kwestiach wiary chrześcijańskiej, właśnie dlatego, że są zmysłowi i nie pojmują spraw ducha. I apostoł Paweł ma tu świętą rację. Moje osobiste doświadczenie związane z przeprowadzeniem wielu dyskusji z ateistami również dobitnie to potwierdza. Nie pojmują oni spraw ducha właśnie dlatego, że wszystko próbują rozeznawać zmysłowo. Widać to choćby po tym, że ateiści bardzo często oskarżają Boga o to, że nie czyni On czegoś kierując się hedonistycznymi oczekiwaniami u ateistów. Na przykład ateiści bardzo często mają pretensję wobec Boga, że nie spełnia natychmiast ich zachcianek. Typową ich zachcianką jest na przykład oczekiwanie, że Bóg powinien natychmiast spełniać wszystkie prośby formułowane przez ludzi w modlitwach. Ale to tak nie działa. Bóg nie jest infantylny, tak jak ateiści. Bóg po prostu robi swoje i dąży do swoich celów.


    Na stronie 15 swej książki Granice niewiary Woleński deklaruje swe metodologiczne przywiązanie do ateistycznego naturalizmu. Ze stanowiskiem naturalizmu polemizowałem w tym tekście:


https://www.apologetyka.info/ateizm/ateistyczny-naturalizm-polemika,1018.htm


https://apologetyka.eu/ateistyczny-naturalizm-polemika/


    Bardzo jestem ciekaw, tak swoją drogą, skąd Woleński jako agnostyk wie, że przyjęcie naturalizmu w ramach swojej metodologii jest słuszne i poprawne. Oczywiście nie może tego wiedzieć jako agnostyk. W swojej książce Granice niewiary Woleński również tego nie wyjaśnia. Nic dziwnego. Trudno spodziewać się wyjaśnień ze strony Woleńskiego, które to wyjaśnienia istnieć zwyczajnie nie mogą. Woleński wyznaje swoje przekonanie co do tego, że jego zmysły i rozum poprawnie informują go o świecie. Ale to kolejne przekonanie, co do którego Woleński nie może mieć żadnych podstaw. W świecie ateisty rozum i zmysły są instancją ostateczną. Nie ma nic powyżej tego, żadnego innego gwaranta percepcji i racjonalności. Oznacza to, że ateista zawsze skończy w błędnym kole próbując uwiarygadniać swój rozum i zmysły przy pomocy tegoż samego rozumu i zmysłów. Woleński nie jest tu żadnym wyjątkiem. Tak jak już pisałem wyżej i wielokrotnie gdzie indziej: żadna epistemologia w świecie ateisty nie jest możliwa. Brak jej niezależnego gwaranta. Zawsze startuje ona z próżni i w próżni kończy. Każda próba uzasadnienia domniemanej ateistycznej epistemologii skończy w błędnym kole. Takie są twarde dedukcyjne realia.


    Zresztą na stronach 15-16 swej książki Granice niewiary Woleński sam przyznaje, że metodologiczne przyjęcie naturalizmu wiąże się z problemami i kłopotami. Kłopoty te dotyczą zagadnień związanych z matematyką i ludzką świadomością (i nie tylko). Woleński przyznaje w przypływie rzadkiej u ateistycznych naturalistów szczerości: „Są to poważne problemy i nie wiadomo, czy dadzą się kiedykolwiek rozwiązać w sposób zadowalający z naturalistycznego punktu widzenia” (s. 16). Na stronie 16 swej książki Granice niewiary Woleński przyznaje również w kolejnym przypływie rzadkiej u ateistycznych naturalistów szczerości, że pewne obszary rzeczywistości mogą pozostać na zawsze oporne wobec prób ich znaturalizowania.


    Na stronie 20 swej książki Granice niewiary Woleński pisze, że brak jest jednolitej i powszechnie uznanej teorii pochodzenia religii (powtarza to na stronie 87). Otóź jest to dość ciekawe stwierdzenie. Okazuje się, że wszelkie naturalistyczne próby wyjaśnienia genezy religii przez ateistów są jedynie koncertem życzeń. Na tej samej stronie 20 swej książki Granice niewiary Woleński wyraża też ciekawy jak na ateistę pogląd, że wcale nie wiadomo czy wyjątkowe w skali świata zjawisko sekularyzacji typu zachodniego jest na pewno nieodwracalne. Pozdrowienia dla wszystkich wojujących sekularystów.


    Na stronie 22 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński bezpodstawnie stwierdza, że konsekwentny agnostyk powinien być filozoficznym naturalistą i nie ma innego wyboru. A z czego to niby wynika? To jakiś nonsens. Jest całkiem wielu agnostyków, którzy są sceptyczni również wobec naturalizmu i piszą, że konsekwentny agnostyk powinien odrzucać również naturalizm, który jest stanowiskiem wewnętrznie sprzecznym i samowywrotnym. Takim agnostykiem, który polemizuje z naturalizmem, jest choćby znany filozof i matematyk David Berlinski. Wymienić tu można również wybitnego filozofa Thomasa Nagela, który również jest bardzo sceptyczny wobec stanowiska naturalistycznego. Nagel napisał nawet bardzo głośną w świecie anglojęzycznym książkę pt. Umysł i kosmos. Dlaczego neodarwinowski materializm jest niemal na pewno fałszywy. Fajny podtytuł, no nie? Warto dodać, że książka ta została wydana również po polsku (Warszawa 2021, wydawnictwo En Arche). Zrecenzowałem ją nawet tutaj:


https://www.apologetyka.info/ateizm/ateista-krytykuje-neodarwinowski-materializm-i-naturalizm,1503.htm


    A więc, wbrew temu co twierdzi Woleński, istnieją agnostyczni filozofowie, w tym wybitni, którzy nie są filozoficznymi naturalistami.


    Na stronie 24 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński popełnia błąd logiczny genetic fallacy, gdy ucieka się do polemiki z religią przy pomocy pseudoargumentu, zgodnie z którym za poglądy religijne odpowiedzialne jest wychowanie lub kultura. Tymczasem wcale tego nie wiadomo. Bardzo dużo ludzi zadaje pytania i wzrastają w swych poglądach religijnych przez różne rozważania (lub je odrzucają), pomimo tego, że nabyli te poglądy z kultury i wychowania, co przeczy tezie, że czynnik wychowawczy lub kulturowy jest głównym czynnikiem ich rozwoju duchowego. Woleński wcale tego nie wie co tu stwierdza, bo nie jest w stanie tego empirycznie sprawdzić. A więc popełnia klasyczny błąd genetic fallacy. Ciekawostką może być fakt, że na tej samej stronie 24 swej książki Granice niewiary Woleński wyraża pogląd, iż religia może być najefektywniejszym sposobem do przygotowania ludzi do życia społecznego. Usunięcie jej z przestrzeni publicznej mogłoby więc spowodować lukę, której nie można by już było zapełnić. Warto zadedykować ten pogląd Woleńskiego wszystkim wojującym sekularystom, którzy od kilku stuleci dążą do całkowitego wyrugowania religii z życia społecznego.


    Na stronie 29 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że wyroki sądów inkwizycyjnych były wykonywane przez władze państwowe. Mało który ze znanych mi ateistów w ogóle o tym wie.


    Na stronie 34 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński zarzuca religiom, że roszczą sobie prawo do tego, iż tworzą cywilizację. Dziwny to zarzut, wziąwszy pod uwagę to, iż dopiero co kilka stron wcześniej (s. 24) Woleński przyznawał, że te same religie stworzyły moralne podstawy naszej cywilizacji i nie wiadomo nawet czym można by zastąpić lukę powstałą po zniknięciu tychże religii. Brak konsekwencji. Woleński plącze się o własne nogi. Patrz też strona 36 omawianej książki Granice niewiary, gdzie Woleński znowu przyznaje, że Kościół tworzył cywilizację europejską.


    Na stronie 36 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński stawia ciekawy zarzut agnostycznym antyklerykałom, którzy wytykają Kościołowi to, że miesza się do polityki lub zabiega o ulgi podatkowe. Ale tak właśnie powinno być, zauważa Woleński, skoro wedle tych samych antyklerykalnych agnostyków o proweniencji naturalistycznej Kościół jest jedynie ziemską instytucją i nie ma nic wspólnego ze światem nadprzyrodzonym, który wedle tychże agnostyków nie istnieje (tak bowiem głosi naturalizm). Zresztą nawrócę jeszcze do wyżej już omawianej tezy Woleńskiego ze strony 22 książki Granice niewiary, która to teza głosi, że agnostyk powinien być filozoficznym naturalistą. Agnostycyzm zakłada brak wiedzy, a więc jaka zatem wiedza ma decydować o tym, że agnostyk powinien być filozoficznym naturalistą? Skąd niby ma wynikać ta wiedza Woleńskiego, skoro agnostyk odmawia sobie dostępu do wiedzy? Brak konsekwencji w tych deklaracjach u Woleńskiego.


    W omawianej książce Granice niewiary Woleńskiego znajdują się też pewne smakowite kąski i rarytasy, które stoją w znaczącym kontraście i wręcz w jawnej sprzeczności z propagandą szerzoną przez scjentystycznych ateistów, dla których nauka jest po prostu religią objawioną (a raczej nie nauka, ale materialistyczna nadinterpretacja nauki w wykonaniu tychże ateistów). Woleński pisze na przykład: „Przekonanie, że Ziemia porusza się wokół Słońca, i przekonanie, że Słońce porusza się wokół Ziemi, są równoważne z punktu widzenia ogólnej teorii względności, ale wiedza potoczna faworyzuje to pierwsze” (s. 42-43). Na stronie 43 omawianej książki Woleński Granice niewiary dodaje on jeszcze: „przekonania naukowe są bardzo często rewidowane” (patrz też strona 55 i 57 tamże). Mało tego. Na stronach 56-57 omawianej książki Granice niewiary Woleński stwierdza nawet, że „wiedza empiryczna powinna być raczej traktowana jako doxa”. A co to jest doxa? Doxa to tylko subiektywne opinie (patrz też strona 73 omawianej książki Granice niewiary Woleńskiego). Co na to ateistyczni wyznawcy religii zwanej nauką?


    Woleński przyznał zatem na łamach swej książki Granice niewiary, że przekonania naukowe są bardzo często rewidowane (s. 43). Przyznał też, że wiedza ma problemy, na przykład problem Gettiera. Wiedza empiryczna powinna być traktowana raczej jako doxa, czyli złudne lub niepewne mniemanie, opinia będąca przeciwieństwem prawdy pewnej (s. 56-57). Jednak Woleński pisze też w trybie czepialstwa, że teologia nie jest wiedzą (s. 199). Co to ma za znaczenie jeśli wiedza dla Woleńskiego nie jest pewna? Kiedy indziej Woleński używa przeciw teologii argumentu z samego istnienia wiedzy, którą teologia ma nie być (s. 200). Brak spójności i konsekwencji w tych twierdzeniach. Woleński twierdzi też, że teistyczne utożsamienie wiedzy i wiary jest nie do przyjęcia i że teizm narusza zasadę niewspółmierności języka nauki i języka wiary (s. 201). Jaki sens mają te zarzuty Woleńskiego? Nie mają żadnego sensu. Jeśli wcześniej przyznawał on, że wiedza może być traktowana co najwyżej jako doxa, czyli złudne lub niepewne mniemanie (s. 56-57), to jego omawiane tu zarzuty wobec teologii nie opierają się na niczym więcej niż na niepewnym mniemaniu.


    Jednak jeśli wiedza w ogóle nie jest pewna, to co Woleńskiemu da przeciwstawianie jej teologii? Nie ma to żadnego sensu. Widać w tym całym argumentowaniu Woleńskiego zamęt, niekonsekwencje, mataczenie i pogubienie się. Jeden wielki chaos. Ale tak właśnie kończy ateizm - zawieszeniem w nihilistycznej próżni epistemologicznej bez braku pewników i braku gwarantów wiedzy. No bo co ma ateiście gwarantować pewność wiedzy? Rozum? A co gwarantuje rozum ateisty? Nic. Sam rozum, czyli mamy tu typowe ateistyczne błędne koło już na starcie.


    Woleński deklaruje też w swojej omawianej książce Granice niewiary, że agnostycyzm i ateizm wskazują rzekomo na to, iż przekonania religijne są uzasadnione co najwyżej w sensie subiektywnym, a nie obiektywnym (s. 58, 92). Ale to jest tylko kolejna sprzeczność u Woleńskiego, bo również stwierdza on to subiektywnie. Woleński nie uzasadnił przecież obiektywnie tego stwierdzenia. Nie wskazał też żadnego obiektywnego kryterium, które zakreśliłoby granicę między obiektywizmem i subiektywizmem. Twierdzenie Woleńskiego jest więc wewnętrznie sprzeczne i samowywrotne, ponieważ jest ono tylko subiektywną opinią. Woleński co najwyżej subiektywnie orzeka o obiektywizmie. To jest sprzeczność.


    Tymczasem według Woleńskiego nawet zdanie „świat jest materialny” jest niesprawdzalne (s. 63). A kryteria odwołujące się do empirycznej sprawdzalności nie dają się sformalizować (s. 67). Neopozytywizm poniósł porażkę w kwestii sprawdzalności empirycznej. Wszelkie proponowane kryteria okazywały się za wąskie lub za szerokie i kwalifikowały teorie naukowe jako nienaukowe, zaliczając je do metafizyki (s. 67-68, 128). Nauka nie wyczerpuje się w przypadkach podległych eksperymentalnej weryfikacji (s. 195). Jak miło. W pewnym momencie Woleński przyznaje nawet w swej omawianej książce Granice niewiary:


„empiryczna metoda naukowa nie zapewnia sukcesu poznawczego. Badacz musi więc traktować swoje wyniki jako niepewne” (s. 72-73).


    Woleński zadaje też w swojej omawianej książce Granice niewiary pytania, które raczej nie spodobałyby się większości znanych mi tak zwanych ateistycznych racjonalistów: Czy istnieje jedno kryterium racjonalności? Czy racjonalność ma charakter relatywny czy absolutny? Czy racjonalność w ogóle jest wartością? (s. 74).


    Następnie Woleński przyznaje, że nauka traktowana jako wzorzec racjonalności jest irracjonalna, bo zależy od założeń przyjmowanych na wiarę, których nie potrafi uzasadnić. A wiara jest z natury irracjonalna, jego zdaniem, więc nauka też (s. 74-75). Jak miło. Jak cudnie. Co wy na to, koledzy ateiści?


    Nie ma jednego wzorca racjonalności, a skoro nie ma, to nie można a priori odmawiać racjonalności jakiemuś szczególnemu rodzajowi przekonań, na przykład przekonaniom religijnym, stwierdza Woleński w swej omawianej książce Granice niewiary (s. 75). Te stwierdzenia Woleńskiego są o tyle dziwne, że w dalszej części cytowanej cały czas książki pt. Granice niewiary zaprzecza temu, co tu napisał. Na stronie 202 nagle bowiem stwierdza, że przyjmuje racjonalność naukową za wyróżnioną i w tej koncepcji racjonalności nie tylko nie ma poprawnego uzasadnienia dla teizmu, ale go być nie może. Jednak jaki sens ma to stwierdzenie w świetle tego wszystkiego, co Woleński napisał wcześniej o racjonalności i nauce, które to fragmenty przed chwilą cytowałem? Żadnego. Przecież dopiero co czytaliśmy w książce Woleńskiego pt. Granice niewiary, że nauka traktowana jako wzorzec racjonalności jest irracjonalna, bo zależy od założeń przyjmowanych na wiarę, których nie potrafi uzasadnić. A wiara jest z natury irracjonalna, więc nauka też (s. 74-75). Czytaliśmy też, że metoda naukowa nie zapewnia sukcesu poznawczego (s. 72-73). Wszystkie te twierdzenia Woleńskiego są wzajemnie sprzeczne i niespójne. Na deser stwierdza on jeszcze, że nie można wykluczyć, iż w szerokim sensie teza teistyczna jest prawdziwa i byłoby rzeczą niestosowną twierdzić, że aprobata teistycznych dyrektyw uznawania zdań jest nieuprawniona (s. 204). To tak na deser, gdyby ktoś jeszcze się do reszty nie zaplątał w tym całym galimatiasie.


    To nie jedyne kwiatki, które mogą zaskoczyć teistycznego czytelnika podczas lektury omawianej książki Woleńskiego pt. Granice niewiary. Jest tych kwiatków znacznie więcej, wziąwszy pod uwagę to, że pisze to ateista z odchyłem w stronę agnostycyzmu. Przyjrzyjmy się temu wszystkiemu teraz po kolei. I tak, dowiadujemy się od Woleńskiego, że wiara racjonalna to wiedza (s. 78). Wiara stanowi naturalny komponent ludzkiej kondycji psychobiologicznej (s. 80). 


    Każdy w coś wierzy. Trzeba w coś wierzyć bo nie wszystko można wiedzieć, przyznaje Woleński (s. 89). Bardzo interesujące stwierdzenie, jak na ateistę, prawda koledzy ateiści?


    Uzasadnienie ateizmu wymaga pokazania, że negacja istnienia Boga jest uprawniona z punktu widzenia wiedzy, w szczególności nauki, przyznaje Woleński (s. 100). Jest to w zasadzie sprzeczne ze wszystkim, co wcześniej napisał ten sam Woleński, gdy choćby przyznawał, że metoda naukowa nie zapewnia sukcesu poznawczego (s. 72-73).


    Pewne zdania muszą być przyjęte jako aksjomaty, przyznaje Woleński (s. 104). Niby oczywiste, ale nie dla ateistów, którzy ad nauseam głoszą, że opierają się wyłącznie na twierdzeniach udowodnionych. Przyjęcie aksjomatu jest aktem wiary, który z reguły napawa ateistów obrzydzeniem, gdyż akt wiary to dla nich coś na wskroś teistycznego. Czyż nie, koledzy ateiści?


    Woleński stwierdza też, że istnieje ogromna literatura na temat dowodów na istnienie Boga i nie jest w stanie ustosunkować się nawet do drobnej części tych dowodów (s. 104). Dość ciekawe jest to stwierdzenie, zwłaszcza w kontekście często słyszanej ateistycznej retoryki, że teiści rzekomo nie mają do zaprezentowania żadnych dowodów i argumentów na istnienie Boga. Woleński niechcący ujawnił indolencję większości ateistów. Dzięki.


    Niepoprawność formalna (niekonkluzywność) dowodu nie przesądza o fałszywości konkluzji, przyznaje Woleński, w swej omawianej tu cały czas książce Granice niewiary (s. 106). To stwierdzenie powinno zainteresować ateistów, którzy twierdzą, że dowody na istnienie Boga są rzekomo niekonkluzywne. Nie widziałem zresztą ateisty, który udowodniłby, że któryś z dowodów na istnienie Boga jest rzeczywiście niekonkluzywny. Ateiści to jedynie deklarują, bez dowodzenia tej tezy. Takie tam tylko twierdzenia bez pokrycia, rzucane pod publiczkę.


    Rozumowanie empiryczne może mieć poprawne przesłanki i fałszywy wniosek, nawet wtedy, gdy zostały zachowane stosowne reguły metodyczne (s. 106). To stwierdzenie Woleńskiego dedykuję scjentystycznym ateistom, którzy traktuję nauki empiryczne (i nie tylko) jak objawienie prorocze.


    Nie wiadomo co miałoby być podstawą oceny dowodów, twierdzi Woleński w swej omawianej książce Granice niewiary (s. 106). Woleński w ogóle ma ogromne problemy z ustaleniem tego, czym w ogóle jest dowód i kiedy zachodzi. Na przykładzie liczby naturalnej Woleński przekonuje nas, że co prawda nie jest ona przedmiotem bezpośredniego poznania, ale nie mamy najmniejszego kłopotu z wykazaniem, że takowy przedmiot nie istnieje (s. 184). Jest to wniosek dokonany z punktu widzenia czysto formalnego rozumowania matematycznego. Wszystko pięknie. Problem w tym, że na stronie następnej swej książki Granice niewiary ten sam Woleński stwierdza, że poprawność formalna nie decyduje o prawdziwości konkluzji. Decyduje prawdziwość przesłanek (s. 185). Po czym po chwili Woleński znów stwierdza, że logikę trzeba traktować na serio (s. 185). Co? Przecież logika to tylko poprawność formalna. A sama poprawność formalna nie decyduje o prawdziwości konkluzji, jak stwierdził ten sam Woleński jeszcze przed momentem. Widać w tym wszystkim co on wypisuje chaos i zamieszanie.


    Ciężar dowodu spoczywa na stronie, która twierdzi, że coś istnieje, a nie na stronie, która temu zaprzecza, stwierdza Woleński na łamach omawianej przeze mnie jego książki Granice niewiary (s. 109). Jaki dowód ma Woleński na to stwierdzenie? Żadnego. To twierdzenie jest więc wewnętrznie sprzeczne. Zresztą to, co pisze Woleński o ciężarze dowodu spoczywającym rzekomo na tych, którzy twierdzą, że coś istnieje, a nie na tych, którzy twierdzą, że coś nie istnieje, nie jest wcale takie oczywiste, bowiem już kawałek dalej Woleński przyznaje, że przy dowodach wprost można wykazywać, że coś nie istnieje (s. 109-110). Patrz też Z.J. Zdybicka, Drogi afirmacji Boga, w: Wprowadzenie do filozofii, Lublin 1992, s. 320-321.


    Na stronie 119 książki Granice niewiary Woleński powołuje się na matematykę, ale na stronach 70 i 62 (por. s. 195) odmawiał jej empirycznego charakteru. Sprzeczność u Woleńskiego. Kolejna.


    Woleński cytuje też Kanta, który przy pomocy doświadczenia próbował orzekać przeciw dowodom na istnienie Boga. Kant jednak wpadał w podobne sprzeczności jak Woleński pomiędzy swoimi twierdzeniami, gdyż głosił, że noumenalna rzeczywistość jest niepoznawalna. A jednocześnie cały czas coś o tej rzeczywistości orzekał. Zresztą nawet Woleński wytyka Kantowi błędy w swej omawianej książce Granice niewiary (s. 123).


    Woleński pisze też, że mamy przynajmniej cząstkowe kryteria tego, co empirycznie potwierdzone (s. 130). Skąd jednak ateista miałby wziąć takie kryteria? Tego Woleński już nie wyjaśnia (a to właśnie punktują u ateistów apologeci presupozycyjni). Twierdzenie Woleńskiego jest nieempiryczne i czysto arbitralne, a wręcz życzeniowe.


    Woleński twierdzi, że hipoteza Boga jest nieweryfikowalna (s. 131). Jednak taki sztandarowy ateista światowej rangi jak Richard Dawkins uważa inaczej. Dawkins uważa wręcz w swej książce The God Delusion (rozdział 2), że hipoteza Boga podlega metodom badań empirycznych. Któremu ateiście mamy dać posłuch w tej kwestii? Pytanie to jest oczywiście retoryczne.


    Na stronie 131 swej książki Granice niewiary Woleński pyta: czemu teizm ma coś wyjaśniać? Jednak to właśnie teizm jest podstawą wszelkich wyjaśnień, co szczególnie podkreślają apologeci presupozycyjni. Bez Boga ateista nie ma nawet jak zacząć wyjaśniania, bo wtedy ateista nie posiada żadnego gwaranta swojej racjonalności (ewolucja nie gwarantuje ateiście racjonalności - ewolucja z definicji gwarantuje jedynie adaptacyjne przetrwanie, które może dokonywać się bez racjonalności i nawet na przekór racjonalności, w oparciu o fałsz i oszustwo). Poza tym Woleński popełnia tu zarazem chochoła, gdyż stwierdza, że zdaniem teistów teizm jest potrzebny właśnie dlatego, że nauka nie wyjaśnia wszystkiego, po czym chwilę później Woleński pyta: czy teizm należy do nauki? Czy jak dodamy teizm do nauki, to już wszystko można wyjaśnić? Otóż Woleński stawia tu chochoła, bowiem teizm nie musi być częścią nauki, aby coś wyjaśniać. Teza, że tylko nauka coś wyjaśnia jest arbitralna i bezpodstawna. To jest naiwny i wewnętrznie sprzeczny scjentyzm (twierdzenie, że tylko nauka coś wyjaśnia jest nienaukowe, a więc jest wewnętrznie sprzeczne). Woleński zresztą sam przyznaje w innym miejscu swej omawianej książki Granice niewiary, że teologia i filozofia mogą coś objaśniać (s. 108). Znowu napotykamy na sprzeczności w twierdzeniach Woleńskiego.


    Woleński zarzuca też teistom w swej książce Granice niewiary, że hipoteza teistyczna jest ad hoc (s. 132). Jednak jest to banał, ponieważ wszystkie hipotezy są z definicji ad hoc, włącznie z wszystkimi hipotezami naukowymi. Taka jest natura hipotezy. Powszechnie wiadomo, że w zakresie swych hipotez Einstein wspierał się snami. Nie było w tym nic zdrożnego. Oczywiście nie zgadzam się z określeniem przez Woleńskiego teizmu mianem hipotezy. To tylko kolejny jego chochoł.


