O.K.

Wczesne chrześcijaństwo -historia sukcesu (recenzja)

dodane: 2021-01-26
0
Wczesne chrześcijaństwo -historia sukcesu (recenzja)
Ks. prof. Marek Starowieyski to jeden z najbardziej zasłużonych polskich badaczy piśmiennictwa wczesnochrześcijańskiego. W antologii swoich tekstów daje nam pełne mądrości spojrzenie na świat prężnie rozwijającego się antycznego chrześcijaństwa.

Marek Starowieyski, „Z historii wczesnego chrześcijaństwa: Biblia, męczennicy, poganie i inni”, Petrus, Kraków 2019

Ksiądz profesor Marek Starowieyski jest jednym z najbardziej zasłużonych ludzi w Polsce, jeśli chodzi o badania i rozpowszechnianie znajomości literatury wczesnochrześcijańskiej. Najbardziej znanym jego dziełem jest redagowany przez niego 6-tomowy cykl Apokryfy Nowego Testamentu publikujący w języku polskim apokryfy odnoszące się do postaci i wydarzeń Nowego Testamentu, księgi, które, choć poza kanonem biblijnym, to jednak miały niemały wpływ na rozwój tradycji i wyobrażeń chrześcijańskich, zwłaszcza ludowych. Ale to nie jedyna istotna pozycja w dorobku księdza prof. Starowieyskiego. Był on bowiem, z wieloma współpracownikami, redaktorem, bądź w taki czy inny sposób miał swój wkład, w wiele innych serii i antologii tekstów wczesnochrześcijańskich, by wspomnieć chociażby takie pozycje jak Pierwsi Świadkowie: Pisma Ojców Apostolskich, Męczennicy, antologie poezji wczesnochrześcijańskiej, czy pism Ojców Kościoła na wybrane tematy. W Polsce, osoby zainteresowane literaturą wczesnochrześcijańską, czy ogólnie dziejami wczesnego chrześcijaństwa, mają wobec Starowieyskiego ogromny dług wdzięczność -bez jego wieloletniej, ciężkiej pracy, ze znajomością i dostępnością tejże literatury byłoby na pewno o wiele gorzej.

Niniejsza książka stanowi pewien osobisty wybór tekstów z dorobku Starowieyskiego, które uznał on za w pewnym stopniu istotne. Które, jak pisze on we wstępie na str. 6, moim zdaniem coś wniosły do nauki, lub o czymś nowym poinformowały. Wiele z tych tekstów było już wcześniej publikowanych we wspomnianych antologiach literatury wczesnochrześcijańskiej, tu zostały one zebrane w stosunkowo niedużym (270 str.) tomie. Teksty zebrane w tym tomie, są jak szybkie rzucenie okiem, dają pewien wgląd w życie pierwszego Kościoła, w cesarstwie rzymskim w pierwszych wiekach, od I do mniej więcej IV-V. Uświadamiają, stosunkowo niewielkim czytelniczym wysiłkiem, jak wyglądały ówczesne realia. W owym czasie chrześcijaństwo okrzepło i dojrzało, z małej żydowskiej sekty stając się dominującą religią największego światowego mocarstwa, by później mieć fundamentalny wpływ na całą kulturę i cywilizację europejską. To, w jaki sposób się to dokonało, zrozumienie tego fenomenu, stanowi niezwykle istotną lekcję również i dla współczesnych chrześcijan. Jak pisze Starowieyski, krytyczne studia nad antycznym chrześcijaństwem pozwalają na nowo wykorzystać to, co stało się podstawą jego sukcesów, i jednocześnie uniknąć nieuniknionych błędów owego „okresu dziecięcego” Kościoła.