    Zabawne jest stwierdzenie Woleńskiego przy tej okazji, że nic o Bogu nie wiemy z nauki (s. 132). To często powtarzany sofizm ateistyczny. A jakbyśmy coś o Bogu wiedzieli z nauki, to czy by to coś zmieniło w oczach Woleńskiego? Nie. Przecież w tej samej swojej książce Granice niewiary Woleński dopiero co stwierdzał, że nauka nie gwarantuje sukcesu poznawczego (s. 72-73, 106). Stronę dalej Woleński znów sobie zaprzecza. Deklaruje, że nauka nie potrafi objaśnić wszystkiego i stanowi to rzekomo o jej racjonalności (s. 133). Dziwna definicja racjonalności. Pierwszy raz taką widzę. Jak z tej definicji wynika, że Woleński jest racjonalny? Na stronie 132-133 omawianej książki Granice niewiary Woleński przeczy sam sobie po raz kolejny, gdy powołuje się na jakieś jedno rzekomo przyjęte kryterium racjonalności. Przyjęte przez kogo? Przecież dopiero co w tej samej książce Granice niewiary Woleński zapewniał czytelnika, że nie istnieje jedno obowiązujące kryterium racjonalności (s. 69, 74). Znowu widać bałagan i pogubienie się u Woleńskiego. W zasadzie to on sam nie wie o co mu właściwie chodzi.


    Wspomniane przed chwilą stwierdzenie Woleńskiego, że to, iż nauka nie potrafi objaśnić wszystkiego, stanowi rzekomo o jej racjonalności (s. 133), jest problematyczne również z innego powodu. W tej sytuacji bowiem zupełnie równoważne byłoby stwierdzenie, że to, iż nauka nie potrafi objaśnić niczego, również stanowi o jej racjonalności. A to byłoby już twierdzenie absurdalne, zwłaszcza z punktu widzenia każdego ateisty zakochanego w scjentyzmie (w zasadzie spotykam tylko takich). Widać w tym momencie, że deklaracje Woleńskiego są po prostu pustymi poznawczo, bezsensownymi zlepkami słów. Jak to u ateisty.


    Woleński stwierdza też na łamach swej omawianej książki Granice niewiary, że notujemy przyrost wiedzy w nauce (s. 133). Ale skąd to wie? Przecież dopiero co deklarował na łamach tej samej książki, że nauka nie gwarantuje sukcesu poznawczego (s. 72-73). To wszystko są bardzo niespójne deklaracje, które wykluczają się wzajemnie.


    Jednym z najgłupszych (nie bójmy się tego słowa) stwierdzeń Woleńskiego jest jego zapewnienie na łamach jego książki Granice niewiary, że fakt pojawienia się życia jest mało prawdopodobny w układach deterministycznych, ale nie jest wcale tak tajemniczy, gdy rozważa się układy chaotyczne (s. 133). Jak chaos miałby ułatwić powstanie życia? To już chyba tylko tajemnica Woleńskiego. Rozważane stwierdzenie Woleńskiego głosi, że fakt pojawienia się życia jest mało prawdopodobny w układach deterministycznych, natomiast przestaje być tajemniczy, gdy uwzględni się układy chaotyczne. W praktyce oznacza to sugestię, że chaos stanowi rozwiązanie problemu pochodzenia życia, który rzekomo występuje w deterministycznym obrazie świata. Już na wstępie pojawia się tu istotny problem pojęciowy, ponieważ u Woleńskiego następuje błędne pomieszanie determinizmu z przewidywalnością. Woleński najwyraźniej nie wie, że układy chaotyczne w sensie fizycznym są deterministyczne, gdyż podlegają ścisłym prawom i równaniom, a chaos w teorii chaosu oznacza wrażliwość na warunki początkowe oraz praktyczną nieprzewidywalność długoterminową, a nie brak praw. Przykładami takich układów są równania Naviera–Stokesa, atraktor Lorenza czy zjawiska pogodowe, które mimo chaotycznego zachowania pozostają deterministyczne. W związku z tym przeciwstawienie przez Woleńskiego układów deterministycznych układom chaotycznym jest fałszywą dychotomią i opiera się na błędzie pojęciowym.


    Kolejną słabością tej tezy Woleńskiego jest przypisywanie chaosowi zdolności do wyjaśniania powstania życia poprzez samą złożoność dynamiczną. Pojawienie się życia wymaga bowiem nośników informacji, takich jak RNA czy DNA, funkcjonalnej organizacji, mechanizmów samoreplikacji oraz sprzężenia informacji z chemią. Chaos może generować złożoność dynamiczną, lecz nie tłumaczy powstania złożoności funkcjonalnej ani znaczenia informacji. Procesy losowe lub chaotyczne mogą mieszać, rozpraszać i różnicować stany materii, ale same z siebie nie wyjaśniają pojawienia się kodu biologicznego. Kluczowe jest tu rozróżnienie między samą złożonością a zorganizowaną funkcją, ponieważ jedno nie implikuje automatycznie drugiego.


    Następnie warto zauważyć, że chaos owszem zwiększa przestrzeń możliwych stanów, ale jednocześnie obniża stabilność układów. Tymczasem życie wymaga delikatnej równowagi, stabilnych struktur oraz powtarzalnych cykli chemicznych. Chaos sprzyja eksploracji różnych konfiguracji, lecz utrudnia utrwalenie i zachowanie struktur niezbędnych do podtrzymywania procesów życiowych. W kontekście chemii prebiotycznej zbyt chaotyczne reakcje prowadzą do nieuporządkowanej, „smołowatej” mieszaniny związków niż do powstania protokomórek. Oznacza to, że chaos może co najwyżej pełnić rolę warunku pomocniczego, ale nie stanowi wystarczającego wyjaśnienia pojawienia się życia.


    Istotnym elementem mojej niniejszej krytyki jest także zwrócenie uwagi na błąd erystyczny Woleńskiego zawarty w sformułowaniu, że pojawienie się życia w układach chaotycznych nie jest „wcale tak tajemnicze”. Stwierdzenie, że coś przestaje być tajemnicze, nie oznacza jeszcze, że zostało rzeczywiście wyjaśnione. Nie implikuje to istnienia spójnego modelu, znajomości mechanizmu ani określonych prawdopodobieństw. Jest to raczej subiektywne wrażenie zrozumiałości niż realne wyjaśnienie naukowe. W nauce coś przestaje być tajemnicą dopiero wtedy, gdy da się to odtworzyć eksperymentalnie, zasymulować w wiarygodnym modelu lub przewidzieć na podstawie teorii. Jednak Woleński nic takiego nie przedstawia, nawet w mglistym zarysie.


    W rezultacie omawiana teza Woleńskiego nie rozwiązuje problemu pochodzenia życia, lecz jedynie go przesuwa. W istocie sprowadza się do sugestii, że skoro chaos potrafi generować dziwne i złożone zachowania, to życie mogło się po prostu zdarzyć. Takie podejście nie tłumaczy jednak, dlaczego pojawiło się akurat życie, dlaczego powstały struktury informacyjne ani dlaczego biochemia cechuje się tak dużą precyzją i regularnością. Chaos pełni tu rolę słowa-wytrychu, które zastępuje rzeczywisty mechanizm wyjaśniający. Podsumowując, w omawianym stwierdzeniu Woleńskiego popełnia on błąd utożsamienia chaosu z brakiem determinizmu, następnie błędnie przypisuje chaosowi zdolność generowania informacji funkcjonalnej, ignoruje fakt, że życie wymaga stabilności, myli subiektywne poczucie nietajemniczości z rzeczywistym wyjaśnieniem naukowym oraz przesuwa problem zamiast go rozwiązywać.


    Przy okazji Woleński popełnia tu błąd logiczny ignoratio elenchi. Po czym na podstawie całej tej serii popełnionych przez siebie błędów Woleński stwierdza, że te powody skłaniają go do odrzucenia empirycznych dowodów na istnienie Boga i jego pogląd jest w gruncie rzeczy mocniejszy (s. 133). Co jednak miałoby przemawiać za mocą ateistycznego poglądu Woleńskiego? Ten chaos i stos błędów, który w tym samym akapicie przywołał on na pomoc? Naprawdę osobliwe. Witajcie w ateizmie. A jak ktoś czegoś nie rozumie to zawsze może przywołać chaos na pomoc. Nie muszę chyba dodawać, że znany nam świat nie jest stricte chaotyczny, ale rządzi się określonymi regułami. Czyżby Woleński negował prawa fizyki, w nauce, na którą tak często się powołuje niczym na objawienie? Inna sprawa, że nawet w tej kwestii Woleński jest niespójny, o czym dużo pisałem już wyżej.


    Ale wróćmy jeszcze do tej kwestii powstania życia, do której Woleński sam się odwołał przy swym swym ateizmie. Niestety, ale ateizm upada w świetle najnowszych wyników badań związanych właśnie z powstaniem życia. Zasoby probabilistyczne we Wszechświecie są po prostu zbyt małe, aby życie powstało przypadkowo, jak chcą ateiści. Amerykański biochemik Douglas Axe obliczył, że już tylko sam pierwszy krok na drodze w rozwoju życia znajduje się całkowicie poza możliwościami ślepej darwinowskiej ewolucji i wiara w opowieść ewolucyjną oznacza wiarę w coś znacznie mniej wiarygodnego niż losowe trafienie wiele razy z rzędu w punkt o rozmiarach jednego atomu na kuli o wielkości Wszechświata (por. Douglas Axe, Niepodważalne. Jak biologia potwierdza naszą intuicję, że życie jest zaprojektowane, Warszawa 2021, s. 164). Takie coś jest niemożliwe z fizycznego i biologicznego punktu widzenia. Axe nie tylko to wykazał, badając eksperymentalnie enzymy wykazał on również to, że procesy darwinowskiej ewolucji nie są w stanie nawet przekształcić istniejącego enzymu tak, by zaczął on pełnić nową funkcję (tamże, s. 202). Proponuję Woleńskiemu, aby zapoznał się z wynikami badań tego biochemika, zamiast wypisywać kocopoły w swej książce, które obnażają Woleńskiego jako wyznawcę wiary w piramidalny absurd, który nie może się zdarzyć w naszym świecie i w żadnym innym.


    „Wielkim problemem biologii”, powiedział Hoyle, „nie jest sam oczywisty fakt, że białko to łańcuch aminokwasów połączonych ze sobą w określony sposób, lecz raczej okoliczność, że ich kolejność nadaje temu łańcuchowi szczególne właściwości [...] Gdyby aminokwasy zostały połączone przypadkowo, rezultatem byłaby ogromna liczba kombinacji nieprzydatnych żywej komórce. Kiedy się rozważy, że typowy enzym jest łańcuchem złożonym z jakichś 200 ogniw i że dla każdego ogniwa istnieje 20 możliwości, to łatwo zauważyć, iż liczba bezużytecznych kombinacji jest kolosalna, większa od liczby atomów we wszystkich galaktykach dostrzegalnych przez największe teleskopy. Tak wygląda sytuacja w wypadku jednego enzymu, a przecież jest ich przeszło 2000 i służą na ogół bardzo różnym celom. Jakim więc sposobem wszystkie one zaistniały?”.


    Hoyle dodał też: „Zamiast akceptować znikomo małe prawdopodobieństwo pojawienia się życia za sprawą ślepych sił natury, lepiej jest chyba założyć, że powstało ono w wyniku celowego, rozumnego działania”. 


    Współczesna nauka przybliżyła nam temat wielkości uniwersum, które jest nam faktycznie dostępne. Dzięki temu, że znamy wiek świata, jego wielkość i maksymalne teoretyczne tempo zachodzenia zdarzeń fizycznych, możemy w przybliżeniu obliczyć całkowitą liczbę możliwych zdarzeń jednostkowych. Liczba ta wynosi 10 podniesione do potęgi 150. Zatem, jeżeli prawdopodobieństwo zdarzenia jest mniejsze niż 1:10 podniesione do potęgi 150, możemy przyjąć, że takie wydarzenie statystycznie nie może zaistnieć w znanym nam świecie. Jest to tak zwana wszechświatowa granica prawdopodobieństwa – koncepcja wypracowana pierwotnie przez francuskiego matematyka Émile’a Borela. Problem w tym, że nawet relatywnie proste zdarzenia ewolucyjne bardzo szybko dosięgają granicy prawdopodobieństwa. Na przykład znane już od lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku badania Freda Hoyle’a dotyczące powstania podstawowych związków chemicznych koniecznych do ukształtowania ameby (jednego z najprostszych organizmów żywych) wykazały, że mamy tu do czynienia z prawdopodobieństwem wynoszącym 1 do 10 podniesione do potęgi 40000. Obliczenia Hoyle’a zostały potwierdzone w ostatnich latach przez korzystający z nowocześniejszych metod i komputerów zespół, którym kieruje Douglas Axe. Tak niskie prawdopodobieństwo przekracza ponad 266 razy to, co rzeczywiście mogłoby się przypadkowo zdarzyć w naszym Wszechświecie. Oczywiście wiele innych badań pokazuje, że niemal każde zdarzenie ewolucyjne istotne z punktu widzenia powstawania nowości biologicznych jest poza zasięgiem przypadku (por. F. Hoyle, Ch. Wickramasinghe, Evolution from Space. A Theory of Cosmic Creationism, New York 1984, s. 24, 130; S.C. Meyer, Podpis w komórce. DNA i świadectwa inteligentnego projektu, Warszawa 2021, s. 232–238). Biorąc pod uwagę, że zdarzenia takie musiałyby zachodzić wiele razy w historii życia, scenariusz przypadkowej ewolucji jest niemożliwy, nawet uwzględniając wszelkie zasoby probabilistyczne dostępne we Wszechświecie, i właśnie dlatego często się powtarza, że idea wieloświata jest ostatnią deską ratunku dla naturalistycznych koncepcji powstania i rozwoju życia. Ale na wieloświat ateiści żadnych dowodów nie mają i jest to tylko czysta fantazja.


    Darwiniści uznają przypadek i dobór naturalny za kreatywne mechanizmy zdolne do tworzenia całkowicie nowych, funkcjonalnych systemów biologicznych, mimo że szansa, że spontaniczna mutacja stworzy choćby jeden funkcjonalny enzym składający się z 100 aminokwasów, wynosi mniej więcej 1 do 10^130, co przewyższa liczbę atomów we Wszechświecie.


    Przyjrzyjmy się bliżej wyliczeniom dyplomowanych biochemików, często noblistów lub profesorów kierujących całymi wydziałami renomowanych uniwersytetów. Podają oni naprawdę ciekawe dane. Prawdopodobieństwo, aby tylko jedno białko mogło powstać przypadkiem z dostępnych aminokwasów, wynosi 1 do 20^1000, czyli mamy - powiedzmy - jedną możliwość na blisko 10^1500. To liczba niewyobrażalna - oznacza prawdopodobieństwo mniejsze niż trafianie szóstki w lotto (szacowane na jeden do miliarda) przez 150 tygodni z rzędu, czyli prawie przez trzy lata. A zatem przypadkowo coś takiego jest zupełnie niemożliwe. Co oznacza, że w praktyce trzeba znacznie dłuższego czasu, niż istnieje Wszechświat, żeby jedno tylko białko mogło powstać przypadkiem z dostępnych aminokwasów. A skoro najprostszy organizm żywy składa się co najmniej z 200 białek, osiągamy kompletnie oszałamiający poziom nieprawdopodobieństwa równy fizycznej niemożliwości. Zwłaszcza, że komórce do życia potrzebne jest nie tylko około 200 białek, ale także DNA, RNA, geny, enzymy i do tego różne jeszcze czynniki - przede wszystkim metabolizm. A jakie jest prawdopodobieństwo przypadkowego powstania cząsteczki DNA? Pójdźmy tu maksymalnie na rękę ewolucjonistom i przyjmijmy, że poza Ziemią mamy aż 10^20 planet sprzyjających rozwojowi życia przez 4 miliardy lat. To oczywiście zwiększy prawdopodobieństwo przypadkowego powstania DNA. Jakie ono wtedy będzie? Ano znowu zbyt małe: 1 do 10^415. Co ponownie jest fizycznie niemożliwe. I to nie jedyny problem z DNA. Inny problem jest taki, że natura musiałaby przetestować 1,4 x 10^70 różnych kodów genetycznych, aby wybrać ten uniwersalny, który dominuje w przyrodzie. Ponownie nie trzeba dodawać, że czasu na to było zbyt mało, nie mówiąc o tym, że w ogóle było zbyt mało czasu, aby choć jeden kod DNA powstał w sposób przypadkowy. No i mamy jeszcze enzymy. A tutaj to już w ogóle zaczynają się schody, bo potrzebujemy aż dwa tysiące enzymów zebranych naraz w jednym miejscu, żeby życie w ogóle mogło wystartować. Szanse na to, żeby coś takiego nastąpiło przypadkowo, wynoszą zaledwie 1 do 10^40 000, co jest tak astronomicznie małą liczbą, że ponownie równa się fizycznej niemożliwości (gdy przyjmiemy liczbę tysiąc enzymów niezbędnych do życia, to prawdopodobieństwo jest nadal za małe - 1 do 10^1000). Byłoby to niemożliwe fizycznie nawet wtedy, gdyby cały Wszechświat składał się z zupy organicznej. Chandra Wickramasinghe, któremu darwiniści grozili śmiercią i który z powodu tych gróźb musiał uciec za granicę, skomentował ten wynik: „To liczba na tyle mała, że pogrąża Darwina i całą jego teorię ewolucji”. A z kolei szacując, że przypadkowo naraz zbierze się około 100 białek (a potrzeba ich minimum dwieście, aby znane nam życie w ogóle wystartowało, jak już wspominałem), otrzymujemy kolejne astronomicznie małe prawdopodobieństwo, zbyt małe, żeby się to stało: 1 do 10^2000. Cząsteczka cytochromu c, białka obecnego w niemal wszystkich organizmach żywych, składa się ze 104 aminokwasów. Prawdopodobieństwo jej przypadkowego powstania to 1 do 10^94. Natomiast prawdopodobieństwo przypadkowego powstania najprostszej żywej komórki jest równe 1 do 10^340 000 (dane w tym akapicie przytaczam za Michel Yves Bolloré i Olivier Bonnassies, Bóg, nauka, dowody. Początek rewolucji, Katowice 2025, s. 218-226). Nie muszę dodawać, że te trzy ostatnie wyniki są znowu fizycznie niemożliwe do osiągnięcia na Ziemi, co do której przyjmuje się, że już zdarzenie o prawdopodobieństwie takim jak 1 do 10^50 lub mniejsze po prostu nie może zajść: „O zajściu zdarzenia, którego prawdopodobieństwo jest mniejsze niż jeden na dziesięć do pięćdziesiątej potęgi, możemy powiedzieć, że z pewnością nigdy nie nastąpi” (Émile Borel, Elements of the Theory of Probability, Prentice-Hall, New Jersey 1965, s. 62).


    Biochemik Michael Denton pisze też o tym, że po odkryciu śladów glonów w skałach sprzed 3,5 miliardów lat drastycznie skrócił się okres, w którym mogłoby powstać życie - z miliardów lat do co najwyżej kilkuset milionów lat. Przyznają to nawet sami darwiniści, których Denton cytuje (por. Michael Denton, Kryzys teorii ewolucji, Warszawa 2021, s. 264, 357-358). Nawet najprostsze do wyobrażenia sobie życie musiałoby posiadać już co najmniej 80 białek (tamże, s. 265), które pracowałyby jednocześnie i w bardzo złożony oraz skomplikowany sposób. Fizycznie niemożliwe jest zupełnie przypadkowe powstanie tak złożonej struktury gdyż już nawet jedno białko jest maszynerią niemalże nieskończenie bardziej skomplikowaną niż cokolwiek, co zbudował człowiek. Translacje genu muszą być od razu dokonywane poprawnie albo białko przestaje być funkcjonalne. Wszelka losowość przy budowie tak skomplikowanych struktur biomolekularnych jest całkowicie wykluczona w skali jakiegokolwiek prawdopodobieństwa, które w tej sytuacji jest zerowe (tamże, s. 266-268, 271, 273, 325-329, 334). Nawet najprostsza komórka zawiera w sobie całą maszynerię biomolekularną, na którą składają się sztuczne języki i systemy ich dekodowania, banki pamięci, układy kontrolne i regulacyjne (włączanie i wyłączanie różnych genów w różnym czasie i w różnych komórkach), mechanizmy zabezpieczające przed błędami, weryfikujące poprawność i używane w kontroli jakości, zautomatyzowane układy montażowe, w których komórka produkuje własne części etcetera. Informacja w DNA jest też spakowana w bardzo ekonomiczny sposób. Komórka jest również istnym laboratorium chemicznym, jakie w mniej niż sekundę produkuje substancje chemiczne, do wytworzenia których najlepsze laboratoria chemiczne stworzone przez ludzi potrzebują kilkanaście godzin, dni lub nawet tygodni. Komórka jest fabryką, zależną od funkcjonowania nawet stu tysięcy unikatowych białek. Zbudowanie jednej takiej komórki zajęłoby nam 50 milionów lat. A to tylko jedna komórka. Tymczasem mózg ssaka składa się z 10 miliardów komórek nerwowych (tamże, s. 334-335, 340-348). Zbudowanie takiego mózgu lub czegoś, co by chociaż było podobne do niego, zajęłoby nam wieczność, nawet z uwzględnieniem faktu, że budowalibyśmy taki mózg w sposób zaplanowany i celowy. Tymczasem darwiniści ślepo wierzą, że takie układy powstają zupełnie przypadkowo, w stosunkowo krótkim czasie i przy pomocy bezcelowych procesów (tamże, s. 336, 345, 347-348). Totalny nonsens. Z punktu widzenia rachunku prawdopodobieństwa Wszechświat jest zbyt młody aby życie mogło w nim powstać przypadkowo, choćby w postaci jednej komórki lub nawet samych drobin życia, takich jak insulina. A tymczasem istnieją miliardy miliardów komórek i organizmy wielokomórkowe (por. Claude Tresmontant, Problem istnienia Boga, Warszawa 2001, s. 208-209, 213, 219-220, 542-545). Michael Denton dodaje w swej innej książce, że istnieją nawet takie cuda natury jak komórka, która sama się demontuje i z powrotem montuje (!). Konkretnie chodzi o montaż i demontaż kompleksu Golgiego (por. Michael Denton, Teoria ewolucji. Kryzysu ciąg dalszy, Warszawa 2021, s. 312). Kompleks Golgiego to centrum logistyczne komórki. Modyfikuje, sortuje i pakuje białka, transportuje je, wysyłając gotowe produkty do centrum przeznaczenia. Kompleks Golgiego sam dokonuje swojego demontażu i ponownego montażu. Jaki ślepy, przypadkowy i nieukierunkowany proces wytwarza centra logistyczne, które dodatkowo same się demontują i ponownie montują? Żaden darwinista nie jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Gdybyśmy zobaczyli centrum logistyczne paczek pocztowych, które samo się demontuje i ponownie montuje, a ktoś powiedziałby nam, że to tylko dzieło nieukierunkowanych i ślepych procesów fizycznych, to co byśmy pomyśleli o intelekcie kogoś takiego? Ale ewolucjonista darwinowski jest właśnie kimś takim. Komórki posiadają też własne systemy naprawcze, takie jak jądrowe elementy LINE (por. Jonathan Wells, Mit śmieciowego DNA, Warszawa 2022, s. 118). Ewidentnie zaprojektowane konstrukcje.


    Biochemik Michael J. Behe w książce pt. Granica ewolucji. W poszukiwaniu ograniczeń darwinizmu (wydanie polskie - Warszawa 2020) przekonuje, że wraz z rozwojem biochemii i genetyki stało się jasne, że różne formy życia i wiele struktur biologicznych nie mogło powstać drogą przypadkowych mutacji. Behe argumentuje, że większość mutacji, które decydują o obecnym stanie przyrody ożywionej, nie miało charakteru losowego, jak przypuszczają ewolucjoniści darwinowscy, ale było wynikiem inteligentnego projektu. Twierdzi on, że teoria ewolucji nie jest w stanie wyjaśnić pochodzenia względnie prostych struktur biologicznych, które wymagają niezależnego powstania więcej niż dwóch rodzajów białek. Zdaniem Behego prawdopodobieństwo takiego wydarzenia jest zbyt małe na gruncie procesów przyrodniczych i dlatego wyjaśnienia przedstawiane przez biologów ewolucyjnych są niewiarygodne.


    Te dane, wzięte sumarycznie, nie pozostawiają wątpliwości: zasoby probabilistyczne Wszechświata są zbyt małe, aby życie ziemskie powstało przypadkiem. Życie musiało zostać zatem stworzone. A skoro życie zostało stworzone, to istnieje Stwórca. A skoro istnieje Stwórca, to ateizm jest martwy.


    Czy ateiści znaleźli jakiś sposób na obejście tej twardej matematyki? W sumie nie. Znowu mamy tu tylko klasyczny festiwal ateistycznych wykrętów wycelowanych w ucieczkę przed faktami. Ta ucieczka wychodzi jednak ateistom zupełnie beznadziejnie w tym przypadku. Darwiniści uciekają się w desperacji do tezy, że prawdopodobieństwo powstania życia nie jest aż tak skrajnie niskie, bo życie nie powstało naraz, tylko rzekomo etapami, a każdy etap był prostszy i bardziej prawdopodobny. Jednak bardzo łatwo można obalić desperackie twierdzenie ewolucjonistów, że „etapowość” usuwa problem zbyt niskiego prawdopodobieństwa powstania życia. Etapowość nie rozwiązuje bowiem tego problemu, tylko go przesuwa. Dlaczego? Aby selekcja naturalna działała, musi już istnieć coś, co się replikuje. Tymczasem chemia przedbiologiczna nie podlega selekcji naturalnej. Losowe reakcje chemiczne nie kumulują informacji funkcjonalnej, czyli etapowość działa dopiero po powstaniu pierwszego systemu zdolnego do dziedziczenia. A to oznacza, że najtrudniejszy etap (powstanie pierwszego kodu, replikacji, metabolizmu) pozostaje nierozwiązany. Innymi słowy - życie musi już istnieć, aby się powielać, a tym samym wracamy do punktu wyjścia. Wszystko musi powstać naraz, albo inaczej nie będzie to działać. Problem jest tu zatem jedynie przesunięty przez darwinistów na inny poziom, a nie rozwiązany. Ewolucjoniści po prostu zamiatają ten kłopot pod dywan i udają, że go rozwiązali. Problem „wszystko naraz albo nic” (nieredukowalna złożoność) pozostaje nierozwiązany. Samoreplikujące się życie musiało powstać od razu w całości, albo wcale. Dlatego właśnie liczymy (i nie tylko my - ateistyczni biologowie również) prawdopodobieństwo zaistnienia życia lub białek w akcie jednorazowym. Tym bardziej, że nawet najprostsza forma życia wymaga jednoczesnego istnienia wielu współzależnych elementów, na przykład: nośnika informacji (choćby RNA/DNA), mechanizmu kopiowania, źródła energii, ochrony przed degradacją, minimalnej integralności strukturalnej. Każdy z tych elementów bez pozostałych jest bezużyteczny. Etapy pośrednie nie dają żadnej przewagi selekcyjnej. Selekcja nie „faworyzuje” czegoś, co jeszcze nie działa i nie istnieje. Zatem etapowość nie pomaga, jeśli etapy pośrednie nie są funkcjonalne. Darwinowskie „wystarczająco dużo czasu” to też nie jest argument, jak już dopiero co widzieliśmy. Darwiniści często mówią: przy miliardach lat nawet bardzo mało prawdopodobne rzeczy się zdarzają. Ale jak już wiemy, jest to prawda tylko do pewnej granicy. Jeśli prawdopodobieństwo jakiegoś zdarzenia jest rzędu na przykład 1 do 10^400, to:


czas Wszechświata (≈10^17 s)


liczba atomów (≈10^80)


maksymalna liczba reakcji


i tak są za małe, by zdarzenie było realistyczne.


    Etapowość nie usuwa zatem problemu zbyt niskiego prawdopodobieństwa powstania życia. Selekcja naturalna nie działa przed życiem. To cofanie problemu o jeden krok, nie rozwiązanie go. Do tego hipotezy abiogenezy są spekulatywne i niekompletne. Zbyt niskie prawdopodobieństwo samorzutnego powstania życia pozostaje zatem nieprzezwyciężalnym problemem dla darwinistów, a w zasadzie falsyfikuje ono całkowicie hipotezę przypadkowego powstania życia, falsyfikując przy okazji całą darwinowską teorię ewolucji (jeśli bowiem życie zostało stworzone, to darwinowska teoria ewolucji jest zbędnym postulatem). Najlepszym wyjaśnieniem istnienia życia jest inteligentna przyczyna, a nie darwinowski ślepy proces.


    Stanowisko darwinistów jakoby energia słoneczna i zdarzenia przypadkowe mogły prowadzić do powstania całej złożoności biologicznej przyrody, poza tym, że jest niezgodne z danymi współczesnej nauki, samo z siebie jest dość naiwne. Ewolucjoniści przyjmują, że bardzo proste mechanizmy mogą tworzyć bardzo złożone struktury biologiczne. Już na poziomie zdrowego rozsądku widać, że takie wyjaśnienie wymaga, aby niższa przyczyna wywoływała wyższy skutek, czyli żeby z niczego powstawało coś, co kłóci się z naszą naturalną percepcją rzeczywistości.


    Następnie Woleński w swej omawianej przeze mnie książce Granice niewiary przechodzi do argumentu ontologicznego na istnienie Boga. Nie znajdujemy tu jednak nic nadzwyczajnego, wciąż te same ateistyczne chochoły o tym, że nie możemy przechodzić od pojęcia do istnienia (s. 135). Jednak to arbitralne stwierdzenie nie jest w żaden sposób odparciem solidnego rozumowania, z którego wynika, że Byt Doskonały z definicji musi zawierać w sobie istnienie, gdyż inaczej nie byłby Bytem Doskonałym. Ten argument Anzelma nie został nawet naruszony przez Woleńskiego. Zresztą żaden ateista nie jest w stanie tego argumentu naruszyć, gdyż jest on dedukcyjnie pewny. Nawet Woleński przyznaje, że dowody ontologiczne przedstawiają się z logicznego punktu widzenia znacznie lepiej (s. 143).


    Woleński pisze w swej książce Granice niewiary, że można sporządzić model złożony z niesprzecznego zbioru zdań, w którym zdanie „Bóg nie istnieje” jest prawdziwe (s. 135). Prawdziwe na mocy czego? Tego Woleński już nie wyjaśnia. W ateizmie jakakolwiek prawda jest niemożliwa i pojęcie „prawdy” w ateizmie jest tylko bezsensownym zlepkiem liter pozbawionym desygnatu. Jest to więc puste zdanie. W świecie ateisty istnieje tylko materia i oddziaływania pomiędzy jej składnikami, a zatem nie ma tam żadnego takiego pojęcia jak „prawda”, bo skąd niby miałoby się ono tam znaleźć? Atomy nie są ani prawdziwe, ani fałszywe, tak samo jak oddziaływania między nimi. Na atomach nikt słowa „prawda” nie napisał, tak samo jak na kwarkach, bo kto niby miałby to zrobić? Bóg mógłby to zrobić, ale ateista w Boga nie wierzy. Przy okazji Woleński znowu popełnia tutaj błąd logiczny ignoratio elenchi. Woleński pisze też w swojej książce Granice niewiary, że udowodnił brak wynikania (s. 135). Jednak jest to kolejne jego puste stwierdzenie bez pokrycia.


    Woleński stwierdza, że ateista jest w stanie wyjaśnić cuda w sposób alternatywny i do tego nie zdarzają się one wtedy, kiedy powinny się zdarzyć (s. 136, przyp. 31). Przyznam, że to bardzo osobliwe twierdzenia. Poza tym jak ateista miałby coś alternatywnie wyjaśnić? Zgodnie ze swoim światopoglądem jest on przecież tylko kupą błota: 


„My ludzie, jesteśmy kupką zlepionego błota, która powstała za sprawą bezosobowych mechanizmów” (S. Carroll, Nowa perspektywa. Pochodzenie życia, świadomości i Wszechświata, Warszawa 2017, s. 11, 15).


    Podobnie nauczał darwinista Carl Sagan w swej książce pt. The Demon-Haunted World, w której pisał, że zgodnie z teorią ewolucji musieliśmy „pojawić się z mułu za przyczyną ślepych fizycznych i chemicznych sił po eonach czasu” (cyt. za Phillip E. Johnson, Z otwartym umysłem wobec darwinizmu. Poradnik krytycznego myślenia, Warszawa 2007, s. 45).


    Jak więc Woleński miałby coś w ogóle wyjaśnić? Jak kupa błota i mułu może cokolwiek wyjaśnić? Jak widzieliśmy już wcześniej, w swej książce Granice niewiary kwestionuje on przecież nawet naukę i logikę jako narzędzia poznawcze względem świata. A dlaczego cuda miałyby zdarzyć się wtedy, kiedy akurat chce tego Woleński? Czy Bóg jest zależny od kaprysów Woleńskiego w tym co robi? Dziwaczna jest „logika” ateistów.


    Woleński stwierdza też sobie zupełnie arbitralnie w swojej książce Granice niewiary, że nieistnienie Boga nie implikuje logicznie tego, że wszystko wolno (s. 139). Ależ to właśnie implikuje, gdyż w tej sytuacji nie istnieje żadne ostateczne prawodawstwo, którego powinniśmy przestrzegać jako ludzkość. Poza tym Woleński popełnia na stronie 139 swej omawianej książki Granice niewiary małego chochoła ekwiwokacyjnego, bo miesza nakazy i zakazy w sensie absolutnym z zakazami i nakazami tymczasowymi. A teista mówi o nakazach i zakazach w sensie absolutnym. Wszystkie inne nakazy i zakazy są relatywne i tym samym nieistotne dla tej dyskusji. Woleński pisze, że jeśli Boga nie ma, to może istnieć jakieś inne źródło obowiązków (s. 139). Jakie niby? Prawodawstwo Tuska czy Kaczyńskiego? A może prawodawstwo Hitlera czy Putina? Oczywiście Woleński na to pytanie już nie chce odpowiedzieć i skrzętnie ucieka od tego problemu, bo wie w jakie tarapaty by się wpakował.


    Poza tym znowu Woleński powołuje się tutaj na logikę, której wiarygodność dyskredytował w tej samej książce Granice niewiary, jak widzieliśmy już wcześniej. Przypominam, że w świecie ateisty logika jest tylko wytworem reakcji elektrochemicznych w mózgach. A tym samym obiektywnie nie obowiązuje i nie jest prawomocna. Dla ateisty jest ona jedynie umową społeczną, która podlega rewizji w dowolnym miejscu lub czasie. Woleńskiemu nic nie pomoże powoływanie się na logikę. Po prostu.


    Woleński orzeka też w swojej książce Granice niewiary, że na podstawie braku dowodu na istnienie Boga można przyjąć, że Bóg nie istnieje (s. 183). Jest to błąd logiczny argumentum ad ignorantiam


    Woleński deklaruje, że nie można wyprowadzać wniosków na temat świata danego empirycznie z tezy o istnieniu Boga i na odwrót (s. 199). Skąd to wie? Nie wyjaśnia tego. Po prostu stwierdza sobie to arbitralnie.


    Woleński neguje też w swej książce Granice niewiary, że Bóg nie może być empirycznie doświadczony (s. 200). Jednak wcześniej ten sam Woleński pisał w tej samej swojej książce, że Jezus „jako Bóg zapewne był świadom - przynajmniej nie jest jasne, by było inaczej [...] - iż potem wstąpi do nieba” (s. 162). No to w końcu Bóg może być empirycznie doświadczony, czy nie? Woleński sam ze sobą nie może dojść do ładu w tej kwestii.


    Woleński pisze również, że teistyczną hipotezę wyjaśniającą porządek świata można zastąpić wieloma innymi, w tym całkowicie z nią niezgodnymi (s. 201). No i co z tego. Sama możliwość istnienia innego wyjaśnienia nie jest uzasadnieniem tego wyjaśnienia. Woleński nie zaprezentował tu żadnej sensownej alternatywy. Tak naprawdę nie wie on nawet tego, czy w ogóle istnieją jakiekolwiek inne alternatywy. Bo skąd ateizujący agnostyk miałby wiedzieć choćby to?


    Woleński stwierdza także w swojej książce Granice niewiary, że ateizm jest możliwy do zaakceptowania pod warunkiem, że istnieje tylko to, co da się wyjaśnić w języku naukowym lub potwierdzić metodami naukowymi (s. 201). Problem w tym, że wcześniej Woleński pisał w tej samej książce, że empiryczne metody naukowe nie gwarantują sukcesu poznawczego i ich wyniki muszą być traktowane jako niepewne (s. 72-73). Być może Woleński jednak zapomniał już, co sam napisał wcześniej. Ja mam niestety zbyt dobrą pamięć i pamiętam.


    Woleński zarzuca, że wnioskowania świętego Tomasza nie są prawami logiki (s. 116-117, 121-122). Robi to przez fałszywą analogię do zagadnienia liczb naturalnych (s. 116). Jednak jest to chochoł Woleńskiego, bo święty Tomasz nigdzie nie twierdził, że jego wnioskowania są prawami logiki. To jakiś nonsens. Wystarczy, że wnioskowania świętego Tomasza są logicznie i formalnie poprawne, a wnioski wynikają z przesłanek. I tak właśnie jest, czego Woleński nie był w stanie zakwestionować.


    W innych miejscach swej książki Granice niewiary Woleński polemizując też odwołuje się do logiki jako do autorytetu i oręża (s. 121-122, 126, przyp. 20; s. 126-127, 132, 143, 183). Ale przecież w świecie ateisty logika nie istnieje w sposób obiektywny i jest jedynie produktem reakcji elektrochemicznych w mózgu. Te same reakcje elektrochemiczne w mózgu mogą zadecydować, że logika jest jednym wielkim błędem, złudzeniem lub nie istnieje. W świecie ateisty logika de facto nie istnieje, gdyż może ona być co najwyżej tymczasowym i lokalnym produktem reakcji elektrochemicznych w mózgu, a te obowiązują jedynie w mózgu, a nie w świecie. Tymczasem zasady logiki są z definicji uniwersalne i obowiązują w całym Wszechświecie. Ale u ateisty zasady logiki istnieją co najwyżej lokalnie w jego mózgu, a nie w całym Wszechświecie. I tu jest właśnie problem, który jest praktycznie nie do rozwiązania przez ateistę. Problem ten pogorszy się jeszcze bardziej, gdy uświadomimy sobie, że reakcje chemiczne w mózgu ateisty nie są ani logiczne, ani nielogiczne. One po prostu są. Tak jak iskrzenie na stykach akumulatora. Czy iskrzenie na stykach akumulatora może być logiczne lub nie? To nonsens. A więc mózg ateisty nie może produkować żadnych sensownych zasad logicznych, ani nie może ich nawet odkrywać. Skoro dla ateisty myśli są jedynie wytworem reakcji elektrochemicznych w mózgu, to zasady logiczne, rzekomo odkrywane lub ustalane przez mózg ateisty, nie mogą aspirować do niczego więcej niż potencjalnego fałszu. Przecież ateista nigdy nie jest w stanie wykluczyć, że to, co produkuje jego mózg niezależnie od niego, nie jest jedynie zdeterminowanym fałszem, który tylko udaje zasady logiczne. Procesy fizyczne w mózgu ateisty są bowiem zdeterminowane i tym samym nie podlegają kontroli ateisty. Zresztą, gdy procesy te są niezdeterminowane, to też nie podlegają jego kontroli, gdyż w tej sytuacji są od niego tak samo niezależne lub nawet bardziej, będąc jedynie chaotycznym zderzaniem się cząsteczek materii.


    Woleński przyznaje, że wywody świętego Tomasza nie stanowią logicznych następstw, czego Woleński wcale nie wykazał, po czym za chwilę dodaje, że nie przesądza to o fałszywości konkluzji (s. 117).


    Na stronach 72-73 i 106 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński pisał, że nauka nie gwarantuje sukcesu poznawczego, po czym nagle argumentuje przeciw drogom świętego Tomasza i rozumowaniu Arystotelesa na podstawie fizyki (s. 118-120, 122). Gdzie tu sens? Jest to po prostu niespójne. Woleński argumentuje też przeciw drogom świętego Tomasza na podstawie zasad Newtona (s. 119), ale przecież fizyka Newtona została obalona. Jak czytamy w jednym z opracowań, „Nawet teoria tak dobrze potwierdzona jak prawa Newtona okazała się na dalszą metę nie do utrzymania […] prawa Newtona zostały obalone!” (John G. Kemeny, Nauka w oczach filozofa, Warszawa 1967, s. 49, 127). Również bardzo znany polski metodolog nauki Jan Such pisze, że „twierdzenia Newtona zawarte w jego Principiach, które wszak, wszystkie bez wyjątku, zostały obalone przez późniejsze odkrycia” (Jan Such, Czy istnieje experimentum crucis? Problemy sprawdzania praw i teorii naukowych. Studium metodologiczne, Warszawa 1975, s. 49). Wszystko to, co pisze Woleński jest mocno niespójne i podejrzane. Jego twierdzenia wzajemnie sobie zaprzeczają i wykluczają się.


    Woleński w kontrze do świętego Tomasza stwierdza w swej książce Granice niewiary, że można sobie pomyśleć nieskończone łańcuchy skutkowo-przyczynowe (s. 122). Jak jednak skończonym umysłem można pomyśleć sobie coś, co jest nieskończone? To jest absurd i kolejna sprzeczność u Woleńskiego. Zastanawiam się czy on w ogóle rozmyśla nad tym, co pisze. A jeśli Woleński może sobie pomyśleć cokolwiek i uznaje już samo to za argument, to czemu ateiści mają problem z tym, że teista może sobie pomyśleć o Bogu jako argumencie? Brak konsekwencji w tych wszystkich ateistycznych stwierdzeniach. Mamy tu jeden wielki zamęt.


    Co to znaczy „byt istnieje”? (s. 122). Tego Woleński w ogóle nie wyjaśnia, choć uważa, że takie stwierdzenie jest jego argumentem.


    Woleński następnie pisze w swej omawianej cały czas książce Granice niewiary, że dwie pierwsze drogi świętego Tomasza nie spełniają warunków poprawnych dowodów (s. 122). Jednak jak Woleński to udowodni, skoro cała jego epistemologia jest bezpodstawna i niepewna? To jest kolejna sprzeczność.


    Nawet nieprzychylny chrześcijaństwu Anthony Kenny, którego cytuje Leo Elders i który ma kompetencje na polu logiki, oświadczył:


„Dlatego, jest rzeczą niemądrą dla krytyka Pięciu Dróg, by atakował ich formalną strukturę” (cyt. za L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 136). Zadedykujmy to Woleńskiemu.


    W swojej książce Granice niewiary Woleński zarzuca też świętemu Tomaszowi, że ten używa pojęcia przyczyny w różnych znaczeniach (s. 123-124, 132). Ale Woleński nie uzasadnia tego zarzutu i jest to tylko kolejny jego chochoł. Zresztą, nawet jeśli święty Tomasz by tak robił, to czy wynika z tego coś negatywnego? Nie. Słowa mają wiele znaczeń i nie wynika z tego wcale to, że ktoś popełnia zarzut ekwiwokacji. To trzeba jeszcze uzasadnić. Woleński nie tylko tego nie robi, ale nawet nie stawia takiego zarzutu. Jego stwierdzenie jest ewidentnie niedopracowane i w zasadzie nie wiadomo o co mu chodzi. Uwagi rzucane przez Woleńskiego sprawiają wrażenie luźnych dygresji.


    Woleński w kontrze do argumentacji świętego Tomasza stwierdza, że pytanie o przyczynę w odniesieniu do każdego bytu z osobna nie przesądza o tym, że wszystkie byty jako całość mają jakąś przyczynę (s. 124). Jednak jest to znowu zupełnie arbitralne stwierdzenie. Racjonalne jest uznawać, że Wszechświat ma przyczynę jako całość, bo wszystko, co znamy, ma przyczynę i jej podlega. To jest rozsądne wnioskowanie, gdyż nic innego nie obserwujemy, więc taka konkluzja teisty jest jak najbardziej racjonalna. Woleński nie wskazał żadnej takiej racji, na podstawie której moglibyśmy uznać, że możemy wyłączyć Wszechświat jako całość z reguły przyczynowości. Przekonanie Woleńskiego jest nie tylko bezpodstawne, ale jest również irracjonalne. Ateista musi uciec od tego, co rozsądne i racjonalne, aby uratować swój ateizm. Tak jest zawsze, więc nic dziwnego, że Woleński nie jest tu wyjątkiem.


    Godne odnotowania jest też spostrzeżenie Edwarda Fesera, że dowód tomistyczny w rzeczywistości nie obejmuje w żadnym wypadku wnioskowania z cech części na całość (por. Edward Feser, Pięć dowodów na istnienie Boga, Poznań 2022, s. 138). Nie każde wnioskowanie z części na całość jest błędne. Jeżeli jeden klocek Lego w stosie klocków jest czerwony, to każdy przedmiot, jaki zbudujemy z tych klocków, też będzie czerwony (tamże, s. 159).


    Woleński twierdzi w swej książce Granice niewiary, że cały byt może być konieczny, nawet jeśli składa się z samych bytów przygodnych (s. 124-125). Ale byty przygodne nie pokryją wieczności ani wertykalnie, ani horyzontalnie. Zniszczalna rzecz, która nie mogłaby nigdy przestać istnieć, miałaby możliwość nie bycia zniszczalną, podczas gdy jednocześnie jest zniszczalna. Ale to jest właśnie niemożliwe i wewnętrznie sprzeczne (por. L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 110). Istniejące możliwe rzeczy w naszym Wszechświecie, gdy przemijają, zostają zastąpione przez inne rzeczy, a więc w nieograniczonym czasie byt będzie istniał. Lecz nie jest to prawdziwe gdy cofamy się do przeszłości. Ciągi skończonych okresów nie mogą się zsumować w nieskończone trwanie czasu. Mnożenie ograniczonych odcinków trwania nie może wypełnić nieskończonego czasu (tamże, s. 111, 113 i tamże przyp. 116).


„Nawet nieskończenie wiele przyczyn niekoniecznych, czyli pośrednich, jest zawsze ciągiem aktualnie skończonym i nie wyjaśnia ostatecznie faktu istnienia bytów niekoniecznych” (Z.J. Zdybicka, Drogi afirmacji Boga, w: Wprowadzenie do filozofii, Lublin 1992, s. 319).


    W swej książce Granice niewiary Woleński pyta, dlaczego miałoby istnieć raczej nic, niż coś (s. 125). Pisze też, że w logice klasycznej zdanie „nic nie istnieje” jest wewnętrznie sprzeczne (s. 125). To wszystko są jednak tylko popełniane przez Woleńskiego sofizmaty, znane jako meaningless question i ignoratio elenchi.


    Woleński bije też chochoła gdy twierdzi, że pytanie o przyczynę Boga jest zasadne tak samo, jak pytanie się o przyczynę Wszechświata. Jednak Wszechświat jest bytem przygodnym, a Bóg jest bytem koniecznym, a zatem zarzut Woleńskiego jest tu oparty na błędzie kategorialnym (s. 124-125).


    Woleński stwierdza również, że pojęcie nicości wcale nie jest prostsze od pojęcia tego, co istnieje, gdyż pierwsze angażuje negację, a drugie nie (s. 125). Jest to przedziwne stwierdzenie. W dodatku jest ono niespójne. Nie ma negacji jeśli nic nie istnieje. Negacja jest prawem logiki. A jeśli jest prawdą, że logika istnieje, to nieprawdą jest zarazem to, że nic nie istnieje. Po drugie, stwierdzenie Woleńskiego jest po prostu arbitralne. Dlaczego zaangażowanie negacji miałoby być bardziej skomplikowane niż stwierdzenie, że coś istnieje? Stwierdzenie, że coś istnieje wprowadza jeszcze więcej komplikacji i potencjalnych bytów niż nieistnienie i jest twierdzeniem afirmatywnym. Filozofowie kłócą się na przykład o to, jak zdefiniować pojęcie istnienia (spór nierozstrzygnięty w filozofii po dziś dzień). Poza tym nie ma zagadnienia nieistnienia bez zagadnienia istnienia.


    Woleński orzeka przeciw kluczowej argumentacji filozoficznej świętego Tomasza, że z tego, iż każda rzecz materialna (i w ogóle przygodna) może istnieć i nie istnieć, nijak nie wynika to, że kiedyś nie było żadnej z tych rzeczy (s. 126). Jednak jest to chochoł. Na stronie 115 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński cytuje słowa świętego Tomasza, po których widać, jak Woleński je wypaczył. Dalej jeszcze do tego wrócę i rozwinę ten temat.


    Woleński bezpodstawnie stwierdza też w swej książce Granice niewiary, że obalił argumentację świętego Tomasza w kwestii zakazu regressus ad infinitum i dowodu z przyczynowości sprawczej (s. 126). Rzecz w tym, że Woleński niczego w tej kwestii nie obalił. W ogóle Woleński nic nie obalił. I to jest właśnie jego główny problem.