Równocześnie jest to osobisty przegląd twórczości Starowieyskiego, antologia tekstów z przeciągu kilkudziesięciu lat jego naukowej i popularyzatorskiej działalności, ukazujący jego własne doświadczenia. I pokazujący uzyskaną przez te wszystkie lata mądrość, szacownego już wiekiem dojrzałego uczonego i katolickiego kapłana. Również i mądrość życiową, nabytą w wyniku zarówno sukcesów, jak i porażek, często poprzez wiele trudów. Owa mądrość objawia się już w pierwszych słowach opisywanej tu książki, nawiązujących do myśli św. Augustyna, który pod koniec swojego życia dokonał krytycznego przeglądu własnej twórczości. Często dopiero z perspektywy wielu lat, niemal całego życia, jesteśmy w stanie dobrze (choć nigdy w pełni obiektywnie) ocenić, co w naszym życiu i naszej działalności było naprawdę ważne. I przekazać te doświadczenia, owa mądrość, pouczyć w ten sposób innych, by mieli z tego pożytek (ale oczywiście każdy musi iść swoją własną, osobistą drogą).

Antologia ta bowiem składa się z wielu tekstów na bardzo różnorodne tematy. Mamy artykuły o starożytnej teologii i egzegezie biblijnej, o Testimonium Flavianum, o Gwieździe Betlejemskiej, o agrafach (wypowiedziach Jezusa nieodnotowanych w Czterech Ewangeliach), o postaciach Nowego Testamentu (Paweł, Judasz, Piłat itd.), wstępy do poszczególnych ksiąg z tomu o pismach Ojców Apostolskich z II w., o stosunku pogan do wczesnego Kościoła z tegoż stulecia, o męczennikach, o stosunku chrześcijan do otaczającego ich świata, a także (na samym końcu) bardzo już leciwą polemikę z prof. Aleksandrem Krawczukiem, odnośnie jego popularnych książek o świecie późnego antyku, prezentujących bardzo jednostronny obraz ówczesnego starcia chrześcijaństwa z zanikającym pogaństwem. Jednak nie ma sensu w tej recenzji omawiać wszystkich tych tematów, artykułów, jeden po drugim, bo to nie jest tu wcale takie istotne. To, co uważam że jest naprawdę ważne, to to, by omówić jaki obraz wczesnego chrześcijaństwa się z tych wszystkich tekstów wyłania. Jaką mądrość mogą nam dzisiejszym przekazać starożytni chrześcijanie, oraz Starowieyski, który przez całe życie ich teksty badał. Dlatego też w dalszej części recenzji warto przytoczyć co ciekawsze myśli z książki Starowieyskiego, które mogą stanowić dla nas pouczenia.

Zatytułowałem tę recenzję „Wczesne chrześcijaństwo -historia sukcesu”. Aby chrześcijaństwo mogło odnieść sukces, który niewątpliwie odniosło, potrzebne były do tego dwie rzeczy, mianowicie warunki, w jakich powstało i wzrastało, oraz odpowiednia postawa samych chrześcijan. Co do warunków, pierwszym, jaki musiał zostać spełniony, była potrzeba nowej religii, która dawała ludziom coś, czego nie mogły dać religie tradycyjne, pogańskie, oraz judaizm. Jak pisze Starowieyski:

Chrześcijaństwo padło na glebę spulchnioną, dobrze przygotowaną religijnymi misteriami, gdy nadeszła pełnia czasów (Ga 4,4), a ludzie zmęczeni ekstatyczno-orgiastycznymi teozofiami i teurgiami, szukali mocnego oparcia, pokoju i miłości. [str. 10]

Jednak Starowieyski nie zajmuje się samym powstaniem chrześcijaństwa w I wieku, które opisuje Nowy Testament. Jako patrologa, interesują go już czasy nieco późniejsze, począwszy od wieku II. Na początku kolejnego stulecia, chrześcijaństwo zostało niejako „osierocone” (acz nie do końca), Apostołowie ponieśli już męczeństwo, pomarli ostatni świadkowie bezpośrednio pamiętający Jezusa. Pozostali ich uczniowie, kontynuujący tradycję, a Kościół, pozbawiony bezpośredniego kierownictwa Apostołów, musiał się dostosować i stawić czoła wyzwaniom nowych czasów. Od tego, jak z tymi wyzwaniami sobie poradzi, zależał jego dalszy los.