    Woleński bije też w jednym miejscu chochoła, posuwając się wręcz do jawnej manipulacji słowami świętego Tomasza. Woleński stwierdza mianowicie, że według Tomasza coś może jednocześnie być i nie być, co ma naruszać zasadę niesprzeczności (s. 126, przyp. 19). Problem w tym, że święty Tomasz nigdzie nie stwierdził, że coś może być i nie być jednocześnie. To tylko chochoł Woleńskiego. Wystarczy zresztą zajrzeć do słów samego świętego Tomasza, które Woleński nawet sam cytuje na stronie 115 Granic niewiary, aby zobaczyć, że nic takiego Tomasz nie napisał.


    Woleński arbitralnie spekulując postuluje, że możliwy jest taki świat, w którym istnieje nieskończenie wiele bytów przygodnych i nie ma w takim świecie bytu koniecznego, od którego zależą te byty przygodne (s. 127). Rzecz w tym, że jest to kolejny błąd kategorialny i nonsens. Odwołanie się do nieskończonej ilości bytów przygodnych nadal nie wyklucza tego, że kiedyś musiały one zaistnieć i kiedyś przestaną istnieć. Taka jest niezbywalna cecha bytu przygodnego. W dodatku istnienie bytu przygodnego jest zależne z definicji od bytu koniecznego. Byt ten nie ma cechy istnienia samej w sobie. A zatem jest to kolejny wewnętrznie sprzeczny pseudoargument Woleńskiego, który trafia w próżnię.


    Nie udało się wykazać nawet możliwości systemu, w którym tylko byty przygodne mogą nawzajem powodować swoje istnienie. Tym bardziej, że otwartym pozostaje pytanie o przyczynę takiego uniwersalnego systemu bytów przygodnych będących wzajemnie przyczynami swojego istnienia (por. B. Clayton, D. Kries, Dwa skrzydła. O relacji wiary z rozumem, Warszawa 2023, s. 96).


    Nie może istnieć nieskończona ilość bytów przygodnych, bo Woleński sam pisze w swej książce Granice niewiary, że Wszechświat nie jest nieskończony (s. 118). Nie może też istnieć nieskończone następstwo bytów przygodnych w czasie. Sam fakt, że musi istnieć następstwo bytów przygodnych w czasie pokazuje, że ich czas trwania jest skończony. A z nieskończonych odcinków nigdy nie ułożymy nieskończonego odcinka. One go po prostu nie pokryją.


    Nawet matematyka licealna pokazuje nam, że możemy dodawać pewne rzeczy w nieskończoność i nie otrzymamy w wyniku nieskończoności.


    Nieskończony ciąg przyczyn i przechodzenie ich z bytu na byt jest niemożliwe, ponieważ przyczynowość pierwsza nigdy nie doszłaby do ostatniej (por. L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 112).


    Jeśli byty przygodne są ograniczone i skończone w czasie, to oznacza to, że gdyby istniały od wieczności to wszystkie doszłyby już do końca i przestałyby istnieć (tamże, s. 115).


    Wykluczenie Pierwszej Przyczyny z tego aktualnego szeregu podporządkowanych przyczyn dałoby nam w rezultacie nieskończony szereg przyczyn zależnych, drugich, nie posiadających racji. Nie ma sensu brać, gdy nie ma ostatecznie tego, od kogo się otrzymuje. Pobieranie bytu z niczego stoi w niezgodzie z prawami tożsamości i z prawem niesprzeczności (por. W. Granat, Teodycea. Istnienie Boga i Jego natura, Lublin 1968, s. 126-127).


    Nieskończony szereg bytów, z których żaden nie miałby dostatecznej racji swego istnienia, jest nieracjonalny i sam w sobie sprzeczny. Szereg taki byłby równocześnie konieczny i niekonieczny, miałby i nie miałby racji swego istnienia w sobie, byłby zarazem zależny i niezależny, względny i bezwzględny, co dawałoby kolejne sprzeczności. Nieskończony szereg aktualny podważałby prawo niesprzeczności. Taki szereg jednocześnie miałby i nie miałby racji istnienia w samym sobie (tamże, s. 128-129, 139, 142).


    Taki nieskończony szereg byłby we wszystkich swych częściach przypadkowy i uwarunkowany, a jako całość byłby bezwzględnie konieczny i nieuwarunkowany, co samo sobie przeczy (tamże, s. 148).


    Jeśli byt przygodny nieuprzyczynowany istniałby równocześnie przez siebie i nie przez siebie, to byłby to wewnętrznie sprzeczny absurd (tamże, s. 139 przyp. 155).


    Nawet nieskończony szereg bytów zależnych w istnieniu, a więc ewentualna nieskończona całkowitość, nie dałby istnienia niezależnego. Szereg istniejący nie z siebie, lecz z kogoś innego, a jednocześnie wykluczający istnienie bytu, który byłby niezależny i konieczny, jest czymś sprzecznym, ponieważ byt jednocześnie byłby konieczny (istniałby bez oparcia w innym bycie) i przygodny (bo założyliśmy, że Bytu Koniecznego nie ma) (tamże, s. 144).


    Poza tym Woleński przeczy temu, co sam pisze o Wszechświecie na stronie 118 swej książki Granice niewiary, gdzie deklarował, że Wszechświat jest skończony. To, co pisze Woleński jest więc sprzeczne z fizyką. Skończony Wszechświat nie pokryje skończonymi bytami nieskończoności, ani wertykalnie, ani horyzontalnie. Zniszczalna rzecz, która nie mogłaby nigdy przestać istnieć, miałaby możliwość nie bycia zniszczalną, podczas gdy jednocześnie jest zniszczalna. Ale to jest właśnie niemożliwe i wewnętrznie sprzeczne (por. L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 110). Istniejące możliwe rzeczy w naszym Wszechświecie, gdy przemijają, zostają zastąpione przez inne rzeczy, a więc w nieograniczonym czasie byt będzie istniał. Lecz nie jest to prawdziwe gdy cofamy się do przeszłości. Ciągi skończonych okresów nie mogą się zsumować w nieskończone trwanie czasu. Mnożenie ograniczonych odcinków trwania nie może wypełnić nieskończonego czasu (tamże, s. 111, 113 i tamże przyp. 116).


„Nawet nieskończenie wiele przyczyn niekoniecznych, czyli pośrednich, jest zawsze ciągiem aktualnie skończonym i nie wyjaśnia ostatecznie faktu istnienia bytów niekoniecznych” (Z.J. Zdybicka, Drogi afirmacji Boga, w: Wprowadzenie do filozofii, Lublin 1992, s. 319).


    Woleński nie zdaje sobie sprawy z niemożliwości istnienia tak zwanej rzeczywistej nieskończoności. Odsyłam do naszego opracowania o dowodzie kosmologicznym Kalam, gdzie zagadnienie to jest szczegółowo omówione:


https://www.apologetyka.info/ateizm/o-tym-jak-ukasz-wybranczyk-nie-zdoa-obalic-dowodu-kosmologicznego-kalam-na-istnienie-boga,1617.htm


    Woleński nie zna też twierdzenia Borde’a-Gutha-Vilenkina, choć było ono już znane w momencie, w którym pisał swoją książkę Granice niewiary.


„Jednym z najważniejszych współczesnych wyników kosmologii teoretycznej jest twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina, zgodnie z którym każdy wszechświat, który uśredniając, rozszerza się w czasie, musi mieć początek. Co istotne, wniosek ten nie zależy od tego, jak dokładnie wyglądały warunki fizyczne na najwcześniejszych, kwantowych etapach istnienia wszechświata. Nawet jeśli w bardzo wczesnych momentach obowiązują egzotyczne prawa grawitacji kwantowej, twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina nadal obowiązuje. Warto podkreślić, że dotyczy to również tak zwanych modeli wiecznej inflacji. Inflacja to bardzo szybkie, wykładnicze rozszerzanie się przestrzeni, które – według niektórych hipotez – mogło zachodzić w sposób „samopodtrzymujący się”, tworząc kolejne „kieszonkowe wszechświaty” w nieskończonym procesie. Wydawało się, że taka wieczna inflacja mogłaby pozwolić uniknąć początku absolutnego. Jednak twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina pokazuje, że taki „inflacyjny” kosmos nie może trwać w nieskończoność w przeszłość. Nawet jeżeli nasz Wszechświat jest jednym z wielu i nawet jeśli nowe wszechświaty rodzą się z inflacyjnego procesu, sam proces musi mieć punkt początkowy”


https://contragentiles.pl/czytelnia/ateizm-i-naturalizm/trudnosci-i-problemy-ateizmu-i-naturalizmu/hotel-a-poczatek-wszechswiata-czesc-i/


    Woleński popełnia też nie tylko elementarne błędy teologiczne, ale wręcz logiczne, gdy próbuje nieudolnie krytykować teologię. Na stronie 132 swej książki Granice niewiary Woleński pisze, że bogowie mogą między siebie podzielić wszechmoc. Ale podzielona wszechmoc to już nie wszechmoc.


    Woleński stwierdza też, że Wszechświat mógł być równie dobrze stworzony przez wszechmocnego szatana lub kilku bogów, a może nawet Boga, ale z argumentów kosmologicznych nie wynika rzekomo, że jest to Bóg Biblii o określonych atrybutach (s. 132, 143-144). Rzecz w tym, że święty Tomasz na około dwustu stronach pierwszej księgi swej Summa contra gentiles wykluczył taką możliwość, uzasadniając, że Bóg jest Jeden i Dobry. Święty Tomasz uzasadniał to także na około stu stronach pierwszej części swej Sumy teologicznej i w innych dziełach (por. Edward Feser, Pięć dowodów na istnienie Boga, Poznań 2022, s. 273-274). Woleński polemizuje z Tomaszem z Akwinu, ale zupełnie nie zna jego argumentacji, co jest powszechne wśród ateistów. Zresztą już sam dowód, że w ogóle istnieje jakiś Bóg (niekoniecznie Bóg chrześcijan), wystarczająco obala ateizm i agnostycyzm. Pierwszy Poruszyciel świętego Tomasza i Arystotelesa wystarczająco identyfikuje się z Bogiem chrześcijańskim (por. L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 138, 140).


    Woleński deklaruje w swej książce Granice niewiary, że w argumentach Tomasza z Akwinu konkluzja o istnieniu Stworzyciela jest dana już przed jej udowodnieniem (s. 141). Jednak jest to kolejny chochoł, którego Woleński nie wykazuje. Jedynie arbitralnie to orzeka.


    Na stronie 141 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński stawia kolejnego chochoła, gdy stwierdza, że drogi świętego Tomasza muszą zakładać to, co mają udowodnić, czyli istnienie Boga. Jednak to stwierdzenie Woleńskiego jest wyjątkowo nonsensowne. Drogi świętego Tomasza zakładają pewne prawdy dedukcyjne, które prowadzą nas do uznania tezy o istnieniu Boga. Nigdzie w nich się odgórnie nie zakłada, że Bóg istnieje. Woleński manipuluje, odwracając do góry nogami kolejność wnioskowania świętego Tomasza.


    W swej książce Granice niewiary Woleński zarzuca świętemu Tomaszowi, że pomieszał rozumowanie analityczne z syntetycznym (s. 116, przyp.13). Ale w innym miejscu swej omawianej książki Woleński sam to robi, gdy miesza matematykę z twierdzeniami empirycznymi o ciągu przyczynowym (s. 119, 120). Poza tym skąd Woleński wie gdzie jest granica między rozumowaniem analitycznym i syntetycznym? Nie precyzuje tego. Skąd Woleński wie, że nie można mieszać rozumowania analitycznego z syntetycznym? Woleński nie podaje żadnej racji przemawiającej za tym. Wcześniej przyznawał, że nie ma dowodu na to, że świat jest materialny (s. 63), więc wszystkie jego twierdzenia o świecie są i tak analityczne, bez różnicy.


    Woleński stwierdza także, że czwarty i piąty dowód świętego Tomasza na istnienie Boga opiera się na przestarzałych i naiwnych wyobrażeniach przyrodniczych (s. 112, 118). Skąd Woleński to wie, skoro na stronach 72-73 i 106 swej książki Granice niewiary pisał, że nauka empiryczna nie zapewnia sukcesu poznawczego? Pełno jest sprzeczności i niekonsekwencji w wywodach Woleńskiego. Ponadto dodam, że piąty dowód świętego Tomasza jest oparty na idei celowości (teleologia). Woleński stwierdza, że to rzekomo jest przestarzałe i naiwne wyobrażenie przyrodnicze. Czyżby? Po raz kolejny Woleński popisuje się tu niczym innym jak ignorancją. Wystarczy wspomnieć o tym, że biologia systemów jest wyraźnie teleologiczna. Tak samo bionika i inżynieria odwrotna. W języku polskim ukazała się książka Marcosa Eberlina pt. Dalekowzroczność. Jak biochemia ukazuje plan i celowość życia (Warszawa 2022). Tytuł tej książki jest napisany niczym jak na zawołanie, aby wprost zaprzeczyć tezie Woleńskiego, która głosi, że celowość w biologii jest już niby przestarzałym i naiwnym wyobrażeniem przyrodniczym. Wbrew błędnemu przekonaniu Woleńskiego - teleologia z hukiem wraca do biologii, co widać choćby po wspomnianej przeze mnie biologii systemów, która wprost operuje już w paradygmacie projektu (nierozłącznie związanym z celowością), więc argument świętego Tomasza, odwołującego się do celowości w jego piątej drodze, wcale nie jest przestarzały. Opis na okładce polskiego wydaniu rzeczonej książki Marcosa Eberlina brzmi:


„Poznajcie skaczące owady wyposażone w prawdziwe koła zębate i pomysłową technologię ukrytą za potężnymi uderzeniami rawki błazna. Przyjrzyjcie się mikroskopijnym maszynom białkowym w oku ptaka, które działają niczym urządzenie GPS, ujarzmiając splątanie kwantowe. Wkroczcie do osobliwego świata roślin mięsożernych. Wspólnie ze znanym brazylijskim naukowcem, Marcosem Eberlinem, odkryjecie tysiące pomysłowych rozwiązań głównych problemów inżynieryjnych z dziedziny chemii i biologii – rozwiązań, które przeczą koncepcji ślepej ewolucji, wskazując na czynnik przypisywany wyłącznie umysłowi, czyli na dalekowzroczność”.


    Bardzo podobna pod względem argumentacji do książki Eberlina jest inna książka, zatytułowana Algorytmy zwierząt (Warszawa 2022), autorstwa Erica Cassella. Ta książka również wyszła po polsku. 


    Można mówić o celowości nawet w stosunku do nieożywionych ciał. Święty Tomasz zauważa, że ciała te działają zawsze w ten sam sposób, aby osiągnąć określony cel. Przypadek tak nie działa, gdyż w przypadku zdarzają się za każdym razem inne rzeczy (por. L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 128-129). Biliony atomów są dokładnie takie same, jak gdyby były wytworzone przez tę samą formę (tamże, s. 133 przyp. 241).


    Celowość w naturze jest widoczna najbardziej u zwierząt, które nie mogą stawiać sobie celów a mimo to je realizują (tamże, s. 128 przyp. 200 i tamże s. 132 przyp. 230). Pszczoły, termity i mrówki są doskonałym przykładem wysokiego stopnia celowego działania, które dla swojej organizacji domaga się intelektu (tamże, s. 132).


    Również rośliny działają zawsze w jednakowy sposób w regularnej formie, aby osiągnąć te same cele. Same nie narzuciły sobie tych celów, ale zrobiła to za nie natura. Wzrastające drzewo rozprzestrzenia swoje korzenie, wzmacnia swój pień i rozwija swoje listowie, aby wytworzyć owoce. Jest tu ewidentnie widoczna celowość (tamże, s. 129).


    Poszczególne współpracujące w organizmie narządy też ewidentnie zdradzają celowe i ukierunkowane działanie (tamże, s. 132).


    Wykluczenie celowego zamiaru oznacza spiętrzenie nieprawdopodobieństw (tamże, s. 134 przyp. 243).


    Nie chcę tu dalej rozwodzić się w kwestii zagadnienia celowości w przyrodzie, bo moja polemika z Woleńskim i tak już bardzo się rozrosła, więc zainteresowanych zagadnieniami celowości w ujęciu piątej drogi świętego Tomasza odsyłam do szczegółowej literatury na ten temat. Tam można odnaleźć bardzo dobre i mocne argumenty, które są wciąż w mocy. Na przykład Leo J. Elders bardzo dobrze broni argumentacji na rzecz czwartej i piątej drogi u świętego Tomasza. Piłka jest cały czas w grze i dyskusja się toczy, a zatem nikt czwartej i piątej drogi świętego Tomasza wcale nie obalił, wbrew kłamliwym insynuacjom Woleńskiego (por. L.J. Elders, Filozofia Boga. Filozoficzna teologia św. Tomasza z Akwinu, Warszawa 1992, s. 117-136).


    Na stronie 45 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński deklaruje: „Opowiadam się też za tym, by sądy traktować wyłącznie jako treści zdań, a nie jako stany rzeczy”. Interesująca opinia, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę to, że przez całą swoją omawianą w moim niniejszym tekście książkę Granice niewiary Woleński wygłasza swoje poglądy właśnie jako stany rzeczy. A jeśli nie, to po co w ogóle napisał swoją książkę? Tylko po to, żeby poinformować nas o treści swoich zdań? Mało to produktywne. Oczywiste jest to, że Woleński traktuje swoje sądy właśnie jako opisy stanów rzeczy. Znowu mamy brak konsekwencji w jego twierdzeniach. A czy stwierdzenie Woleńskiego, że sądy są wyłącznie treściami zdań, a nie stanami rzeczy, to opis stanu rzeczy czy jedynie poinformowanie nas o treści tego zdania? Tego się z omawianej książki Woleńskiego już nie dowiadujemy.


    Na stronie 58 omawianej książki Granice niewiary Woleński stwierdza o przekonaniach religijnych, że są subiektywne, ale nie obiektywne (patrz też tamże, strona 68 i 92). Skąd Woleński to wie, skoro dopiero co kilka stron wcześniej stwierdził on, że jego sądy to tylko treści zdań, a nie stany rzeczy? Czy to stwierdzenie Woleńskiego o obiektywizmie i subiektywizmie jest obiektywne, czy subiektywne? A skoro Woleński jest agnostykiem to skąd wie, że przekonania religijne nie są obiektywne? Znowu brak sensu i konsekwencji w tych wszystkich twierdzeniach Woleńskiego. Mamy tu jeden wielki bałagan i chaos. Na stronach 58-59 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński wpada w jeszcze większy bałagan i brak konsekwencji gdy stwierdza, że zawierzenie autorytetom nie pozbawia obiektywizmu przekonań tych, którzy owym autorytetom zawierzyli bez przeprowadzenia procedury weryfikacyjnej. No to jak w końcu jest? Gdy my teiści wierzymy autorytetom religijnym, to nasze przekonania są rzekomo nieobiektywne, ale gdy Woleński bez przeprowadzenia procedur weryfikacyjnych wierzy swoim autorytetom, to wtedy jego przekonania są już obiektywne? Woleński stosuje podwójne standardy i jego twierdzenia są pozbawione elementarnej konsekwencji. Na stronie 59 swej książki Granice niewiary Woleński rozpisuje się o świecie realnym. Ale skąd jako agnostyk, który odmówił sobie dostępu do wiedzy, wie co jest realne, a co nie? Znowu nie wiemy. Znowu brak konsekwencji. Odsyłam do tego co pisałem wyżej o braku jakichkolwiek podstaw do tworzenia epistemologii u ateisty, która to epistemologia mogłaby nam odróżnić to, co realne, od tego, co nierealne.


    Na stronie 62 omawianej książki Granice niewiary dowiadujemy się od Woleńskiego kilku ciekawostek historycznych odnośnie do nauki, które to ciekawostki są dobrze znane teistom, ale ateistom już nie lub rzadko. Kepler i Newton pasjonowali się odpowiednio astrologią i alchemią. Wielu alchemików przyczyniło się do rozwoju chemii, a wielu astrologów do rozwoju astronomii obserwacyjnej. Historia owych dyscyplin zwykle pokrywa to milczeniem. 


    Na stronie 65 omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że nie da się oddzielić idei filozoficznych od naukowych, ponieważ filozofia decyduje o podstawach nauki i jej rozwoju. Dedykuję to stwierdzenie wszystkim tym ateistycznym kabotynom i ignorantom, którzy przeciwstawiają naukę filozofii i deklarują, że filozofia jest zajęciem jałowym.


    Na stronach 67-68 omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że kryteria odwołujące się do empirycznej sprawdzalności nie dają się sformułować i neopozytywizm poniósł porażkę w tej kwestii. Znowu warto to zadedykować wszystkim tym ateistycznym religiantom, którzy są gorliwymi wyznawcami naukizmu i scjentyzmu.


    Na stronie 68 omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że niekiedy ma kłopoty z uchwyceniem sensu tez filozoficznych. Może jestem złośliwy, ale od siebie dodam, że to daje się zauważyć zwłaszcza wtedy, gdy Woleński polemizuje z tomistami i neotomistami.


    Na stronie 69 omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że istnieje spór odnośnie do tego, co to jest poznanie i co to jest racjonalność. Mamy więc co najmniej dwie koncepcje racjonalności, przyznaje (patrz też strona 74 omawianej książki Woleńskiego).


    Na stronie 72-73 omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, „iż empiryczna metoda naukowa nie zapewnia sukcesu poznawczego. Badacz musi więc traktować swoje wyniki jako niepewne”. Ciekawe stwierdzenie. Dedykuję je wszystkim ateistycznym wyznawcom ich fanatycznej religii naukizmu i scjentyzmu.


    Na stronie 74 omawianej książki Granice niewiary Woleński czepia się intuicjonizmu. Ale ateista w zasadzie nie dysponuje niczym więcej niż intuicjonizmem. Warto przy tej okazji dodać, że do swej intuicji odwołują się matematycy i twórcy przewrotów w fizyce. Bez intuicji nie byłoby nauki. Naukowcy często mają jedynie wiedzę intuicyjną o nauce i nie zawsze sobie to w pełni uświadamiają. Możliwe są różne formy fałszywej samoświadomości pracowników nauki. Uczeni często opierają się jedynie na intuicji, uznając coś za podstawę czegoś. Niektóre pewniki logiczne również biorą się z intuicji. Również akceptacja sądów spostrzeżeniowych i idei matematycznych może dokonać się jedynie na podstawie odczucia intuicyjnego. Nie da się odróżnić intuicji od myślenia racjonalnego. Najbardziej przełomowe ruchy naukowe inspirowały się nawet uczuciami filozoficznymi i religijnymi (teologicznymi). Henri Bergson uważał nawet, że „Intuicja doskonalej poznaje rzeczywistość niż intelekt” (Claude Tresmontant, Problem istnienia Boga, Warszawa 2001, s. 450 przypis nr 31). To wszystko jest o tyle ciekawe, że jak już wiemy, ateista wierzy, że nauka, empiria, logika i matematyka nie mają nic wspólnego z intuicją i są wiarygodnymi oraz niezależnie zweryfikowanymi dostępami do prawdy o świecie. Jednak rzeczywistość brutalnie weryfikuje te ateistyczne mrzonki, z mrzonkami Woleńskiego włącznie.


    Na stronie 74 omawianej książki Granice niewiary Woleński pyta też o to, czy istnieje jedno kryterium racjonalności i czy racjonalność ma charakter absolutny, czy relatywny? I czy w ogóle racjonalność jest wartością? Dobre pytania, wziąwszy pod uwagę zwłaszcza to, że ateiści często twierdzą, iż tylko ich światopogląd jest racjonalny. Na stronie 74-75 Woleński pisze też, że zdaniem niektórych nauka, zazwyczaj traktowana jako wzorzec racjonalności, jest jednak irracjonalna, bo opiera się na założeniach, których nie potrafi uzasadnić, a zatem wierzy w nie. A skoro wiara jest z istoty irracjonalna, to nauka też. Bardzo interesujący pogląd. Dedykuję go ponownie wszystkim ateistycznym wyznawcom scjentyzmu i naukizmu. Na stronie 75 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze też, że istnieje taki dział jak teologia racjonalna. Coraz ciekawiej.


    Jeszcze ciekawsze jest kolejne oświadczenie Woleńskiego na stronie 75 omawianej książki: „twierdzę, że nie ma jednego wzorca racjonalności. A skoro nie ma, to nie można a priori odmawiać racjonalności jakiemuś szczególnemu rodzajowi przekonań - np. przekonaniom religijnym”. Bardzo ciekawe deklaracje. Co na to wyznawcy ateistycznego „racjonalizmu”? Na stronie 76 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że do przekonań religijnych mogą być jak najbardziej zastosowane procedury logiczne.