Jest to Kościół wielkiej improwizacji -improwizacji w dziedzinie doktryny, moralności, instytucji, liturgii. Trwa gorączkowe szukanie rozwiązań i odpowiedzi na coraz to nowe pytania, jakie przed Kościołem stawia życie. Odpowiedzi tych szukają chrześcijanie żarliwie i gorąco, z Pismem Świętym w ręku. Oczywiście jest to improwizacja, ale improwizacja kierowana przez Ducha Świętego. [str. 124]

Co pokazuje, iż chrześcijaństwo wieku II i następnych nie zostało tak naprawdę całkowicie „osierocone”. Nadal było w posiadaniu skarbu dziedzictwa tradycji starożytnego Izraela oraz Apostołów, nadal pamiętało ich nauki i pielęgnowało tradycję. A przede wszystkim w Kościele wciąż działał Duch Święty oraz posiadało ono Księgę Ksiąg, z której mogło czerpać inspirację, wzorce i szukać odpowiedzi na pojawiające się pytania o życie codzienne na tym świecie -Pismo Święte.

Żadna epoka nie wczytywała się tak żarliwie w Pismo Święte, tak nim żyła i tak się nim karmiła, jak właśnie epoka wczesnego chrześcijaństwa. [str. 10]

Objaśnianie Pisma, próba zrozumienia woli Boga i Jego planu, na kartach świętych ksiąg zawartych, zrodziło teologię, jako pewnego rodzaju sztukę znajomości spraw boskich. W dzisiejszych czasach często się dyskutuje o tym, czym jest teologia, jaki jest jej status, oraz -w co powątpiewają komentatorzy niewierzący czy posiada ona tak naprawdę jakąkolwiek wartość (a zwłaszcza wartość naukową). Na te wszystkie dywagacje Starowieyski daje błyskotliwą odpowiedź w rozdziale „Humanizacja i dehumanizacja teologii” [str. 15-26]. Chociaż tak naprawdę bardzo zwięzła definicja teologii znajduje się już w rozdziale kolejnym, o egzegezie Ojców Kościoła [str. 27-36]:

Zwraca uwagę również fakt, że uprawianie teologii to po prostu czytanie, objaśnianie i medytowanie nad Pismem Świętym. Teologowie epoki patrystycznej mieli Pismo we krwi, a cytat, parafraza, nawiązanie do niego, były czymś zupełnie naturalnym. [str. 35]

Ich [Ojców Kościoła] teologia rodziła się z rozmyślania i przemodlenia Pisma Świętego i wprowadzeniu jego zasad w życie: „Jeśli jesteś teologiem, będziesz się prawdziwie modlił, jeśli będziesz się prawdziwie modlił, jesteś teologiem” [cytat z Ewagriusza z Pontu] -oto była zasada uprawiania teologii patrystycznej. Warto zapamiętać: teologia bez tych trzech elementów: refleksji, modlitwy i ascezy nie jest teologią! [str. 13]

W dalszej części Starowieyski ubolewa nad późniejszą stopniową degeneracją teologii, która zatraciła pierwotny sens, stając się najpierw abstrakcyjnymi, scholastycznymi rozważaniami, a następnie usiłowano ją, niepotrzebnie, na siłę upodobnić do nauki:

Już pod koniec okresu patrystycznego następuje scholastycyzacja teologii: traktaty neochalcedońskie zieją nuda, podobnie jak summy teologiczne i filozoficzne scholastyków lub łacińskie podręczniki teologiczne XIX i początku XX wieku, czy niezrozumiałe w jakimkolwiek języku dzieła wielu spośród teologów współczesnych, które należy czytać będąc obłożonym słownikami wyrazów obcych i encyklopediami. [str. 24]

Co prowadzi do takiej sytuacji:

Teologia została poćwiartowana na mnóstwo specjalności, coraz bardziej szczegółowych. Atomizacja teologii nie pozwala zrozumieć całości: biblista może nie rozumieć liturgii, choć Biblia stanowi centrum liturgii, historyk Kościoła -teologii, a teolog -historii, homiletę natomiast bardziej interesuje strukturalizm i filozofia analityczna, niż homiletyka Ojców. […] Za moich czasów był w Rzymie wybitny -w powszechnym pojęciu teolog, który ponoć chwalił się, że jest specjalistą od jednego spójnika w jednym z wierszy jednego z listów św. Pawła. [str. 25-26]

Tu trzeba przyznać, że niestety podobnie jest i winnych naukach, również przyrodniczych:

Teologia uprawiania wissenaschaftlich [na sposób naukowy] stała się wiedzą podobna do biologii czy astronomii, a Bóg w niej zszedł do roli przedmiotu badanego, jak bada się Syriusza lub porosty islandzkie. [str. 25]

Ale bardzo bym chciał abyśmy my, teologowie, powrócili do tradycji uprawiania teologii humanistycznej Ojców: w łączności z Bogiem i ludźmi, połączonej z modlitwą i miłością. [str. 26]

Wróćmy jednak do wczesnego Kościoła oraz do pierwotnego znaczenia teologii [nawet jeśli samo to pojęcie jeszcze wtedy nie istniało]. Ważne jest mianowicie to, iż:

Teologię tę tworzyli Ojcowie otwarci zarówno na świat sobie współczesny, jak i na Boga. [str. 21, podkreślenia Starowieyskiego]

A więc teologia zrodziła się potrzeby zrozumienia świata w kontekście boskiego Objawienia. Pierwsi chrześcijanie nie widzieli konfliktu, sprzeczności, pomiędzy namacalną rzeczywistością tego świata, a twierdzeniami, wierzeniami religijnymi, pomiędzy sacrum a profanum. Przeciwnie, wierząc, że sam świat został przecież stworzony przez Boga, starali się rozumnie połączyć jedno z drugim, czerpiąc zarówno z mądrości objawionej, jak i mądrości tego świata. Chrześcijanie wpatrywali się z utęsknieniem w Niebo, ale twardo stąpali po ziemi, wiedząc, że w myśl bożego planu, mają tu wciąż jeszcze zadanie do wykonania. Aż do ponownego przyjścia Pana, muszą jakoś na tej ziemi żyć. I wprowadzać zalecenia Ewangelii w swoje życie codzienne. Teologia zaś miała znaczenie praktyczne, pozwalała, opowiadając rozumnie i pięknie o Bogu, lepiej Pismo (w pierwotnym znaczeniu pism Starego Testamentu) i Ewangelię rozumieć, oraz postawą i czynem wypełniać.

Owa potrzeba zrozumienia świata w kontekście boskiego Objawienia stała się również motorem podniesienia poziomu intelektualnego chrześcijan, w większości wywodzących się spośród ludzi prostych. Chrześcijaństwo przyciągało wszystkie grupy społeczne, a w ówczesnym świecie, tak jak i dzisiejszym, ludzi, o których można by powiedzieć, że przynależą do elity intelektualnej, było niewielu. Ludzie wykształceni byli w Kościele od zawsze (św. Paweł i św. Łukasz), jednak biorąc losowego chrześcijanina, zawsze było większe prawdopodobieństwo, że trafi się na prostaczka, niż na intelektualistę, stąd też istniejący od samego początku stereotyp chrześcijańskiej „ciemnoty”, wytworzony przez niechętne chrześcijaństwu elity. Lecz chrześcijaństwo nie chciało się pogodzić z tą etykietką, nie odwróciło się z pogardą od świata intelektualnego (pomimo iż było niemało zwolenników takiego podejścia), lecz postanowiło przyswoić jego zasady, i na nich udowodnić mu jego racje. To postawienie na rozwój intelektualny, przekonanie, że wiarę i rozum można pogodzić, dało po dłuższym czasie niezwykły efekt:

W II wieku chrześcijanie są intelektualnymi pariasami świata starożytnego, pod koniec IV wieku -jego elitą. [str. 12]

Koniec wieku IV to już niemal całkowita dominacja chrześcijaństwa w całym Cesarstwie Rzymskim, we wszystkich aspektach, ilości wyznawców, władzy politycznej, także w składzie elit, tak politycznych, jak i intelektualnych. Ktoś mógłby powiedzieć, że dominacja chrześcijańskich intelektualistów jest jedynie pochodną tego, że od czasów Konstantyna chrześcijaństwo zaczęło dominować, stąd i elity stały się chrześcijańskie. Lecz pogaństwo i pogańskie elity wcale nie zanikły tak szybko ani nie zostały przymusem chrześcijańskiej władzy wyeliminowane. One same uległy degeneracji:

Warto porównać dzieła pisarzy chrześcijańskich i pogańskich sobie współczesnych w tej epoce. Twórczość tych ostatnich P. de Labriolle określa dosadnie jako „bezpłodny werbalizm”, natomiast o pisarzach chrześcijańskich pisze: „Tylko oni wiedzą czego chcą, tylko oni mają jakiś zapał, ideał”. [str. 221]

Bądźmy jednak sprawiedliwi i przyznajmy, że opinia ta jest nieco przesadzona, bo jeszcze pod koniec antyku znajdziemy wybitnych pisarzy pogańskich, jak np. Libanios. Lecz pisarze chrześcijańscy, często będący ich uczniami (Jan Chryzostom, czy Bazyli Wielki byli uczniami Libaniosa), po prostu prześcignęli swoich pogańskich mistrzów. Wytworzony w okresie Oświecenia mit, iżby chrześcijaństwo zniszczyło dorobek kultury antycznej, nie ma racji bytu. Mit ten powtarzał jeszcze wiele lat temu za poprzedniego systemu Krawczuk, z którym polemizował wiele lat temu Starowieyski. Już z samego tekstu tej polemiki można wyczytać, w jak zamierzchłych czasach ten pogląd był utrzymywany -Krawczuk wspomina bowiem mimochodem o przydziałach papieru na książki. Ot taka osobliwość dawnego systemu, którego reprezentantem był Krawczuk, i który wraz z poglądem o upadku świata antycznego przez chrześcijaństwo, dawno odszedł do lamusa.

Rzeczywistość wyglądała inaczej -to właśnie chrześcijaństwo pilnie się ucząc, przyswoiło i doceniło dorobek klasycznej starożytności:

Nie potrzeba szczególnej biegłości w znajomości historii literatury, by stwierdzić, że wszyscy ci pisarze otrzymali świetną edukację w szkole, gdzie uczono ich filozofii i retoryki na Homerze, na Tragikach, na Demostenesie czy na Cyceronie, na Liwiuszu czy Wergiliuszu. […] Znajomość literatury klasycznej wśród teologów chrześcijańskich, szczególnie IV i V wieku, jest duża. [str. 21]

To właśnie chrześcijaństwo, ze swoim zapałem, otwartością na świat (który wcale nie miał ulec tak szybkiej zagładzie, jak by się wydawało, patrząc na chrześcijańskie zapowiedzi rychłego Sądu Bożego), potrafiło odkryć i docenić to, co dobre w antycznej kulturze. I połączyć to zgrabnie z biblijnym dziedzictwem. Lekcja również i dla nas, byśmy umieli docenić klasyków. I byśmy się nie bali poznawać świat, studiować i pogłębiać własną wiedzę, zdobywać wykształcenie. Jako chrześcijanie wręcz powinniśmy to robić, bo jak widzimy, to się opłaca. Nie przychodzi to z dnia na dzień, ale jeśli będziemy rozumni i konsekwentni, to znowu zawstydzimy niewierzących, gdy wyjdzie na to, że to oni są ignorantami. Francis Bacon, angielski filozof z przełomu XVI i XVII w. , który był jednym z ojców metody naukowej, pisał: „Prawda to, że trochę filozofii usposabia umysł ludzki do ateizmu; lecz zagłębiwszy się w filozofię umysł człowieka znów powraca do religii” [esej XVI „O ateizmie”, tłumaczenie Czesław Znamierowski]. A (mylnie) przypisywany Ludwikowi Pasteurowi cytat głosi: „Mało wiedzy oddala od Boga. Dużo wiedzy sprowadza do Niego z powrotem”. Sam Pasteur, choć podany cytat jest apokryficzny, to jednak nieraz wyrażał podobne myśli, jak „la science … rapproche l'homme de Dieu” -”nauka przybliża człowieka do Boga”.

Lecz niestety otwarcie chrześcijaństwa na świat i kulturę pogańską nie miało samych tylko dobrych skutków:

Ale wkroczenie do Kościoła elity chrześcijańskiej ma również swoje ujemne skutki. Ludzie wychowani na greckim racjonalizmie nie mogą pojąć, czym jest tajemnica, i chcą wszystko wyjaśnić, przełożyć na język łatwo dostępnych określeń. Liczy się wiedza, a nie wiara. [str. 119]

Co pokazuje, że rozum może wprawdzie dużo, ale nie ze wszystkim jest w stanie sobie dobrze poradzić. Liczy się coś jeszcze, zawierzenie Opatrzności i Objawieniu. Którego nie da się w 100% pojąć, czy ogarnąć wissenaschaftlich w całości. To właśnie z nadużywania, tak naprawdę „chłopskiego” rozumu zrodziły się herezje i błędne doktryny. Ale nie tylko. Także z postawy przeciwnej, tzn. nadmiernego rygoryzmu i odrzucania całego niechrześcijańskiego dorobku, jako przesiąkniętego pogańskim zepsuciem. Takie postawy prezentowali Tacjan Syryjczyk i Tertulian, nie bez pewnych racji, choć paradoksalnie, sami w swych polemikach z tego dorobku korzystali. Co ciekawe, obaj ci zasłużeni dla chrześcijaństwa apologeci, zakończyli swój żywot z dala od Kościoła powszechnego, będąc zwolennikami rygorystycznych herezji. Jest to przestroga również i dla nas, a zwłaszcza dla zwolenników różnych nurtów fundamentalistycznych, czy różnych skrajnych nurtów tzw. tradycjonalistycznych, odcinających się od świata i jego osiągnięć, popadających w grzech pychy poprzez uważanie się za czystszych, moralnie lepszych.

Obraz świata pogańskiego, jaki daje Tacjan, jest równie karykaturalny i zniekształcony, jak ten, który dawali poganie przedstawiając chrześcijan. [str. 19]

Nie naśladujmy wrogów Kościoła, nie sądźmy, a nie będziemy sądzeni!

W każdym razie co do korzystania z dorobku niechrześcijańskiego świata potrzebna była i jest, wielka mądrość, by zbierać ziarna, a usuwać chwasty:

Oscylacja tych dwóch kierunków [przyjęcia i odrzucenia kultury pogańskiej] miała kapitalne znaczenie w rozwoju myśli chrześcijańskiej: pierwszy pozwalał na przyjęcie bogactwa myśli starożytnej, drugi hamował jej zbytnią infiltrację do myśli chrześcijańskiej. Ich konfrontacja pozwoliła uniknąć z jednej strony obrazoburstwa, z drugiej -synkretyzmu. [str. 221]

A przekładając to na dzisiejsze realia, pozwala to z jednej strony na odrzucenie fundamentalizmu, który nie rozumie, gdzie są tak naprawdę fundamenty wiary, a z drugiej na odrzucenie modernizmu, kultu fałszywych idoli współczesnego, zbudowanego na osiągnięciach nauki, świata. Ważna lekcja również dla wielu współczesnych księży profesorów, którzy chcieliby się przypodobać krytyce laickiego świata, pisząc opasłe tomiszcza o jakimś marginalnym Żydzie, w których przyklaskują osiągnięciom akatolickiej nauki, wymyślającym własne, jakoby lepsze, poglądy na ten temat.