    Na stronie 77 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że „wiedzę można określić jako uzasadnioną, prawdziwą wiarę”. Jest to dość interesujące stwierdzenie, zwłaszcza w kontekście dość dobrze znanego faktu, zgodnie z którym lwia część ateistów jak ognia boi się słowa „wiara” zastosowanego do ich przekonań i czują oni wobec terminu „wiara” wyraźnie zauważalny paniczny strach, wstręt i odrazę. Sam spotykałem takich ateistów i to bardzo często. Było to dla nich bardzo charakterystyczne i wręcz symptomatyczne. Na stronach 77-78 i 80 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze też, że w filozofii anglojęzycznej termin rational belief („racjonalna wiara”) bywa stosowany jako zamiennik pojęcia knowledge („wiedza”, patrz też strony 93-94 i 98). Na stronie 79-80 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze o potrzebie zaufania komuś lub czemuś i ma to być naturalny komponent ludzkiej kondycji psychobiologicznej. Ufność człowieka do Boga jest czymś aksjologicznie pierwotnym i zasadniczo bezwarunkowym (s. 81, patrz też s. 89 - „Każdy człowiek w coś wierzy”). Na stronie 89 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że „Trzeba w coś wierzyć, bo nie wszystko można wiedzieć”. Pisze tam też, że utrata wiary religijnej nie sprawi, że ateista w nic już nie wierzy. Co wy na to, koledzy ateiści?


    Na stronie 82 omawianej książki Granice niewiary Woleński stwierdza, że istnieją prawdy wiary, które mogą być dowiedzione. Na stronie 100 Woleński dodaje tam, że „można racjonalnie argumentować, że Bóg istnieje”. Co wy na to, koledzy ateiści?


    Na stronie 84 omawianej książki Granice niewiary Woleński czepia się o to, że filozofie religijne mogą być niejednoznaczne i rozmaicie interpretowane. Ale przecież ten problem dotyczy również filozofii ateistycznej, którą uprawia Woleński.


    Na stronie 87 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze o wierze niewierzących. Pisze też tam, że nie widzi podstaw do wyprowadzania wniosków, że ludzkich pragnień nie zaspokoi nic skończonego. Ale Woleński nawet nie rozumie, jak bardzo jest tu w błędzie w świetle nauk o biologii ewolucyjnej, którą sam respektuje jako jedyne źródło wiedzy o człowieku. Z punktu widzenia biologii ewolucyjnej poczucie szczęścia ma bowiem to do siebie, że szybko ulega zanikowi na rzecz poczucia niespełnienia. To jest efekt neuropsychiczny biorący się z ewolucyjnej konieczności zapewnienia, że po zaspokojeniu swoich potrzeb jednostka dostatecznie wcześnie zacznie przygotowywać się do kolejnego zaspokajania. Zaspokoić nie daje się bowiem z chwili na chwilę, to zawsze wymaga czasu i wysiłku. I dlatego stan trwałego szczęścia może być podtrzymywany tylko albo narkotykami, albo coraz to nowymi podnietami. O pierwszym była już mowa, to drugie jest na dłuższą metę nie do zrealizowania, bo mózg eksploduje - a raczej po prostu osiągnie nasycenie i przestanie reagować na kolejne wzrosty, popadając w końcu w depresję. Dlatego jeśli chcielibyśmy uzyskać trwałe szczęście nawet w wiecznym życiu „na tym świecie”, trzeba by było kompletnie przebudować neuropsychiczne mechanizmy poczucia szczęścia. Co z praktycznego punktu widzenia oznacza akceptację życia wciąż na haju. A więc z punktu widzenia biologii ewolucyjnej Woleński myli się, gdy twierdzi, że nie widzi podstaw do wyprowadzania wniosków, że ludzkich pragnień nie zaspokoi nic skończonego.


    Na stronie 90 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze o „wierze naturalistycznej”.


    Na stronie 93 swej książki Granice niewiary Woleński pisze, że akt wiary religijnej nie pociąga za sobą egzystencji Boga. Ale to jest tylko kolejny chochoł Woleńskiego, bo przecież żaden teista tego nie twierdzi. Woleński polemizuje tu co najwyżej sam ze sobą.


    Na stronie 100 omawianej książki Granice niewiary Woleński nagle i niespodziewanie oświadcza, że „Uzasadnienie ateizmu wymaga pokazania, że negacja istnienia Boga jest uprawniona z punktu widzenia wiedzy, w szczególności nauki”. Ale przecież wcześniej w tej samej książce Woleński wielokrotnie pisał, że nauka jest niepewna, choćby na stronach 72-73. To, co wypisuje Woleński jest niespójne i pozbawione elementarnej konsekwencji.


    Na stronie 137-139 omawianej książki Granice niewiary Woleński stawia kolejnego chochoła i zarzuca słynnemu Blaise Pascalowi, że jego argument zakłada to, co ma udowodnić, czyli istnienie Boga. Jednak argument Pascala nie jest dowodem na istnienie Boga. Pokazuje on tylko, że bardziej opłaca się wierzyć niż nie wierzyć w sytuacji, w której Bóg może istnieć. Pomijam już to, że istnienie Boga jest dużo bardziej pewne niż Jego nieistnienie, czego żaden ateista nie był w stanie nigdy nie obalić. Istnienie Boga jest wręcz dedukcyjnie pewne. W tej sytuacji Pascal nawet nie musiał dowodzić istnienia Boga, aby jego słynny zakład pozostał w mocy. Na stronie 137 omawianej książki Granice niewiary Woleński stwierdza też, że bez założenia o istnieniu Boga nie ma nawet co dyskutować o zakładzie Pascala. Otóż jak najbardziej jest o czym dyskutować, przecież nawet Woleński to właśnie zrobił i po raz kolejny zaprzeczył samemu sobie. Po raz kolejny zaprzeczył sam sobie gdy na stronie 138 i 181 znowu dyskutuje z zakładem Pascala. Na stronie 138 omawianej książki Granice niewiary Woleński ponownie zresztą zaprzecza sam sobie, gdy stwierdza, że zakład Pascala ma posmak fideistyczny. Fideizm jednak wyklucza dowodzenie. A przecież stronę wcześniej (s. 137) Woleński twierdził, że zakład Pascala ma charakter dowodzenia. No to jak to w końcu jest, panie Woleński? Zakład Pascala ma charakter dowodzenia, czy jego charakter jest jedynie fideistyczny? Widać, że Woleński nie może się zdecydować w kwalifikowaniu swoich orzeczeń i ich charakteru. Ewidentne jest tu jakieś pogubienie się u Woleńskiego.


    Na stronie 145 swej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że słuszność ma pewien argument niektórych teistów, stosowany przeciw scjentystom, którzy używają oręża nauki przeciw religii. Woleński pisze, że niektórzy teiści wymijają scjentyzm w ten sposób, że stwierdzają, iż orzeczenia nauki nie są w stanie objąć wszystkich aspektów rzeczywistości. Woleński przyznaje, że to, co istnieje, nie musi sprowadzać się jedynie do tego, co nauka może uchwycić. Brawo, Jasiu. Sam bym tego lepiej nie ujął. Dedykuję to wszystkim ateistycznym wyznawcom religii naukizmu.


    Na stronie 146 omawianej książki Woleńskiego pt. Granice niewiary polemizuje on z sofistyką non sequitur Sartre'a, który palnął bzdurę, że istnienie Boga ogranicza wolność innych, a nawet swoją własną. Woleński pisze (s. 146 i tamże przypis nr 2), że teiści wysunęli przeciw tej sofistyce Sartre'a mocne zastrzeżenia. Tak samo Woleński na stronach 148-149 swej omawianej książki Granice niewiary podważa oparty na istnieniu zła w świecie ateistyczny argument Tooleya przeciw istnieniu Boga. Woleński pisze, że formalizacja Tooleya jest wątpliwa (s. 149). Brawo, Jasiu. Widać, że Woleński przeszedł szkołę u teistów.


    Na stronie 151 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński nieoczekiwanie oświadcza, że traktuje naturę zła jako pozytywną, choćby dlatego, że pozwala uniknąć różnych absurdalnych konsekwencji. Dość nietypowe oświadczenie jak na ateistę. Ateiści bowiem z reguły oskarżają Boga o problem zła.


    Na stronie 153 omawianej książki Granice niewiary Woleński w końcu jednak stawia zarzuty o odpowiedzialność Boga za zło na świecie. Twierdzi, że skoro wszystko redukuje się ostatecznie na świecie do Boga jako przyczyny, to jest On odpowiedzialny za całe zło na świecie. Jednak nie ma tu wynikania, bowiem Bóg stworzył wszystko jako dobre. A dopiero potem zło wkroczyło na świat w wyniku określonych ludzkich wyborów. Bóg nie wpływał na te wybory i pozostał autonomiczny wobec tych wyborów. Woleński myli tu zatem kategorie. Wyjaśnię to bardziej na pewnym przykładzie. Załóżmy, że Boga nie ma i wraz ze swoim współmałżonkiem jesteś jedyną i ostateczną przyczyną zaistnienia swoich dzieci. Czy w tej sytuacji złe decyzje twoich dzieci redukują się do ciebie jako przyczyny zła? Na przykład załóżmy, że twoje dzieci dokonały przestępstwa skarbowego i zostały ukarane dużą karą finansową. Czy ty jesteś za to odpowiedzialny? Oczywiście, że nie. Gdyby tak było, że jesteś odpowiedzialny, to w tej sytuacji urząd skarbowy powinien również i ciebie pociągnąć do odpowiedzialności. Jednak tak się z jakiegoś powodu nie dzieje. Jaki to powód? Ano taki, że nawet jeśli jesteś ostateczną przyczyną zaistnienia kogoś, to nie odpowiadasz już za jego autonomiczne decyzje. Tak właśnie jest z Bogiem. Zgodnie z przekazem biblijnym (Rdz 1-3) zło, zarówno moralne, jak i naturalne, weszło na świat w wyniku decyzji pierwszych ludzi. Bóg nie jest więc odpowiedzialny za tę decyzję. Woleński myli tu kategorie i błędnie identyfikuje przyczynę zła na świecie. Jego uogólnienie jest niepoprawne. Zresztą Woleński sam stwierdza na stronach 153-154 swej omawianej książki Granice niewiary, że teista może odeprzeć jego zarzut. Woleński formułuje też zarzut, że zło na świecie jest nie do pogodzenia z miłością i sprawiedliwością Boga, a Bóg mógłby zapobiec złu (s. 153). Ale to jest typowe dla ateistów płytkie myślenie. Wystarczy wspomnieć o tym, że Bóg mógłby wyciągnąć z istnienia zła na świecie lepsze konsekwencje niż wtedy, gdyby zła na świecie nie było. Tylko ta jedna możliwość obala płytkie rozumowanie Woleńskiego. Teodycea to dość obszerne zagadnienie. Odsyłam do moich rozbudowanych opracowań na ten temat:


https://opoka.org.pl/biblioteka/T/TF/jl_cierpienie2007


https://www.apologetyka.info/ateizm/bog-a-cierpienie-teodycea-raz-jeszcze,997.htm


    Zresztą na stronie 154 omawianej książki Granice niewiary Woleński sam przytacza argumentację teistów, która obala jego zarzuty ze strony poprzedniej. Bóg udziela nam pewnych dóbr, których osiągnięcie w dłuższej perspektywie byłoby niemożliwe bez dopuszczenia zła na świecie w znacznej ilości. Bóg obdarza nas darem wolności, bez której niemożliwa byłaby prawdziwa miłość, co skutkuje jednocześnie zaistnieniem zła na świecie w innych sytuacjach. Również dopuszczenie zła naturalnego na świecie zwiększa wolność wyborów, szczególnie wartościowych, takich jak heroizm (s. 154-155). Woleński niespodziewanie oświadcza nawet w pewnym momencie: „Zgadzam się z tymi wszystkimi, którzy twierdzą, że świat bez zła byłby osobliwy, a także uniemożliwiałby rozpoznanie dobra” (s. 155). Jednak na tej samej stronie 155 Woleński stawia jednocześnie kolejnego chochoła, gdy twierdzi, że niesprawiedliwe jest to, że zło dotyka ludzi na świecie nie po równo. Problem w tym, że żaden teista nie twierdzi, że to jest właśnie sprawiedliwe. W sytuacji, w której Bóg nie jest winny takiemu obrotowi spraw, zarzucanie mu tutaj niesprawiedliwości jest nonsensem. Woleński bardziej kieruje się w tym momencie emocjami niż logiką (powszechny wśród ateistów błąd logiczny argumentum ad misericordiam). Woleński bezpodstawnie stwierdza również (s. 155), że dystrybucja zła na świecie jest nierównomierna. To kolejny bezpodstawny zarzut Woleńskiego, gdyż nie da się zmierzyć w żaden sposób zła w sposób ilościowy i skonkretyzować go tak. Ateista nie jest w stanie wykazać, że jakieś zło na świecie jest nadmiarowe i zbędne, gdyż nie można wykazać, że Bóg nie będzie w stanie obrócić każdego zła w jakieś większe dobro. Nawet my sami przy odrobinie kreatywności i otwartego umysłu jesteśmy w stanie wskazać jakieś większe dobro, które wynika dosłownie z każdego możliwego do wyobrażenia sobie zła na świecie. Nie da się też wskazać żadnej granicy, od której zło na świecie przechodziłoby z wystarczającego w nadmiarowe. Woleński stawia też zarzut (s. 155), że zło naturalne (na przykład katastrofy naturalne) pojawiło się w wyniku zła moralnego (decyzja pierwszych ludzi). Jednak jest to kolejny bezpodstawny zarzut od strony moralnej. Właśnie tak powinno być, że w wyniku decyzji moralnych ludzi konsekwencje ich wolności będą totalne w skali kosmicznej. Inaczej wolność byłaby ograniczona i pozorna. Nie można być tylko trochę w ciąży, albo się jest w ciąży, albo nie. Tak samo decyzja pierwszych ludzi mogła mieć jedynie konsekwencje totalne w skali kosmicznej. Inaczej wolność naszych wyborów i ich konsekwencje byłyby jedynie iluzoryczne. Tak więc Woleński obarcza Boga odpowiedzialnością za nadużycia ludzkiej wolności, jak to słusznie stwierdził pewien cytowany przez Woleńskiego teista (s. 156).

    Co ciekawe, Anthony Flew, najsłynniejszy ateista XX wieku nawet istnienie najbardziej okrutnych przejawów zła na świecie uważał za dające się pogodzić z istnieniem nieskończenie miłosiernego i wszechmocnego Boga (por. Ireneusz Ziemiński, w: J. Hick, Argumenty za istnieniem Boga, Kraków 1994, s. 12). A więc nie ma czegoś takiego jak „nadmiarowe zło” na świecie. Konstatacja tego ateisty jest w całkowitej kontrze do opinii Woleńskiego.


    Na stronie 157 swej książki Granice niewiary Woleński stwierdza, że nie rozumie po co jest ludzka wolność, zło moralne i naturalne. Nie dziwi mnie to ani trochę, gdyż ateiści są ateistami właśnie dlatego, że nie rozumieją religii i teizmu, czego Woleński jest tylko kolejnym smutnym przykładem. Woleński pisze, że wyjaśnienia teistów są jałowe, ale on po prostu wypiera wyjaśnienia teistów. Konsekwencje zła na świecie biorą się właśnie stąd, że człowiek odwraca się od Boga i zaczyna samemu decydować o sobie, staje się swoim własnym bogiem. Właśnie dlatego zdarzył się holokaust. Woleński nie przyjmuje tego wyjaśnienia, ale to już jest tylko problem mentalny Woleńskiego, gdyż to wyjaśnienie jest właśnie trafne. Od dawna zwracam uwagę na to, że ateista jest w stanie buntu moralnego wobec Boga. Przyczyną ateizmu nie jest brak dowodów na teizm, ale właśnie bunt moralny ateisty i efekt wyparcia (czasami ignorancja lub wszystko to na raz). Paradoksalnie, Woleński nie zauważa, że to właśnie jego i nie tylko jego ateizm jest wyjaśnieniem zła na świecie, którego Woleński tak usilnie poszukuje. Gdyby naziści żyli według zasad chrześcijańskich, to holokaust nigdy by się nie wydarzył. To jest naprawdę proste, ale dopiero wtedy, gdy ateista nie tłumi prawdy (Rz 1,21.25). Na stronie 158 omawianej książki Granice niewiary Woleński tylko potwierdza to, o czym tu przed chwilą napisałem, gdy oświadcza, że nieprzyjmowanie przez niego wyjaśnień teistycznych w kwestii zła jest właśnie przyczyną jego ateizmu. Ale wyjaśnienia leżą pod samym nosem, wystarczy je tylko wziąć pod uwagę. Na stronie 154-155 swej książki Granice niewiary Woleński dopiero co cytował Swinburne'a, który to wszystko bardzo zręcznie objaśnia z perspektywy teistycznej. Nie da się lepiej tego zrobić.


    Nie raz byłem świadkiem sytuacji, w której ateista miał jakieś wyjaśnienie tuż pod samym nosem i po prostu nie uznawał go z powodu swojego buntu moralnego wobec Boga, a nie z powodu rzeczywistych przyczyn merytorycznych lub logicznych. Dokładnie ten sam problem mamy tu z Woleńskim. Ateizm to bunt moralny wobec Boga lub w najlepszym przypadku ignorancja i brak zrozumienia (a czasem wszystko to po trochu). Reszta to już tylko preteksty i wymówki. O to tu właśnie chodzi.


    Na stronie 160 omawianej książki Granice niewiary Woleński ponownie powtarza, że prowadzi rozważania nad teologią z punktu widzenia agnostyka. Takie oświadczenie jest ponownie wewnętrznie sprzecznym oksymoronem. Agnostyk z definicji nic nie wie, więc jaki jest sens, żeby ktoś taki prowadził rozważania nad tajemnicami teologii? Nie ma w tym żadnego sensu, nawet najmniejszego. I tenże nic nie wiedzący Woleński zabiera się na tej samej stronie omawianej książki (patrz też strony 165-167) za rozważania w temacie niezmienności Boga, który jednak trochę się zmienił, gdyż Bóg stworzył świat a Syn Boży przyjął ciało. Woleński uważa, że skoro Bóg stworzył świat i zdarzyło się coś, czego nie było przedtem, to Bóg się niby jakoś zmienił (s. 160-161). Jednak znowu nie ma tu wynikania. Bóg nie jest częścią świata, jak w panteizmie, gdzie stworzenie świata zmieniłoby coś w Bogu. W Bogu żadna zmiana nie zaszła. Woleński nie rozumie tego, że idea stworzenia świata była w Bogu odwieczną ideą, Bóg zaś jest poza czasem i jest transcendentny względem świata, a zatem żadna zmiana w Nim de facto nie zaszła. Można zasadnie powiedzieć, że Bóg stwarza świat odwiecznie a Syn Boży wciela się odwiecznie, skoro jest poza czasem, a tylko dla nas jest to określony moment czasowy, ponieważ my nie jesteśmy w stanie wyrwać się z kleszczy czasu. Doznajemy więc pewnej iluzji związanej z upływem czasu, od której Bóg jest wolny. Zresztą ostatnio niektórzy fizycy też zaczynają twierdzić, że czas jest jedynie naszą iluzją (na przykład twierdzi tak fizyk Max Tegmark z z Massachusetts Institute of Technology). Woleński miesza tu przy okazji kategorie epistemiczne z ontologicznymi. Warto dodać, że akty umysłowe u Boga (z aktami stwórczymi włącznie), który jest z definicji bezcielesny i niefizyczny, w zasadzie nie implikują żadnej zmiany. Zmiana w czasie jest bowiem jedynie kategorią fizyczną, a tymczasem Bóg jest niefizyczny. Już tylko ten jeden kontrargument obala całą sofistykę Woleńskiego przeciw zmienności Boga.


    Bóg jedynie w naszej ograniczonej percepcji się zmienia. Ale jest wiecznie w tym samym akcie i działaniu. Korpuskularno-falowa natura cząstki jest tu pewna analogią. W zależności od tego, jakie pytanie zadamy przyrodzie w eksperymencie, otrzymamy odpowiedź, że cząstka jest falą lub korpuskułą. Bóg jest niezmienny. Jego pozorna zmienność to tylko nasza iluzja czasoprzestrzenna, która wynika z naszego umiejscowienia w ograniczonych kategoriach pojmowania świata fizycznego.


    Zarzut Woleńskiego, że niezmienność Boga jest rzekomo sprzeczna z Jego działaniem w czasie i historii, opiera się na nieporozumieniu dotyczącym samego pojęcia niezmienności w klasycznej teologii. Krytycy pokroju Woleńskiego zakładają, że każde realne działanie musi pociągać za sobą zmianę w podmiocie działającym, a więc że Bóg, jeśli rzeczywiście działa, musi przechodzić od stanu niedziałania do działania. Tymczasem w klasycznym teizmie niezmienność Boga nie oznacza bezczynności ani braku skuteczności, lecz to, że Bóg nie zmienia się w swojej istocie, naturze, wiedzy ani woli i nie przechodzi z możności do aktualności, jak byty stworzone. Zmiana zachodzi tylko tam, gdzie coś może być inne niż jest, a Bóg jako byt doskonały i pełny nie posiada żadnych braków, które mogłyby się aktualizować. Kluczowe jest tu rozróżnienie między zmianą w samym Bogu a zmianą w stworzeniu względem Boga: to nie Bóg się zmienia, lecz rzeczy stworzone zmieniają się w swojej relacji do Niego. Podobnie jak słońce świeci niezmiennie, a dzień i noc są skutkiem ruchu Ziemi, tak Bóg jednym, prostym i niezmiennym aktem chce całej historii świata, podczas gdy my doświadczamy skutków tego aktu kolejno w czasie. Zarzut Woleńskiego zakłada ponadto, że Bóg „zaczyna” działać, jakby istniał w czasie i reagował na kolejne wydarzenia, lecz założenie to jest nieuprawnione, ponieważ czas sam jest częścią stworzenia, a Bóg jako jego przyczyna nie istnieje w czasie, lecz w wieczności. Bóg wiecznie chce stworzenia świata, a stworzenie czasowo zaczyna istnieć, co nie oznacza żadnej zmiany w Bogu, lecz zmianę po stronie bytów stworzonych. Działanie Boga jest więc wieczne i niezmienne, natomiast jego skutki są czasowe, zmienne i historyczne. Klasyczna metafizyka ujmuje to tak, że Bóg działa nie w czasie, lecz czasowo działa to, co przez Niego jest poruszone. Nie ma tu sprzeczności, lecz różnica poziomów bytu między prostym, wiecznym aktem a wielością zmiennych skutków. Co więcej, odrzucenie niezmienności Boga prowadziłoby do poważniejszych trudności, ponieważ byt, który się zmienia, albo zmienia się na lepsze, co oznaczałoby wcześniejszy brak doskonałości, albo na gorsze, co niszczyłoby Jego doskonałość, albo zmienia się przypadkowo, co podważałoby Jego konieczność i absolutność. W świetle tego błędny zarzut Woleńskiego, że niezmienność Boga wyklucza Jego realne działanie w historii, okazuje się wynikiem projekcji kategorii właściwych bytom czasowym na byt, który z definicji przekracza czas i zmienność.


    Woleński wyjątkowo dobitnie kompromituje się na stronie 162 swej omawianej książki Granice niewiary, gdzie pisze, że ludzka i boska natura Jezusa są rzekomo „sprzeczne”. Taki „wielki logik” Woleński, który na kartach swojej książki zarzuca nas swoimi wypocinami na temat kwadratów logicznych, nie rozumie prostego zagadnienia sprzeczności, które jest przecież kategorią logiczną. Przypomnijmy zatem Woleńskiemu czym jest „sprzeczność” według logiki. W języku logiki formalnej zapisujemy ją tak:


p oraz ~p


    Taka sytuacja nie zachodzi w przypadku zdania „Jezus jest Bogiem i człowiekiem”, tak samo jak nie zachodzi taka sprzeczność w przypadku zdania: „stal jest stopem żelaza i węgla”.


    Sprzeczność mielibyśmy jedynie w sytuacji zaistnienia takiego oto zdania:


„Jezus jest Bogiem i Jezus nie jest Bogiem”


lub


„Jezus jest człowiekiem i Jezus nie jest człowiekiem”.


    Ale zdanie „Jezus jest Bogiem i człowiekiem” nie jest żadnym z tego rodzaju zdań, nie jest to więc zdanie „sprzeczne”.


    Na podobnej zasadzie zdanie „stal jest stopem żelaza i węgla” nie jest sprzeczne. Czy żelazo posiada jakieś cechy, których nie posiada węgiel i odwrotnie? Jasne, że tak. Nie wyklucza to jednak tego, że można połączyć węgiel i żelazo w stal. Tak więc również i z tego, że jedna natura Jezusa posiada jakieś cechy, których nie posiada druga natura Jezusa, nie wynika, że nie można obu tych natur połączyć. Kiedy zdanie o stali i węglu byłoby sprzeczne? Gdybyśmy powiedzieli na przykład:


„Żelazo jest węglem”


lub


„Stal jest węglem”.


    Ale zdanie „stal jest stopem żelaza i węgla” nie jest żadnym ze zdań tego rodzaju. Woleński nie rozumie po prostu, że sprzeczność logiczna może zachodzić jedynie w obszarze bezwzględnie domkniętym. W jednym i tym samym obszarze coś nie może istnieć i nie istnieć zarazem, nie może być czymś i nie być jednocześnie. Ale w przypadku Jezusa obie jego natury łączą się i zachowują zarazem swoją autonomię i odrębność, nie nachodząc na siebie. Przed połączeniem oba te obszary nie były domknięte, więc z definicji nie mogą wzajemnie wykluczać się, ponieważ nadal zachowują swoją względną autonomię i właściwości (co orzekł Sobór Chalcedoński). Tak jak na przykład dwie różne geometrie, które zachowują swoją autonomię. To takie proste. Ale nie dla Woleńskiego, jak widać.


    Stwierdzenie istnienia dwóch natur w jednym podmiocie (Jezusie) jest analogiczne do stanowiska Bohra w kwestii komplementarności modeli falowych i cząsteczkowych w odniesieniu do światła i materii. Również warto o tym wspomnieć w kontekście tego, że tacy niedouczeni ateiści jak Woleński często twierdzą, że istnienie dwóch natur w Jezusie to rzekoma sprzeczność. W Drugim Liście do Koryntian święty Paweł naucza nas, że bóg tego świata zaślepił umysły niewiernych, którzy idą na zatracenie (2 Kor 4,3-4). Jan Woleński jest w tej właśnie grupie ludzi o zaślepionych umysłach, którzy idą na zatracenie. Nie owijajmy tu w bawełnę.


    A na koniec tej sekcji pewna ciekawostka. Istnieją również logiki parakonsystentne, które nie widzą problemu w istnieniu sprzeczności i uważają ją wręcz za immanentną cechę otaczającej nas rzeczywistości. W tej sytuacji, nawet gdyby w osobie Jezusa zachodziła jakaś „sprzeczność”, to i tak nie wynikałoby z tego, że Jezus nie może istnieć jako Bóg-człowiek. W mechanice kwantowej i fizyce istnieje zresztą wiele paradoksów (na przykład cząstka może bytować w dwóch miejscach jednocześnie, a foton ma dualną naturę korpuskularno-falową) i jakoś nikt z tego powodu nie wyrzuca mechaniki kwantowej i fizyki na śmietnik. Istnieją też paradoksy i antynomie w matematyce i też jakoś nikt nie wyrzuca z tego powodu matematyki na śmietnik. Nawet w samej logice istnieją paradoksy (na przykład paradoks Hempla). Wszelkie antynomie i pozorne sprzeczności wynikają po prostu z niedoskonałości naszego języka. Nasz język nie określa jednak tego, co może istnieć, a co nie, ponieważ od dawna mamy problem filozoficzny polegający na tym, że jest przepaść nie do przeskoczenia pomiędzy językiem a rzeczywistością. Czy ze słynnego paradoksu golibrody i paradoksu ciotki wynika, że golibroda i ciotka nie mogą istnieć? Paradoks ciotki - jeżeli ciotka lubi ludzi, którzy nie lubią siebie i nie lubi ludzi lubiących siebie, to jedynym sposobem, żeby ciotka lubiła siebie jest to, żeby się nie lubiła. No i mamy paradoks. Czy z tego paradoksu jednak wynika, że taka ciotka nie może istnieć? Nie. Wynika z tego jedynie tyle, że nasz język jest ograniczony i ułomny w pewnych sytuacjach. Warto o tym wspomnieć, ponieważ niektórym ateistom wydaje się, że jeśli wykazali jakiś domniemany paradoks w cechach Boga, to ich zdaniem z tego powodu Bóg „nie istnieje”. Ale jest to tak samo głupie i infantylne rozumowanie jak to, według którego „ciotka nie może istnieć”, bo mamy paradoks ciotki. No i tyle. Nie rozwijajmy tego dalej, bo to co napisałem i tak już wykracza o lata świetlne poza horyzonty myślowe sztampowego ateisty pokroju Woleńskiego.


    Woleński palnął totalną bzdurę, gdy stwierdził w swej książce Granice niewiary (s. 162), że na mocy faktu wcielenia Jezus byłby zarazem bytem koniecznym i przygodnym, co jest niemożliwe. Woleński wyjątkowo mocno kompromituje się w tym punkcie, gdyż nie słyszał o warunkowej konieczności. Zgodnie z zasadą warunkowej konieczności. Bytem warunkowo koniecznym jest chociażby dusza ludzka lub substancje duchowe (duchy). Jak stwierdza Gerard Dogiel, znany polski tomista, „Byt warunkowo konieczny faktycznie jest bytem przygodnym [...]” (Gerard Dogiel, Metafizyka, Kraków 1992, s. 46). Woleński bagatelizuje cierpienie Jezusa na krzyżu gdy pisze w swej książce Granice niewiary, że „nie ma podstaw, by zakładać, że cierpienie Jezusa było większe niż innych ukrzyżowanych” (s. 162). Jest to jakaś kpina, bo takie założenie nie jest nikomu potrzebne. Cierpienie Jezusa na krzyżu było wystarczająco okrutne. Może gdyby Woleński doświadczył tej kaźni, zapoczątkowanej przebijaniem na żywca kości stóp i nadgarstków gwoździem, to może nie pisałby takich rzeczy. Bagatelizując kaźń Jezusa na krzyżu Woleński pisze też w swej książce Granice niewiary, że „wielu ukrzyżowanych przyjęłoby perspektywę cierpienia za obietnicę nieśmiertelności” (s. 162). No ale co z tego? Po co ta gdybanologia nie na temat? Takie spekulowanie w żaden sposób nie umniejsza zbawczej wartości cierpienia Jezusa. Tylko Jezus mógł zbawić ludzkość jako doskonały człowiek. Jezus nie robił tego dla obietnicy nieśmiertelności. Woleński ucieka od meritum w jakieś nieistotne poboczne dywagacje, co jest dość typowe dla ateistów (błąd logiczny red herring). Przy okazji warto zapytać: co Woleński zrobiłby dla zbawienia świata lub chociażby dla zbawienia kogokolwiek? Brak jakichkolwiek deklaracji z jego strony w tym temacie. Wygodnie krytykuje się i bagatelizuje cierpienie Jezusa z pozycji swojego ciepłego fotela.


    Na stronie 164 książki Granice niewiary Woleński pisze, że „przeciętne przeżycie religijne nie ma najmniejszego kłopotu z tolerowaniem stwierdzeń wzajemnie niekoherentnych” (patrz s. 165, powtórka tego zarzutu). Jednak jest to tylko pusty sofizmat Woleńskiego, bo nie uzasadnia go nawet w najmniejszym stopniu. Takich pustych obelg w stosunku do teistów znajdziemy u Woleńskiego pełno. Typowy ateista.


    Na stronie 166 swej książki Granice niewiary Woleński ponownie powołuje się na „logikę” w swej erystyce przeciw teizmowi. Jednak problem polega na tym, o czym już pisałem, że w świecie ateisty żadna logika nie może istnieć. Dla ateisty mózg jest jedynie zbiorem reakcji elektrochemicznych, a logika nie istnieje nigdzie poza tym mózgiem. Stwierdzenie, że logika jest jedynie wynikiem reakcji elektrochemicznych jest nonsensem, gdyż reakcje elektrochemiczne nie są ani logiczne, ani nielogiczne. Takim samym nonsensem byłoby na przykład stwierdzenie, że iskrzenie na stykach akumulatora lub baterii jest logiczne lub nielogiczne.


    Możesz napisać na ekranie swojego komputera prawda lub fałsz, p lub nie p. Ale będą to tylko pozbawione znaczenia znaczki, wyniki impulsów elektrycznych w procesorze, tak jak wtedy, gdy napiszesz na swoim komputerze lub smartfonie, że prawdą jest, iż 2+2=5. Dokładnie tak samo wygląda sprawa logiki w świecie ateisty. Jest ona pozbawionym znaczenia ciągiem znaczków jedynie o wartości umownej, czyli żadnej, tak jak żadnej wartości nie ma angielska zasada umowna lewostronnego ruchu, gdy jesteś w Polsce. Zawsze mnie rozbawiało to, że ateista przy pomocy swego ograniczonego rozumu próbuje pojąć i krytykować nieskończonego Boga. A gdy Go w końcu nie pojmie, to wtedy stwierdza, że coś mu się nie zgadza.


    Na stronie 167 omawianej książki Granice niewiary Woleński bezpodstawnie deklaruje, że Bóg jako istota niefizyczna „nie implikuje niezmienności”. Otóż jak najbardziej implikuje, kolego Woleński, gdyż zmienność jest kategorią fizyczną, Bóg zaś jest niefizyczny. Woleński ponownie wypiera fakty, które ma pod samym nosem. Na tym właśnie polega ateizm. Na stronie 167 omawianej książki Woleńskiego mamy całą masę innych non sequiturów i bezzasadnych stwierdzeń.


    Na stronie 168 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński stawia absurdalny zarzut, że na krzyżu nie cierpiały wszystkie trzy osoby Trójcy jednocześnie. Jednak jest to ponowny chochoł. No bo po co miałyby cierpieć trzy osoby Trójcy, skoro w czasie gdy Jezus cierpiał, cierpiał również Bóg Ojciec? Oczywiście mówiąc o cierpieniu Boga Ojca mówię o cierpieniu duchowym (według teologii współcierpienie Ojca z Synem jest procesem odwiecznym). Można to rozciągnąć również na Ducha Świętego. Zresztą Woleński na tej samej stronie 168 przytacza wypowiedź Karola Wojtyły, który również to stwierdza i w ten sposób obala wywody Woleńskiego w tej materii.


    Na stronie 169 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński czepia się języka teologicznego, który czasami podkreśla ograniczoność pojmowania kategorii nadprzyrodzonych. Woleński pisze, że wypowiedzi teologiczne nie dają się zinterpretować w „normalnym” języku. Mamy tu do czynienia z językiem przybliżonym, w jakiś sposób symbolicznym. Co to jest w ogóle za zarzut? Dziwny jest ten zarzut, jak na kogoś, kto deklaruje się jako pasjonat filozofii nauki. Woleński chyba zapomniał, że nawet język nauki nie jest „normalny”, choć rzeczywistość fizyczna jest mniej skomplikowana niż rzeczywistość nadprzyrodzona, w przypadku której mamy do czynienia z nieskończonym charakterem Bożej natury i wieloma tajemnicami. Zresztą na stronie 172 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński nagle niespodziewanie orzeka, że ludzki umysł jest rzeczywiście ograniczony w próbie pojmowania nieskończonych tajemnic teologicznych, które są „niepojęte dla ducha skończonego i jego ograniczonej wiedzy”. O co więc właściwie Woleńskiemu chodzi? On sam chyba nawet nie wie. Mamy tu zdaje się do czynienia z jakąś tajemnicą. Ciekaw jestem czy Woleński słyszał od fizyków o zasadzie superpozycji, zgodnie z którą elektron może być w dwóch miejscach jednocześnie lub przechodzić przez dwie szczeliny jednocześnie. Takie eksperymenty w fizyce są i na to wskazują. Czy Woleński nie uważa tego za tajemnicę, skoro nie czepia się już o to fizyków? Tak się złożyło, że Woleński postanowił się przyczepić jedynie do teologów. A wracając jeszcze do enigmatycznego momentami języka teologii, to może warto przypomnieć Woleńskiemu, bo najwyraźniej o tym zapomniał, jakim to „normalnym” językiem posługuje się choćby fizyka kwantowa. Oto próbka „normalnego” języka z książki pewnego fizyka, w posiadanie której udało mi się wejść swego czasu:


„Niestety dziesięciowymiarowa teoria superstrun roszcząca sobie pretensję do miana najlepszej spośród istniejących modeli strunowych jest precyzyjnie zdefiniowana, ogólnie rzecz biorąc, jedynie na poziomie drzewowym i w jednej pętli. Poczynając od poprawek dwupętlowych do amplitudy rozpraszania, wszystkie wyrażenia w perturbacyjnej teorii superstrun, nie są w istocie zdefiniowane. Powodem jest dobrze znany problem dotyczący supergeometrii, albo całkowania po „superpartnerach”, modułów struktury zespolonej. W przeciwieństwie do przypadku bozonowego, gdzie miara całkowania ustalona jest przez twierdzenie Belavina-Knizhnika, definicja miary cechowania po supermodułach (czy, bardziej precyzyjnie, nieparzystych modułach struktur superzespolonych) stanowi po dziś dzień nierozwiązany problem [...]. Przestrzenie modułów struktur zespolonych powierzchni Riemanna są niezwarte, a całkowanie po takich przestrzeniach wymaga szczególnej uwagi i dodatkowych definicji. W przypadku bozonowym, kiedy całki po przestrzeni modułów są rozbieżne, wynik całkowania w [...] określony jest jedynie z dokładnością do pewnych „członów brzegowych” (wkładów od zdegenerowanych powierzchni Riemanna, czy powierzchni o niższych genusach (z mniejszą liczbą „rączek”)). W przypadku supersymetrycznym natykamy się na poważniejsze problemy, ponieważ nawet pojęcie „brzegu przestrzeni modułów” nie jest dobrze zdefiniowane. W istocie całkowanie po nieparzystych zmiennych grassmannowskich „nie wie”, czym jest człon brzegowy. Oto podstawowy powód, dlaczego miara całkowania w strunie fermionowej nie jest dobrze określona i zależy od „wyboru cechowania” albo konkretnego wyboru „modów zerowych” w działaniu [...]. W przypadku dwóch pętli problem ten może być rozwiązany „empirycznie” [...], ale w ogólnym przypadku supersymetryczna teoria perturbacyjna nie jest matematycznie dobrze określona. Co więcej, nie jest to problem formalizmu; ta sama trudność pojawia się w mniej geometrycznym podejściu Greena i Schwarza [...].


Jeśli chodzi o moją pracę na temat skończoności n-pętlowych amplitud strunowych, chciałby na początku zauważyć, że rozbieżności mogą pojawić się tylko tam, gdzie przestrzeń modułów się degeneruje. Badałem miejsca degeneracji związane z rozbieżnościami,,dylatonowymi”, na których koncentrują się teoretycy strun. Pokazałem, że rozumowanie zastosowane poprzednio do amplitud jednopętlowych może zostać rozszerzone na przypadek amplitud n-pętlowych, jak również, że związane z tym niejednoznaczności w określeniu konturu całkowania po parzystych supermodułach mogą być rozwiązane za pomocą jednoznacznej procedury, zgodnej z unitarnością. Zgadzam się, że nie stanowi to matematycznie pełnego dowodu skończoności, ale sądzę, że rozprawia się z problemami fizycznymi, które mogą prowadzić do nieskończoności. Nie rozważałem innych źródeł nieskończoności, znanych od wczesnych dni modeli dualnych, mianowicie użycia urojonego czasu. Czynnik exp(iEt), gdzie E jest różnicą między chwilową a początkową energią, może oczywiście okazać się rozbieżny, jeśli całkuje się go po urojonym czasie. Fizycznie wierzy się, że takie nieskończoności mogą zostać wyeliminowane za pomocą analitycznego przedłużenia do rzeczywistego czasu. Zostało to pokazane jawnie w przypadku zero- i jednopętlowych amplitud, i pokazano również, że przedłużenie analityczne prowadzące do skończoności może być zdefiniowane dla amplitud dwupętlowych” (cyt. za Lee Smolin, Kłopoty z fizyką. Powstanie i rozkwit teorii strun, upadek nauki i co dalej, Warszawa 2008, s. 283 przypis nr 14 i s. 285 przypis nr 15).


    Ciekaw jestem czy Woleński uznałby taki język za „normalny”. A przecież mamy tu do czynienia z rzeczywistością fizyczną, która ustępuje pod względem skomplikowania przed tajemnicami nadprzyrodzonymi, którymi zajmuje się teologia na miarę swoich pojęciowych możliwości. Skoro Woleński ma rzekomo taki problem z tajemniczością języka teologicznego, to można by go w zasadzie zapytać o to, jaką widzi różnicę pomiędzy tajemnicą Trójcy Świętej a takimi enigmatycznymi zagadnieniami współczesnej fizyki jak zamknięte czasoprzestrzenie, horyzonty zdarzeń i korelacji, modele bootstrapowe czy rozmaitości Calabi-Yau.


    Na stronach 171-172 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński czepia się wiedzy Jezusa ziemskiego. Woleński stwierdza, że płyną z tego „wnioski wzajemnie niezgodne” (s. 172). Jednak jest to tylko pusta deklaracja Woleńskiego. Żadnej „niezgodności” tu nie wykazał. Jedynie ją bezpodstawnie zadeklarował. Woleński nie rozumie idei kenozy, o której wspominał już wyraźnie święty Paweł w Flp 2,8. Słabo.


    Na stronie 172 swojej książki Granice niewiary Woleński stawia kolejnego chochoła, gdy stwierdza, że „teologiczne wyjaśnienie takiego lub innego faktu przez odwołanie się do tajemnicy zakłada to, co ma uzasadnić” (patrz też tamże, s. 201-202). Że co? Mamy tu istne pomieszanie z poplątaniem u Woleńskiego. Po pierwsze, odwoływanie się do tajemnicy przez teologów nie jest „wyjaśnianiem”. Teolog podkreśla tu po prostu ograniczoność naszej wiedzy. Jest to pokorne przyznanie się do swej niewiedzy w jakiejś kwestii. Co ciekawe zauważyłem, że ateiści czynią z tego cnotę, gdy oświadczają, że czegoś nie wiedzą. Gdy czyni tak teolog, wtedy ze strony ateistów pada zarzut. Widać tu bardzo wyraźnie podwójne standardy, dwójmyślenie, dwulicowość i hipokryzję u ateistów. Po drugie, nie ma tu żadnego zakładania tego, co ma się uzasadnić. Odwoływanie się do tajemnicy nie jest żadnym „uzasadnianiem”, ani nawet „zakładaniem”. Woleńskiemu znowu wszystko się poplątało, albo po prostu chocholi po raz kolejny. Woleński jest bardzo niechlujny w swych wnioskowaniach. Trochę kiepsko jak na kogoś, kto pozuje na tytana logiki i zarzuca czytelnika kwadratami logicznymi w pierwszych partiach swej książki Granice niewiary. To chyba po to, żeby tylko uśpić czujność czytelnika, bo jest to w zasadzie akurat zbędne w dość rozmytych kwestiach filozoficznych, gdzie przesłanki często są sporne i nie tak jednoznaczne, jak choćby w matematyce.


    Na stronie 173 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński przechwala się, że odrzuca perspektywę teologiczną. Jednak nie znajdujemy ani jednego powodu w całej książce Woleńskiego, z którego wynikałoby, że ma jakieś uzasadnienie dla tego stanowiska. Dowodu na nieistnienie Boga Woleński nie ma. Co gorsza, deklaruje się on jako agnostyk (na przykład na stronie 192 swej książki Granice niewiary, gdzie deklaruje się również jako ateista), więc tym bardziej nie ma żadnych uzasadnionych powodów, aby cokolwiek odrzucić.


    Na stronie 176 swej książki Granice niewiary Woleński cytuje bez komentowania pewną wypowiedź, w której czytamy o tym, że nie można przeprowadzić wyraźnej granicy między tym, co przednaukowe i naukowe. Z kolei na stronie 177 omawianej książki Woleńskiego czytamy o tym, że z nauką mamy do czynienia nie tylko tam, gdzie chodzi o badanie faktów dostępnych eksperymentalnej weryfikacji. Otóż to. Dedykuję to wszystkim ateistycznym wyznawcom religii naukizmu.


    Na stronie 179 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński deklaruje, że istnieje nieusuwalny brak zgody pomiędzy teologiem a agnostykiem. Jednak każdy teolog, który staje w obliczu jakiejś tajemnicy Bożej, też staje się wtedy agnostykiem. Istnieje nawet pojęcie chrześcijańskiego agnostycyzmu. Nie żebym to pochwalał, ale już sam fakt istnienia takich ludzi obala twierdzenie Woleńskiego. Zresztą skąd Woleński to wszystko wie, skoro jest agnostykiem? Brak spójności w twierdzeniach Woleńskiego jest notoryczny.


    Na stronie 181 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński oświadcza, że „poczucia nie są argumentami”. Dość interesujące stwierdzenie, w kontekście faktu, że niemal przez całą swą książkę Woleński nie przedstawia nam nic poza swoimi przeczuciami. Nawet wtedy gdy pisze o logice, gdyż jak uzasadniałem to już wyżej, z punktu widzenia ateisty logika nie jest niczym więcej, jak tylko przeczuciem. W ateistycznym świecie umocowania dla logiki po prostu brak. W tej kwestii pozostają jedynie przeczucia.


    Na stronie 183 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński popełnia typowy dla ateistów banalny błąd logiczny argumentum ad ignorantiam, gdy stwierdza, że dopóki nie zostało dedukcyjnie lub empirycznie wykazane, że Bóg istnieje, to oponent ma prawo przyjąć, że Bóg nie istnieje. Ale wnioskowanie z braku dowodu na jakąś tezę, że słuszna jest teza przeciwna, nie jest niczym innym jak właśnie popełnianiem błędu logicznego argumentum ad ignorantiam. Trochę to dziwne, że w pierwszej połowie swej książki Woleński popisuje się przed czytelnikiem różnymi operacjami logicznymi, aż tu nagle popełnia taki trywialny błąd logiczny. Słabe to.


    Jakby w specjalnym komentarzu do popełnionego tu błędu logicznego przez Woleńskiego znany metodolog nauki Jan Such pisał: „Jeżeli czegoś nie możemy zaobserwować, to stąd nie wynika, że to coś nie istnieje [...]. Jest to słuszne o tyle, że nigdy nie można dowieść, że coś (w ogóle) nie istnieje: uniwersalne sądy egzystencjalne negatywne nie są dowodliwe [...] nie jest tak, że obalenie dowodu danego twierdzenia stanowi obalenie samego tego twierdzenia” (Jan Such, Czy istnieje experimentum crucis? Problemy sprawdzania praw i teorii naukowych. Studium metodologiczne, Warszawa 1975, s. 494, 509).


    Na tej samej stronie 183 omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze też, że można wykazać, iż Bóg nie istnieje i dowody w tej kwestii mogą być poprawne (patrz też strona 201 omawianej książki Woleńskiego, gdzie pisze on, że ateizm to „pogląd dowodzący nieistnienia Boga”). Ciekaw jestem jak Woleński niby wyobraża sobie wykazywanie, że Bóg nie istnieje, skoro taki dowód wymaga wszechwiedzy o całym Wszechświecie i zarazem wszechobecności. Na nic zdadzą się tutaj utyskiwania ateistów, że wystarczą jakieś argumenty lub dowody o ograniczonym zasięgu w tej materii. Nie wystarczą, gdyż ateista nie potrafi uzasadnić poprawności działania swych zmysłów i rozumu choćby w jednej kwestii, bez popadania w błędne koło lub regres do nieskończoności. Ateista nie posiada bowiem żadnego gwaranta dla swego rozumu i zmysłów. Z pomocą przychodzi nam tu apologetyka presupozycyjna, której zarzuty odnośnie do zagadnienia prawomocności rozumowania i percepcji u ateistów nigdy nie zostały odparte.


    Zresztą na stronie 186 i 199 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński już zapomniał co pisał na stronie 183 i nagle stwierdza w kontrze do samego siebie, że prawomocność ateizmu nie wyklucza prawomocności teizmu, który nie jest falsyfikowalny. Czyli dla Woleńskiego teizm jest raz falsyfikowalny a za chwilę już nie. Wszystko zależy od tego, na której akurat stronie jego książki się znajdujemy i od tego, co Woleńskiemu jest akurat w danej chwili potrzebne stwierdzić. Może to być cokolwiek. I tak w kółko obracamy się w tym kręgu wzajemnie wykluczających się stwierdzeń u Woleńskiego.


    Na stronie 184 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński stwierdza, że może wykazać, iż największa liczba naturalna nie istnieje. Jak Woleński niby miałby to wykazać, biorąc pod uwagę to, że ateista nie ma skąd wziąć epistemologii? Bardzo jestem ciekaw. Znowu kłania się apologetyka presupozycyjna. Jak agnostyk Woleński, który z definicji neguje poznanie, miałby cokolwiek wykazać? Po chwili na tej samej stronie 184 Woleński stwierdza, że gdy przyjmiemy klasyczną definicję prawdy to nie udowodnimy ani istnienia, ani nieistnienia takiej lub innej liczby. No to Woleński ma problem, bo tylko na gruncie klasycznej definicji prawdy możemy cokolwiek udowodnić niezależnie od naszych przekonań.


    Na stronie 185 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński znowu zaprzecza sam sobie, gdy stwierdza w kontrze do teizmu, że poprawność formalna to za mało, abyśmy mogli orzec o prawdziwości konkluzji. Wymagana do tego jest jeszcze poprawność materialna, czyli niezależne stwierdzenie prawdziwości przesłanek. Jednak zaledwie stronę obok (s. 184) Woleński pisał, że byłby w stanie wykazać zaledwie formalnie nieistnienie jakiejś liczby w matematyce (czemu zresztą zaprzeczył zaledwie kilka linijek dalej na tej samej stronie). Skoro już Woleński pisze o prawdziwości materialnej i ustalaniu prawdziwości przesłanek, to zastanawiam się, jak to niby zrobi, jako agnostyk, którym to terminem co chwila określa się w swej książce? Jak agnostyk, czyli ktoś, kto w zasadzie odmawia racji idei poznania czegokolwiek, ustala zarazem prawdziwość czegokolwiek? Tego się od Woleńskiego już oczywiście nie dowiadujemy.


     Na stronie 189 swej książki Granice niewiary Woleński nagle nieoczekiwanie stwierdza, że nie odmawia wartości naukowej dociekaniom teologów i starożytnych filozofów, którzy rozprawiają o świecie. Dedykuję to tak licznym ateistycznym wyznawcom religii scjentystycznego naukizmu, którzy w żadnym wypadku nie chcą przyznać statusu naukowego teologii i filozofii. A zapewniam, że wielu jest takich. Woleński pisze też, że teologia jest niezwykle bogata pod względem problemowym i wielowymiarowo usystematyzowana. Zauważa, że w każdym krakowskim antykwariacie jest więcej książek teologicznych niż filozoficznych (s. 189). Woleński dochodzi zatem do wniosku, że „książkowa produkcja teologiczna jest znaczniejsza niż w większości działów humanistyki” (s. 190).


    Na stronie 190-191 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński czepia się teologów o to, że istnieją pomiędzy nimi różnice zdań (s. 190). No i co z tego. Różnice zdań istnieją też pomiędzy naukowcami, nawet fizykami i biologami. Czemu to już Woleńskiemu nie przeszkadza? Na stronie 190 Woleński dalej pisze, że istnieją różnice między takimi działami teologii jak teologia moralna, fundamentalna i trynitarna. Ale przecież to są działy teologii, które dotyczą zupełnie odrębnych zagadnień, niezazębiających się ze sobą. Woleński po prostu nie rozumie o czym pisze. To tak jakby ktoś czepiał się o to, że tak różne od siebie działy jak fizyka kwantowa i astrofizyka odnoszą się do zupełnie różnych obszarów rzeczywistości. Co więcej, nawet w obrębie jednej dziedziny fizyki potrafimy mieć duże różnice zdań, jeśli nawet nie sprzeczności. Istnieje na przykład co najmniej 14 niezgodnych między sobą interpretacji mechaniki kwantowej. Na stronie 191 i 192 swej książki Granice niewiary Woleński pisze, że sytuacja w teologii przypomina mu sytuację w filozofii, a wręcz teologia i filozofia mają wspólne pole przedmiotowe, po czym nieoczekiwanie oświadcza, że skoro traktujemy filozofię jako naukę w sensie akademickim, to nie ma powodu, żebyśmy odmawiali tego teologii. Jednak zaledwie kilka stron dalej, bo już na stronie 198, Woleński odmawia teologii miana nauki. Szybko zapomniał co pisał, wystarczyło zaledwie 8 stron odległości. Takie sprzeczności i niekonsekwencje znajdujemy u Woleńskiego co chwila. Jest bardzo pogubiony i w zasadzie sam nie wie o co mu chodzi i czego chce. A więc skąd czytelnik ma to wiedzieć?


    Na stronie 191-192 swej książki Granice niewiary Woleński pisze, że ciekawi go co teologowie sądzą na temat jego dociekań. Właśnie na to pragnienie Woleńskiego odpowiadam niniejszym tekstem.


    Na stronie 195 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że nie tylko to, co jest eksperymentalnie weryfikowalne powinno być uznawane za naukowe. Woleński pisze: „nauka nie wyczerpuje się w przypadkach podległych eksperymentalnej weryfikacji” (s. 195). Następnie Woleński dodaje, że „Nie wszystkie nauki świeckie operują eksperymentalną weryfikacją. Czy dowód matematyczny jest czymś takim? Czy historyk literatury analizujący balladę romantyczną pracuje eksperymentalnie?” (s. 195). Dedykuję te oświadczenia Woleńskiego wszystkim ateistycznym fanom naukizmu i religii scjentystycznej, która nie uznaje nic poza weryfikacją eksperymentalną.


    Na stronie 199 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że „tezy teologiczne nie są falsyfikowalne”. Jednak znowu Woleński zapomniał co napisał niecałe dwadzieścia stron wcześniej, gdy pisał, że można udowodnić nieistnienie Boga (s. 183). A więc twierdził wtedy, że tezy teologiczne są jak najbardziej falsyfikowalne, gdyż teza o istnieniu Boga jest fundamentalną tezą teologii. A więc raz Woleński stwierdza, że tezy teologiczne są niefalsyfikowalne, a kiedy indziej stwierdza, że tezy teologiczne są falsyfikowalne. O co właściwie chodzi Woleńskiemu? Nikt nie wie, podejrzewam, że z samym Woleńskim włącznie. Ma on kilka sprzecznych ze sobą „prawd” na każdą okazję, w zależności od doraźnego zapotrzebowania. Witajcie w ateizmie.


    Na tej samej stronie 199 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że „nie można wyprowadzać wniosków na temat świata danego empirycznie z tezy o istnieniu Boga i na odwrót”. Po czym w zdaniu następnym Woleński dodaje, że teologia nie jest nawet wiedzą (patrz też tamże, s. 200-201). A skąd Woleński to wszystko niby wie, co można lub nie można? Nie wiemy. To są tylko arbitralne dogmaty Woleńskiego, na poparcie których nie daje on nam dosłownie niczego poza swoim subiektywnym widzimisię. Jeśli Woleński jest agnostykiem, jak często deklaruje w swej omawianej tutaj szeroko książce (na przykład na stronie 192), to skąd on wie co to jest w ogóle „wiedza”, skoro agnostycyzm z definicji odmawia sobie prawa do wiedzy? Brak tu jakiejkolwiek spójności w twierdzeniach Woleńskiego. Mamy tu ponadto wciąż powracający niczym bumerang problem z brakiem jakichkolwiek podstaw do epistemologii u ateisty, na co tak silny nacisk kładzie apologetyka presupozycyjna. W ateizmie z zasady nie jest możliwa jakakolwiek wiedza. Pisałem o tym wystarczająco dużo już wyżej, gdzie odsyłam czytelników. Tym bardziej więc w świetle tego co najmniej dziwnie wyglądają deklaracje Woleńskiego, w których przeciwstawia on wiedzę teologii. Woleński nie ma żadnych podstaw do takich twierdzeń, tym bardziej nie dziwi więc fakt, że takich podstaw on nie przedstawia.


    Na stronie 200 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że Bóg wraz ze swoim dziełem stworzenia nie podlega możliwości weryfikacji empirycznej i procedurom sprawdzającym, „bo jest to region bytu, w którym Bóg nie może być doświadczony”. Jednak Woleński znowu popada tu w typowy dla ateistów negacjonizm i efekt wyparcia. Mamy wiele obszarów, w których możemy doświadczać śladów działania Boga i przy pomocy odpowiednich procedur wnioskowania i weryfikacji dochodzić do zasadnych konkluzji o Jego istnieniu. Mamy na przykład cuda eucharystyczne, poświadczone medycznie przypadki uzdrowień w Lourdes, potwierdzone przez specjalnie do tego powołaną komisję lekarską. Mamy też wyraźnie widoczny projekt w przyrodzie, zwłaszcza w biologii (maszyny molekularne, kod DNA, systemy naprawcze komórek, silnik bakteryjny etcetera). Jezus Chrystus wkroczył w historię ludzkości i była to interwencja świata nadprzyrodzonego w nasze życie. Można to badać i wnioskować o tym przy pomocy metody historycznej. Nieprawdę pisze więc Woleński, że Bóg nie może być doświadczony. Czy Sokrates lub Platon mogą być dziś przez nas doświadczani, choć nie mamy ich w bezpośrednim zasięgu? Jak najbardziej tak. Możemy zasadnie wnioskować o skutkach działań tych osób. Tak samo jest z Bogiem. Woleński znowu zapomniał co pisał zaledwie kilka stron wcześniej. Na stronie 195 pisał, że „nauka nie wyczerpuje się w przypadkach podległych eksperymentalnej weryfikacji”. No ale kiedy dochodzi do sytuacji, w której mówimy o Bogu, wtedy już Woleński tendencyjnie zawęża wymogi do doświadczenia, czyli właśnie eksperymentalnej weryfikacji. Znowu widać pogubienie się u Woleńskiego i całkowity brak konsekwencji w jego wywodach.


    Na stronie 201 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński zarzuca teologii „niewspółmierność” językową i logiczną. Zarzutu tego Woleński jednak nie uzasadnia - takie rzucanie słów na wiatr jest u niego co chwila. Zaś co do „logiki” to przypominam to, o czym pisałem już wielokrotnie wyżej, a mianowicie w światopoglądzie ateisty żadna logika możliwa nie jest, gdyż u ateisty można ją sprowadzić jedynie do reakcji elektrochemicznych w mózgu, które nie posiadają żadnej reprezentacji i odniesienia istniejącego poza tymi reakcjami.


    Na stronie 201 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że „teistyczną hipotezę wyjaśniającą porządek świata można zastąpić wieloma innymi, w tym całkowicie z nią niezgodnymi”. Jakimi niby „wieloma innymi” hipotezami można zastąpić „hipotezę” teistyczną? Założę się o co chcecie, że Woleński - jak każdy znany mi ateista - ma tu na myśli bajeczkę darwinowską, na którą nie tylko nie ma żadnych dowodów, ale która jest kompletnym nonsensem, co stwierdzają już nawet co bardziej uczciwi biolodzy (na przykład nieteista Michael Denton). Więcej na ten temat pisałem w tekstach, które można znaleźć pod tym oto zbiorczym tagiem:


https://www.apologetyka.info/tag/teoria%20ewolucji/


    A może Woleński ma tu na myśli hipotezę materializmu i naturalizmu ateistycznego? Jeszcze lepiej. Te dwa są wewnętrznie sprzeczne i samowywrotne, co wykazałem już dawno temu tutaj:


https://www.apologetyka.info/ateizm/ateistyczny-naturalizm-polemika,1018.htm


https://www.apologetyka.info/ateizm/materializm-ateistyczny-polemika,1009.htm


    Prawda jest taka, że ateista, z Woleńskim włącznie, nie jest w stanie zastąpić niczym sensownym teistycznego wyjaśnienia porządku świata. Jedyne co tacy ateiści jak Woleński mogą tu zaproponować to wewnętrznie sprzeczne absurdyzmy różnego rodzaju. Już sam używany przez Woleńskiego termin „wyjaśnienie porządku świata” jest absurdalny z ateistycznego punktu widzenia, ponieważ z ateizmu nie wynika żaden porządek. Z punktu widzenia ateizmu we Wszechświecie nie istnieje żaden racjonalny projektant, co oznacza, że powinniśmy doświadczać samego chaosu i w ogóle powinno nas tutaj nie być. Zgodnie z darwinowską bajeczką wytworzyły nas niby nieukierunkowane i ślepe procesy, co nie tylko jest piramidalnym nonsensem, ale wręcz z definicji neguje jakiekolwiek tworzenie czegokolwiek. Chaos i ślepe procesy nie są w stanie wytworzyć niczego, choćby dysponowały niezliczoną ilością czasu. To jest po prostu totalna bzdura, w którą może uwierzyć jedynie ateista.


    Na stronie 201 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje też, że ateizm jest możliwy do zaakceptowania, ale tylko pod warunkiem, że istnieje to, co da się potwierdzić metodami naukowymi lub wyrazić w języku nauki. Po chwili jednak Woleński przyznaje, że teista ma rację gdy neguje takie rozumowanie (s. 201). Na następnej stronie Woleński nawet dodaje, że ateizm może być naukowy co najwyżej w takim sensie jak teizm (s. 202). Dedykuję to wszystkim ateistycznym wyznawcom naukizmu i scjentyzmu.


    Na stronie 202 swej książki Granice niewiary Woleński oświadcza, że nie wiemy czy Bóg nie istnieje, choć wcześniej w tej samej książce twierdził, że możemy udowodnić, że Bóg nie istnieje (s. 183). Woleński oświadcza też, że przyjmuje racjonalność naukową za wyróżnioną (s. 202). A na jakiej podstawie? Znowu się nie dowiadujemy. Wygląda to co najwyżej na arbitralne wyznanie wiary Woleńskiego. Na tej samej stronie 202 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński oświadcza też, że według niego nie tylko nie ma poprawnego uzasadnienia dla teizmu, ale go być nie może. No cóż, jest to kolejne bezpodstawne wyznanie wiary Woleńskiego, a przy okazji efekt wyparcia, gdyż istnieje wiele bardzo dobrych uzasadnień dla teizmu, co Woleński zresztą sam wcześniej w tej samej książce przyznawał (ale najwidoczniej znowu zapomniał), kiedy pisał, że można „racjonalnie argumentować, że Bóg istnieje” (s. 100). Znowu Woleński sam sobie zaprzecza w obrębie zaledwie jednego i tego samego tekstu.


    Na stronie 203 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński oświadcza, że wierzy w to, iż Bóg nie istnieje, aczkolwiek w żadnej mierze tego nie wie. Oto wiara ateisty w pełnej krasie.


    Ciekawa sytuacja zachodzi na stronie 204 omawianej książki Granice niewiary Woleńskiego. Pisze on tam: „Wszelako agnostycyzm, którego bronię, musi przyznać, że jest prawomocny jedynie w granicach swojego założenia o racjonalności. Nie można wykluczyć, że teza teistyczna (w szerokim sensie) jest prawdziwa”. Dziwne to stwierdzenie, wziąwszy pod uwagę fakt, że Woleński zakłada tu swoją racjonalność. A dopiero co cztery strony wcześniej krytykował teistów za to, że rzekomo zakładają prawdziwość Objawienia i ma to być rzekomo błąd logiczny petitio principii (s. 200). Pomijając już to, że jest to tylko kolejny chochoł Woleńskiego, bo teiści wcale nie zakładają apriorycznie prawdziwości Objawienia (jest to u teistów chrześcijańskich jedynie wniosek z danych historycznych), to nawet gdyby było to prawdą, to byłoby to również prawdą w stosunku do założenia Woleńskiego o jego racjonalności. Woleński popełnia tu więc błąd logiczny petitio principii, który dopiero co przed chwilą zarzucał teistom. Z założeniem racjonalności u ateisty wiąże się tak w ogóle jeszcze cała masa epistemologicznych problemów. Po pierwsze samo założenie ateisty, że jego rozum i zmysły działają poprawnie nie eliminuje błędnego koła, bo nadal trzeba założyć, że rozum ateisty działa poprawnie robiąc to założenie lub jakiekolwiek inne ateistyczne założenie. I ateista nic sobie w tej chwili nie może nawet „założyć”, bo na przykład w symulacji matrixowskiej równie dobrze może być tak, że zakłada sobie on coś zupełnie odwrotnego niż mu się zdaje. Albo nawet nic nie zakłada i jedynie mu się zdaje, że zakłada. Jak to w symulacji. Ateista nie wie zatem czy nie czyni założenia odwrotnego gdy czyni jakieś założenie. Przecież ateista może mylić się we wszystkim i nie jest w stanie tego w żaden sposób wykluczyć. Nic i nikt nie gwarantuje racjonalności ateisty. Wszystkie założenia ateisty są zatem równosilne. Nie ma żadnej różnicy między założeniem ateisty, że jego rozum i zmysły działają poprawnie same z siebie, a założeniem, że rozum i zmysły ateisty mylą się dosłownie we wszystkim. Obowiązuje tu tak zwana zasada izostenii. Ateista nie jest więc w stanie w żaden sposób wykazać, że jego założenie o poprawności działania jego zmysłów i rozumu ma jakąkolwiek wyższość nad założeniem przeciwnym, zgodnie z którym zmysły i rozum ateisty mylą się dosłownie we wszystkim. Tak więc nic o żadnej „równowadze epistemologicznej” ateista stwierdzić nie może, bo nie ma nawet na podstawie czego tego stwierdzić. Bezlitosny fakt jest taki, że bez Boga Stwórcy, jako gwaranta racjonalności i poprawności działania zmysłów, ateista nie ma jak wykluczyć tego, że myli się dosłownie w każdym swoim stwierdzeniu. W każdym.


    Podrążmy jeszcze dalej poruszony przez Woleńskiego temat założenia racjonalności u ateisty. W materialistycznym świecie ateisty istnieją tylko atomy, siły, pola, cząstki i puste przestrzenie między nimi (plus jeszcze oddziaływania między cząsteczkami). Nie ma tam miejsca na żadne założenia, które są z definicji niematerialne. A więc twierdzenie ateisty, że on coś sobie „zakłada”, jest de facto nonsensem z punktu widzenia jego światopoglądu, który jest z definicji materialistyczny lub posiada takie nieuchronne implikacje. Jedną z tych implikacji jest determinizm. W deterministycznym świecie ateisty myśli jedynie przepływają przez niego i są produktem niezależnych od ateisty procesów fizycznych (ateista wierzy, że jego myśli są jedynie wytworem procesów elektrochemicznych w jego mózgu i niczym więcej). W takim świecie ateista jest pozbawiony wolnej woli. Ateista nie może więc tym bardziej czynić żadnych założeń, bo czynienie założeń wymaga wolnej woli i wolnych decyzji. A zatem twierdząc, że czyni założenia, ateista zaprzecza sam sobie.


    Wróćmy jednak do omawianej książki Woleńskiego pt. Granice niewiary. Na stronie 204 stwierdził on, że agnostyk przyjmuje kryteria racjonalności. Już samo to stwierdzenie jest wewnętrznie sprzeczne z powodów, które omówiłem przed momentem. W świecie ateisty nie tylko nie jest możliwa żadna racjonalność, ale nie ma sensu nawet założenie, że ateista jest racjonalny. Wyżej uzasadniałem już wielokrotnie dlaczego tak jest i odsyłam tam czytelnika.


    Na stronie 206 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński oświadcza ponownie to samo, co na stronie 139 w kwestii wynikania norm moralnych z faktu istnienia Boga. Na stronie 207 swej omawianej książki Woleński przyznaje, że nie posiada doktryny etycznej, którą mógłby polecić jako godną powszechnej akceptacji. Zgadza się. Ateista nie tylko nie jest w stanie wejść w posiadanie żadnej uniwersalnej etyki, ale w ogóle nie jest on w stanie wejść w posiadanie jakiejkolwiek reguły etycznej. Skąd taka reguła miałaby się niby brać w świecie ateisty, w którym to świecie nie istnieje żadna ostateczna instancja moralna i wszystko jest jedynie wytworem ślepych i nieukierunkowanych sił przyrody, które nie miały ludzkości na myśli? No właśnie. Z punktu widzenia ateisty świat jedynie jest, ale z tego nie wynika w żaden sposób to, że świat powinien to lub tamto. Kłania się gilotyna Hume'a. W tej sytuacji trochę dziwnie wygląda całe to moralizowanie Woleńskiego w jego książce, w której poucza on teistów co powinni lub nie powinni. Brak jakichkolwiek podstaw dla tych osądów Woleńskiego. Woleński stwierdza na stronie 207 swej omawianej książki Granice niewiary, że powinniśmy przyjmować w danym kręgu kulturowym przynajmniej te reguły, które są powszechnie przyjmowane. Pominąwszy już fakt, że takie rozumowanie jest błędne logicznie (błąd logiczny argumentum ad numerum i przy okazji błąd logiczny genetic fallacy), to wywołuje ono również problematyczne konsekwencje. Jeśli bowiem mamy przyjmować reguły moralne większości ludzi żyjących wokół nas, to czy Woleński przyjąłby poglądy większości Niemców wyznawane w latach trzydziestych XX wieku, czyli antysemityzm i tym podobne, tylko dlatego, że również żyłby w tej społeczności? Nie ma więc żadnej gwarancji, że jakiekolwiek reguły etyczne, które Woleński zupełnie arbitralnie chciałby sobie wyznawać, ostaną się w takim świecie jak kolejne hitlerowskie Niemcy lub coś w tym stylu. Woleński zdaje sobie z tego zresztą sprawę, bo na stronie 209 swej omawianej książki Granice niewiary przyznaje, że taki problem rzeczywiście istnieje, po czym szybko dodaje, że religia i tak nie będzie w stanie temu zapobiec. Ale to jest już zupełnie bez związku tutaj. Tak samo jak bez związku jest stwierdzenie Woleńskiego wygłoszone na tej samej stronie jego książki Granice niewiary, że wedle naturalizmu religia jest tylko narzędziem kształtowania ludzkiej świadomości moralnej. To stwierdzenie nie tylko jest bez związku, ale jest ono również całkowicie bezzasadne, tak jak zresztą cały ateistyczny naturalizm.


    Woleński pisze też, że ochrona życia powinna być uznana za prawo podstawowe (s. 207). Ale na jakiej podstawie? Woleński już takiej podstawy nie podaje. Nie może jej podać, bo taka podstawa ponownie nie istnieje w ateizmie. W świecie ateisty jesteśmy bowiem tylko dziełem przypadku, ubocznym produktem ewolucji. Wszechświat nie miał nas na myśli, zdaniem ateistów, nie ma więc żadnej racji za tym, że w ogóle powinniśmy istnieć. Wystarczy wspomnieć choćby o tym, że niemało jest ekologów, którzy twierdzą, że człowiek jest tylko pasożytem, który niszczy planetę. Nawołują oni nawet do depopulacji lub przynajmniej do kontroli narodzin. Nie brak głosów ekologicznych ekstremistów, którzy wręcz posuwają się do twierdzenia, że najlepiej by było, gdyby gatunek ludzki w ogóle wyginął (patrz też antynataliści).


    Na stronie 208 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński oświadcza, że sumienie to tylko wytwór ewolucji biologicznej i następnie społecznej. Jednak jest to tylko kolejne arbitralne i zupełnie bezpodstawne oświadczenie Woleńskiego. Pełno takich bezpodstawnych deklaracji w jego książce. Darwinowska teoria ewolucji jest jedynie wytworem fantazji. Nie ma żadnych dowodów na jej istnienie, co przyznają nawet tacy niereligijni biologowie jak choćby Michael Denton. Ale nie tylko on - warto zacytować wypowiedź bakteriologa Alana H. Lintona, który w 2001 roku napisał w „The Times Higher Education Supplement” (20 kwietnia 2001, Book Section, s. 29) takie oto słowa:


„W literaturze nie ma nic, co by wykazywało, że jedne gatunki wyewoluowały w inne. [...] Tymczasem po 150 latach badań bakteriologicznych nie znaleziono dowodów na to, że jedne gatunki bakterii wyewoluowały w inne. [...] Skoro nie ma dowodów na wyodrębnianie nowych gatunków na poziomie najprostszych form życia jednokomórkowego, nie dziwi brak dowodów ewolucji od prokariotycznych [bakteryjnych] do eukariotycznych [roślinnych i zwierzęcych] komórek, nie mówiąc już o całym szeregu organizmów wielokomórkowych”. Genom jednego gatunku nie może zostać przekształcony w genom innego gatunku na drodze przypadkowych zmian sekwencji, gdyż spowoduje to zaburzenia w formatowaniu, indeksowaniu i interpunkcji plików DNA (por. Jonathan Wells, Mit śmieciowego DNA, Warszawa 2022, s. 12, 135).


    Na stronie 213 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński stwierdza, że teza, iż życie powstaje od poczęcia jest „absurdalna z biologicznego punktu widzenia”. Jednak to tylko arbitralna deklaracja Woleńskiego. W żaden sposób nie uzasadnił on tego twierdzenia. Nic dziwnego, nie widać na horyzoncie żadnej innej tezy, która byłaby lepiej uzasadniona i bardziej sensowna niż twierdzenie, że życie ludzkie rozpoczyna się właśnie od momentu poczęcia. W świetle tego wszystkiego nieco dziwne jest oświadczenie Woleńskiego na stronie 215 omawianej książki, gdzie deklaruje on, że jest zwolennikiem ograniczonej dopuszczalności aborcji. A czemuż to, kolego Woleński, skoro z punktu widzenia ateisty płód jest tylko przypadkowym zlepkiem komórek, w dodatku takim, co do którego nie wiadomo od kiedy staje się człowiekiem? Czyżby jakieś resztki pozostałości katolickich poglądów się w Woleńskim odezwały? Na stronie 215 omawianej książki Woleńskiego pt. Granice niewiary mamy zresztą więcej arbitralnych twierdzeń. Na przykład pisze on, że stanowisko katolicyzmu w sprawie zasad jest rzekomo „niespójne”. Jest to jednak twierdzenie bezpodstawne, gdyż Woleński niczym nie poparł tej swojej deklaracji. Na tej samej stronie Woleński orzeka, że lekarz powinien decydować w sprawie aborcji i jest to rozwiązanie „rozsądne”. Może i tak, ale skąd Woleński to wie? Znowu coś sobie arbitralnie zadeklarował. Poza tym - który lekarz? Lekarze sami są w tej kwestii podzieleni. Skoro nawet dla nich sprawa nie jest jednoznaczna, to odsyłanie przez Woleńskiego do bliżej niesprecyzowanego „autorytetu medycznego” nie jest niczym więcej niż bezsensownym zlepkiem słów i jest to odsyłanie donikąd. Niczego to po prostu nie wyjaśnia. To, co pisze Woleński jest na pierwszy rzut oka rozsądne, ale po wejściu w szczegóły często okazuje się to nonsensem lub co najwyżej pustą gadaniną.


    Na stronie 216 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński znowu zapomniał co pisał zaledwie kilka stron wcześniej i oburza się na twierdzenie, według którego dopuszczenie aborcji jest zachęcaniem do niej. Woleński nazywa taką tezę „bzdurą logiczną”. Już zapomniał, jak zaledwie dwie strony wcześniej sam pisał, że liberalizacja prawa aborcyjnego kształtuje świadomość społeczną w tym kierunku (s. 214). O co właściwie chodzi Woleńskiemu? Podejrzewam, że nikt tego nie wie, nawet on sam.


    Zupełnie absurdalne jest twierdzenie Woleńskiego, który na stronie 217 swej omawianej książki Granice niewiary orzekł, że Kościół z jednej strony sprzeciwia się aborcji, z drugiej zaś sprzeciwia się antykoncepcji, która ogranicza aborcję. Że co, proszę? Co ma piernik do wiatraka? Mordercy nienarodzonych dzieci będą mniej mordować dzięki antykoncepcji? Równie absurdalne byłoby twierdzenie, że Kościół powinien popierać antykoncepcję zamiast sprzeciwiać się kradzieży. Przecież dzięki antykoncepcji urodzi się mniej złodziei i w ten sposób ograniczymy złodziejstwo? Wygląda na to, że Woleński w tym miejscu zbyt długo nie myślał. Na tej samej stronie 217 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński zarzuca bezpodstawnie Janowi Pawłowi II, że nie rozumie on rzekomo płciowej sfery życia człowieka, a w rzeczywistości to sam Woleński wypisuje kompletne androny w tych tematach. Na stronach 217-218 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński popełnia też bląd logiczny argumentum ad numerum gdy pisze, że świat rzekomo idzie w inną stronę niż Kościół w sprawach moralności seksualnej. Szans na odwrócenie tego trendu Woleński nie widzi. Co to ma być w ogóle za „argument”? Świat idzie w inną stronę w wielu kwestiach niż Kościół, na przykład w sprawie wspomnianego już gwałcenia czyjegoś prawa do własności, w sprawie inwazji militarnej na niepodległe państwa etcetera. Po drugie, Kościół na mocy mandatu udzielonego mu przez Chrystusa ma stać na straży moralności i to robi, zaś to ilu ludzi go posłucha jest już sprawą od niego niezależną. A wręcz nieistotną dla jego misji. Nie jest celem Kościoła nawrócenie wszystkich ludzi. Celem Kościoła jest głoszenie prawdy i niesienie środków zbawczych dla tych, którzy chcą go słuchać. Kościół i tak będzie robił swoje nadal, bo został do tego powołany przez Chrystusa i Ducha Świętego. Nawet zresztą gdyby większość się Kościołowi sprzeciwiała, to nie jest to nic, czego Kościół by się nie spodziewał. Jezus wyraźnie zapowiedział swym uczniom, że większość ludzi idzie na potępienie. Wąska jest brama przez którą wchodzi się do Królestwa Bożego (Mt 7,13-14). Jezus nie łagodził swej nauki gdy wielu uczniów przestało za Nim chodzić (J 6,60-69). „Bo wielu jest powołanych, lecz mało wybranych” (Mt 22,14). „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?” (Łk 18,8). Dokładnie tego właśnie mamy się spodziewać, że na końcu czasów większość ludzkości będzie sprzeciwiać się Kościołowi i Ewangelii. Tego właśnie należało oczekiwać i Woleński robi niepotrzebny zarzut z tego, co jest akurat zupełnie oczywiste i było spodziewane. Woleński ma dokładnie ten sam problem, co większość ateistów, oceniając zasady Kościoła według standardów świeckiego postępu, chociaż dla Kościoła jest to regres a nie postęp. Woleński myśli po ludzku, nie po Bożemu, za co właśnie Jezus skarcił Piotra: „Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą, bo myślisz nie na sposób Boży, lecz na ludzki” (Mt 16,23).


    Od strony 220 do strony 237 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński rozpoczyna bicie się w nie swoje piersi, oskarżając katolików o całe zło świata i rzekomą niemoralność. Bicie się w nie swoje piersi w sprawach Kościoła to wyjątkowo ulubione zajęcie ateistów. Szkoda, że ateiści nie mają czasu bić się w swoje piersi. A powodów byłoby bez liku, oj bez liku. Na przykład w samym XX wieku ateiści zamordowali aż 100 milionów osób. Nie wierzycie? Przyznaje to nawet laicka Wikipedia pod hasłem Masowe zbrodnie reżimów komunistycznych:


„Masowe zbrodnie komunistyczne – zbiorowe mordy popełnione przez reżimy państw komunistycznych w XX wieku, z łączną liczbą ofiar szacowaną pomiędzy 85 a 100 milionów ludzi”


https://pl.wikipedia.org/wiki/Masowe_zbrodnie_re%C5%BCim%C3%B3w_komunistycznych


    We francuskiej Wandei ateiści brutalnie zamordowali aż 300 tysięcy katolików, tylko za to, że ci ostatni nie chcieli podpisać dekretów bezbożnictwa o swoim zrzeczeniu się wiary. Zresztą dziwne jest to oskarżanie moralne katolików przez Woleńskiego. Jak pisałem już wyżej - on sam przyznaje, że w zasadzie nie ma żadnych podstaw moralnych do osądzania kogokolwiek. Przypomnijmy, że na stronie 207 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że nie posiada doktryny etycznej, którą mógłby polecić jako godną powszechnej akceptacji. Z kolei na stronie 208 swej omawianej książki Woleński oświadcza, że sumienie to tylko wytwór ewolucji biologicznej i następnie społecznej. Jeśli sumienie to tylko wytwór ewolucji biologicznej i społecznej, to czemu mamy się przejmować pretensjami Woleńskiego w stosunku do katolików? Przecież zdaniem ateistów ewolucja jest jedynie procesem ślepym i nieukierunkowanym, kogo więc obchodzą osądy moralne Woleńskiego, formułowane na podstawie ślepego i bezcelowego procesu darwinowskiego? Wszystko to jest tylko bezsensownym dziełem przypadku. A skoro Woleński przyznaje na stronie 207 swej omawianej książki Granice niewiary, że nie posiada doktryny etycznej, którą mógłby polecić jako godną powszechnej akceptacji, to czemu ma nas obchodzić to, co akceptuje Woleński w sprawach moralnych? Nie ma w tym żadnego sensu.


    Na stronie 224 i 228 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński znowu popełnia błąd logiczny argumentum ad numerum, gdy powołuje się na powszechne mniemanie przeciwko katolickiej teologii moralnej w kwestii nierozerwalności małżeństwa. Panie Woleński: tego, co słuszne nie ustala się przy pomocy statystyk. Gdyby tak było, to żyjąc obecnie w hitlerowskich Niemczech musielibyśmy uznać, że antysemityzm jest słuszny. Dziwię się ile razy można to ateistom tłumaczyć, choć to naprawdę jest proste. Prawdy nie ustala się przy pomocy demokracji lub głosowania. Jeśli jakieś prawdy moralne nie są powszechnie akceptowane, to tylko dlatego, że nastąpił upadek świata stworzonego, o czym zresztą naucza ta sama Biblia, która nadaje ludzkości prawa moralne (na przykład dekalog). Na stronie 229 i 230 swej książki Granice niewiary Woleński popełnia błąd logiczny hypothesis contrary to fact, gdy przy pomocy nonsensownych i obraźliwych dla katolików przykładów spekuluje, co byłoby rzekomo dobre dla małżeństw sakramentalnych.


    W zasadzie to nienawiść do katolików wyziera z każdej stronicy omawianej książki Woleńskiego. Na stronie 231 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński popisuje się głęboką ignorancją historyczną, gdy stwierdza, że nic mu nie wiadomo o protestach duchownych przeciw okropnościom wojny. Tymczasem jest tego cała masa. Wystarczy wspomnieć choćby deportacje holenderskich zakonnic do obozów koncentracyjnych z powodu protestów biskupów holenderskich przeciw Holokaustowi. Więcej na ten temat pisałem tutaj:


https://apologetyka.katolik.pl/pius-xii-a-zydzi/ 


    Woleński zarzuca też, że wierzący z obu stron barykady w czasie wojny modlą się do tego samego Boga. No ale co z tego niby miałoby wynikać? Nie wiadomo, bo Woleński już w ogóle tego tematu nie rozwija. To tylko taki tani chwyt retoryczny u Woleńskiego, obliczony na emocje zamiast na intelekt. Dużo jest u niego takich erystycznych chwytów, które mają pobudzać negatywną emocjonalność czytelnika, niemniej jednak te chwyty nie mają już nic wspólnego z pogłębioną analizą merytoryczną. Woleński bardzo często ucieka się do niepoprawnej logicznie sofistyki znanej jako argumentum ad misericordiam, która polega właśnie na tym, że próbuje się w czytelniku wzbudzać negatywne emocje wobec określonej grupy społecznej, w tym momencie przeciw katolikom. Jest to zwykłe szczucie i nic poza tym.


    Na stronie 233 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński powtarza różne anegdotyczne plotki przeciw księżom, którzy mają posiadać rzekomo dużo kochanek etcetera. Woleński powtarza też niesprawdzone plotki na temat rzekomej plagi pedofilii w Kościele. Jednak to wszystko są tylko mity medialne, o czym więcej pisałem tutaj:


https://www.apologetyka.info/ateizm/zmyslony-problem-pedofilii-w-kosciele,1515.htm


https://www.apologetyka.info/ateizm/koscio-i-pedofilia,1148.htm


    Woleński powtarza tylko zwykłe uogólnienia i potoczne pomówienia. Nawet jeśli część kleru żyje niemoralnie, to w żaden sposób nie upoważnia to nikogo do uogólnień w stylu, w jakim robi to Woleński, który odmawia Kościołowi prawa do moralnego upominania innych. Nie trzeba być instytucją doskonałą moralnie, aby mieć prawo do upominania innych. Ludzie w ogóle nie muszą być idealni moralnie, aby upominać innych. To nonsens, w który brnie Woleński, typowe myślenie potoczne i powierzchowne. Jeśli jakiś policjant, prokurator lub lekarz biorą łapówki, to w żaden sposób nie unieważnia to mandatu do istnienia takich instytucji jak Policja, Prokuratura lub Służba Zdrowia. Dokładnie tak samo jest z Kościołem. Grzechy jednostek nie są grzechami całej instytucji. Niemoralne postawy niektórych księży (przesadnie wyolbrzymiane i rozdmuchiwane w mediach aż do ekstremum) nie są oficjalną doktryną Kościoła. To naprawdę proste kwestie, których Woleński nie rozumie, choć sądzę, że doskonale to rozumie, ale po prostu jest uprzedzony wobec katolików i łapie pierwszy lepszy kij, jaki mu się nawinie pod rękę, aby tylko uderzać w Kościół. Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że jest to bardzo typowe dla ateistów. Co prawda na stronie 235 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński jakby opamiętuje się i w pewnym momencie stwierdza, że nie wolno generalizować, ale przecież to właśnie cały czas robi, choćby za pomocą bardzo sugestywnych wskazówek, które nieustannie podsuwa czytelnikowi. Mimo to przyjrzyjmy się jak wygląda chwilowe opamiętanie u Woleńskiego, który w pewnym momencie stwierdza w swej omawianej książce jakby na swoje usprawiedliwienie, że wśród katolickich duchownych jest „niemało takich, którzy czynią wiele dobra dla swych parafian. Wśród duchownych zawsze było, jest i będzie wielu wspaniałych ludzi, dokonujących rzeczy wielkich i świadczących o ofiarności” (s. 236). Co na to ateiści? Woleński zarzuca też „destrukcyjną rolę” ortodoksom żydowskim w procesie pokojowym w Palestynie (s. 237). A skąd to wiadomo? W tym miejscu warto wspomnieć, że Woleński sam ma żydowskie pochodzenie, o czym można przeczytać choćby na Wikipedii. Ale to już tylko tak na marginesie, podaję jedynie jako ciekawostkę biograficzną.


    Na stronie 238 omawianej książki Granice niewiary Woleńskiego znajdujemy ciekawe przyznanie się do tego, że również i agnostycy posuwają się do propagandowych chwytów retorycznych w czasie dyskusji. Tyle tylko, że to tyczy się również Woleńskiego. Na stronie 239 Woleński kapituluje wobec bardzo trafnych stwierdzeń J. Bajdy na temat agnostyków i ateistów, które Woleński przytacza dosłownie. Woleński stwierdza, że „nie warto nawet komentować” (s. 239). A szkoda, bo to wszystko prawda.


    Na stronie 240 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński wspomina, że swego czasu był oburzony, gdy biskup Józef Zawitkowski stwierdził w publicznej homilii, że ateizm jest przejawem nieuczciwości. Woleński napisał w tej sprawie nawet list do Zawitkowskiego. Jednak trudno mieć pretensję do Zawitkowskiego, że jako biskup idzie po prostu za natchnionymi wypowiedziami apostoła Pawła, który już w I wieku naszej ery pisał, że ateizm jest efektem wyparcia i tłumienia prawdy (Rz 1,21.25). Skoro ateista wypiera prawdę, to trudno żeby ateista jednocześnie przyznał, że to robi. Woleński z oburzeniem cytuje też na stronie 240 swej omawianej książki Granice niewiary inne słowa Zawistowskiego z homilii wygłoszonej 18 lutego 2004: „Tylko nie pytaj o Boga złych ludzi. Tacy cię okłamią”. Ależ w pełni się z tym zdaniem zgadzam. Mógłbym podpisać się pod tym obiema rękami i nawet nogami. Co Woleński ma do tego jak najbardziej słusznego stwierdzenia? Nigdy nie pytam o Boga ludzi uprzedzonych. Tacy są wyjątkowo niewiarygodni w tej kwestii. A ateiści są wyjątkowo niewiarygodni i uprzedzeni w kwestiach związanych z Bogiem. Jestem wdzięczny Woleńskiemu za ten cytat, choć z pewnością on nie jest wdzięczny Zawistowskiemu za te słowa. Gdyby nie książka Woleńskiego, to nigdy nie spotkałbym się z tak ciekawą wypowiedzią.


    Na stronie 241 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński pisze, że „stwierdzeniem na wyrost” jest deklaracja, że „brak wiary w Boga uniemożliwia rozwiązanie dylematów światopoglądowych”. Ależ nie jest to wcale stwierdzenie na wyrost, kolego Woleński. Wyżej już wyczerpująco uzasadniałem, że jedną z konsekwencji ateizmu jest to, że ateista nic nie wie o niczym i już na dzień dobry jest w zasadzie pozbawiony jakiejkolwiek epistemologii, nawet w wersji roboczej. Szczegółowo uzasadniłem to moje stanowisko również w moim referacie na konferencji fundacji Prodoteo, jak i w wywiadzie dla nich:


https://youtu.be/wV7A-aiumZo?si=K0zmXnpdq4zusrMl


https://youtu.be/Ua8Wt5Wnu84?si=P4GO5y1gBgrtm3Vh


    Na stronie 241 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński sugeruje też teistom, aby nie szafowali retoryką „elementarnego zagubienia”. A kto tu niby „szafuje”? To po prostu jest prawda. Ktoś, kto jest pozbawiony podstaw dla jakiejkolwiek epistemologii (czyli ateista), z powodzeniem wypełnia znamiona elementarnego zagubienia.


    Jednym z przejawów takiego ateistycznego zagubienia było niewątpliwie sympatyzowanie Sartre'a (guru nawet dla wielu współczesnych ateistów) z komunizmem i maoizmem, o czym Woleński wspomina na stronie 246 swej omawianej książki Granice niewiary. Przypomnijmy lewicowym liberałom i innym „miłośnikom tolerancji i wolności”, że Mao Zedong przez wielu historyków jest uznawany za największego zbrodniarza w historii ludzkości, przypisuje mu się odpowiedzialność za śmierć 65–70 milionów ludzi tylko w czasie pokoju. Natomiast na stronie 249 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że Albertowi Camus, innemu ateistycznemu guru, czasem wymykały się „deklaracje miłości do ZSRR”. Oto ateistyczni bohaterowie i wzorce, którzy zresztą sami byli ateistami. A tak przy okazji, to czy internetowi gimboateiści w ogóle wiedzą co to było ZSRR? Szczerze przyznam, że mam w tej kwestii poważne wątpliwości.


    Na stronie 250 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński przyznaje, że istnieje nierozwiązywalny konflikt „pomiędzy dążeniem do wartości a niemożliwością ich obiektywnego uzasadnienia”. Dość interesujące jest to stwierdzenie Woleńskiego, wziąwszy pod uwagę zwłaszcza to, że dopiero co na łamach swej omawianej książki wieszał on wszelkie możliwe psy na katolikach i Kościele. Jeśli nie można w sposób obiektywny uzasadnić wartości, w tym moralnych, to na jakiej podstawie Woleński oskarża katolików o niemal całe zło świata? Nie wiemy. I nie dowiemy się, gdyż Woleński też tego nie wie. Przecież niemożliwością jest obiektywnie uzasadnić jakiekolwiek wartości, w tym moralne, na podstawie których Woleński z taką łatwością oskarża Kościół i katolików. Czyż nie? I słowo „na podstawie” jest tu co najmniej nie na miejscu.


    Na stronie 252 swej książki Granice niewiary Woleński czepia się arcybiskupa Życińskiego, który stwierdził, że świat agnostyków jest pozbawiony sensu. Ale o co tu się czepiać, skoro tak właśnie jest? Przyznają to nawet agnostycy. Oto co pisze darwinista Douglas Futuyma, który zadeklarował, że zgodnie z teorią ewolucji gatunek ludzki „nie ma żadnego celu ani przeznaczenia [...]. gatunek ludzki nie był zaprojektowany, nie ma celu i jest wytworem czysto mechanicznych procesów - wygląda jednak na to, że taki właśnie przekaz niesie ze sobą teoria ewolucji” (Douglas Futuyma, Science on Trail: The Case for Evolution, 1983 rok, s. 13, cyt. za Phillip E. Johnson, Darwin przed sądem, Warszawa 2020, s. 217).


    Jeszcze dobitniej przekonanie ateisty o braku jakiegokolwiek sensu w jego życiu wyraził znany ateista Bertrand Russell, który tak oto się wypowiedział:


„Taki, w zarysie, lecz jeszcze bardziej bezcelowy, pozbawiony znaczenia, jest świat, który nauka przedstawia nam do wierzenia. W takim świecie, jeśli gdziekolwiek indziej, nasze ideały muszą odtąd znaleźć schronienie. Człowiek jest produktem przyczyn, które nie przewidziały celu, który miały osiągnąć; że jego pochodzenie, rozwój, nadzieje i lęki, miłości i przekonania są jedynie wynikiem przypadkowych połączeń atomów; że żaden ogień, żaden heroizm, żadna intensywność myśli i uczuć nie może ocalić życia jednostki po śmierci; że wszelkie trudy wieków, całe poświęcenie, cała inspiracja, cała południowa jasność ludzkiego geniuszu są skazane na wymarcie w bezkresnej śmierci Układu Słonecznego, a cała świątynia osiągnięć człowieka musi nieuchronnie zostać pogrzebana pod gruzami Wszechświata w ruinie – wszystkie te rzeczy, choć nie są całkowicie bezdyskusyjne, są jednak tak niemal pewne, że żadna filozofia, która je odrzuca, nie ma szans się ostać” (Bertrand Russell, A Free Man's Worship).


    Dobitne i dosadne, prawda? Tak właśnie myśli w głębi duszy ateista, który akurat nie ma zamiaru wam ściemniać, jak Woleński. Zresztą Russell był tu do bólu szczery i konsekwentny: takie dokładnie wnioski wynikają z ateistycznego światopoglądu i inne nie mogą wyniknąć. W świecie ateisty jakikolwiek sens nie ma żadnego sensu, jak to właśnie dosadnie wyjaśnił nam Russell, ponieważ jakkolwiek rozumiany sens jest bezcelowy i nadmiarowy z punktu widzenia Wszechświata, który według ateistów po prostu nie miał nas na myśli i wszystko w końcu i tak jest skazane na wymarcie w bezkresnej śmierci Układu Słonecznego. W tej sytuacji wszelkie ludzkie wysiłki prowadzą donikąd i są jedynie iluzoryczne. Witajcie w ateizmie.


    Na tej samej stronie 252 swej książki Granice niewiary Woleński przekręca wypowiedź Życińskiego, który powiedział, że dążenie do Boga wymaga odwagi, konsekwencji i wysiłku. Pomijając to, że Życiński miał tu jak najbardziej rację, to Woleński polemizuje już tylko z własnym chochołem, gdy pyta: „czy z tego ma wynikać, że kto nie szuka wiary, jest tchórzliwy, niekonsekwentny i leniwy?” (s. 252). Otóż jest to chochoł, bo Życiński nic takiego nie stwierdził. Ja bym wręcz powiedział, że ateiści są wyjątkowo pracowici, konsekwentni i odważni w szukaniu pretekstów i wykrętów obliczonych na ciągłe uciekanie przed Panem Bogiem, którego ślady bytności napotykamy dosłownie na każdym kroku.


    Na stronie 254 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński popełnia błąd logiczny ad novitatem, gdy upiera się, że idee chrześcijan są już rzekomo „przebrzmiałe”. Otóż panie Woleński: prawda nigdy się nie dezaktualizuje i jest wieczna. Czy opracowane przez starożytnych Greków podstawy logiki, na które się pan tak ochoczo powołuje w swej książce, też uzna pan za „przebrzmiałe”? Przecież powstały mniej więcej w tym czasie, w którym tworzyły się zręby judeochrześcijaństwa. Co więcej, Woleński wypowiada ten zarzut w kontekście teorii ewolucji. Otóż to właśnie ta koncepcja jest już przebrzmiała i upada na naszych oczach w świetle najnowszych odkryć mikrobiologii i biochemii. Pomijając już to, że darwinowska teoria ewolucji od zawsze była pseudonauką, faktem niezaprzeczalnym jest też to, że to właśnie ona jest przebrzmiała i zdezaktualizowana w świetle najnowszych odkryć w biologii. Naukowcy już o tym wiedzą, ale jak na razie siedzą cicho. Plebs jeszcze się o tym nie dowiedział, ale to już tylko kwestia czasu, gdy te fakty wyciekną do mainstreamu.


    Na stronie 255 swej omawianej książki Granice niewiary Woleński wypowiada kolejne arbitralne i nieuzasadnione oskarżenia wobec Kościoła i katolików, popełniając przy okazji błąd logiczny argumentum ad ridiculum, gdy pisze, że to i owo jest „śmieszne” (s. 255). Z tego, że coś jest śmieszne dla Woleńskiego nie wynika nic poza tym, że jest to dla niego śmieszne. Na tej samej stronie Woleński skarży się, że punkt widzenia teistów jest lepszy, zdaniem biskupa Życińskiego. Otóż niestety, ale tak właśnie jest, kolego Woleński.


    Na ostatniej stronie swej omawianej książki Woleński stwierdza, że zapewne wielu rzeczy nie rozumie i myli się w wielu kwestiach, w których błądzi. Chciałby jednak, aby ktoś mu to wykazał (s. 256). Otóż zrobiłem to właśnie ja w niniejszym tekście, bardzo szczegółowo i wyczerpująco. Jak na zamówienie.


    Na koniec zauważę tylko jeszcze, że książka Woleńskiego była dla mnie strasznie nudna i męcząca w odbiorze. Mało lotny język, monotonny styl. Niniejszy artykuł pisałem dość długo, a raczej kończyłem go dość długo, gdyż był on częścią mojej książki, z którą schodziło mi się jeszcze dłużej. No, ale wreszcie jest. Co by tu jeszcze napisać na zakończenie? Chyba nic, wszystko zostało powiedziane wyżej. Nie będę się rozpisywał, bo i tak strasznie długi wyszedł mi ten tekst. A więc postawię tu kropkę.


    Jan Lewandowski, styczeń 2026.

Zgłoś artykuł

Uwaga, w większości przypadków my nie udzielamy odpowiedzi na niniejsze wiadomości a w niektórych przypadkach nie czytamy ich w całości

Komentarze są zablokowane