Innym problemem związanym z przyjęciem przez chrześcijaństwo greckiej klasyki oraz wejściem pogan do Kościoła, było oderwanie go od jego judaistycznych korzeni. Jezus i apostołowie byli z pochodzenia Żydami, i żyli w realiach ówczesnego Izraela, i rozumowali na sposób żydowski, bardziej obrazowy, w przeciwieństwie do operującej raczej na konkretnych pojęciach filozofii greckiej. Wraz jednak ze zniszczeniem resztek żydowskiej państwowości oraz dominacją gojów i kultury grecko-rzymskiej w Kościele, realia, w których działał Jezus, mentalność Jego i apostołów, były coraz mniej rozumiane. Istniały co prawda grupy judeochrześcijan, jednak działały one coraz bardziej na marginesie rozrastającego się w cesarstwie rzymskim Kościoła. Będący pomiędzy dwoma zwalczającymi się religiami wyrosłymi z jednego pnia: judaizmem i chrześcijaństwem hellenistycznym, w końcu zaniknęli. I choć nieraz dialog z żydowską tradycją dawał wyśmienite efekty -by wspomnieć Orygenesa i Hieronima, to jednak w końcu obie grupy postanowiły wyraźnie się od siebie oddzielić.

Jak inaczej potoczyłyby się dzieje chrześcijaństwa, gdyby te dwa kierunki [hellenochrześcijanie i judeochrześcijanie] już w starożytności umiały nawiązać dialog i gdyby z równym zrozumieniem umiano czerpać z mądrości żydowskiej, jak to zrobiono z mądrością grecką. [str. 21]

Co do tradycji żydowskiej i chrześcijańskiej oraz powiązań pomiędzy Pismem i Ewangelią, tzn. Starym i Nowym Testamentem, to w rozdziale o egzegezie Ojców Kościoła [str. 27-36], Starowieyski daje skondensowany opis dwóch różnych podejść, jakie się w późnym antyku wytworzyły: szkoły aleksandryjskiej i antiocheńskiej. Szkoła aleksandryjska wykorzystywała opracowane w starożytnej Aleksandrii w epoce hellenistycznej techniki alegorycznej interpretacji greckich mitów, doszukujące się w treści i sposobie opowiadania głębszych treści, innych niż sens dosłowny. Przedstawiciele szkoły aleksandryjskiej, z Orygenesem, jej najwybitniejszym przedstawicielem na czele, zastosowali te metody do interpretacji Biblii, starając się wykazać w ten sposób jej zasadniczą jedność: treść Ewangelii zawiera się, w sposób alegoryczny, już w Starym Testamencie. Jednak w wykazywaniu tego aleksandryjczycy zagalopowali się za daleko, doszukując się wszędzie alegorii na potwierdzenie swoich przekonań, ot swoisty teologiczny maksymalizm. Spowodowało to reakcję przedstawicieli późniejszej tzw. szkoły antiocheńskiej, którzy postanowili skrócić wodze rozbuchanym aleksandryjskim alegorycznym spekulacjom. Antiochijczyków interesował raczej bezpośredni kontekst tekstu biblijnego, co radykalniejsi postanowili zaś odrzucić wszystkie interpretacje, które wprost z tego kontekstu nie wynikały. Ot swoisty teologiczny minimalizm, koncentrujący się tylko na tych twierdzeniach, które można tekstem biblijnym bezpośrednio uzasadnić. Szkoła antiocheńska koncentrowała się w samej Antiochii oraz w Azji Mniejszej, rejonach gdzie już w I wieku za czasów Pawła i Łukasza powstały silne gminy chrześcijańskie, i gdzie wciąż -szczególnie w syryjskiej Antiochii -silna była myśl semicka i wpływy judaizmu, który uznawał tylko Stary Testament i odrzucał jego chrześcijańskie interpretacje. Dlatego też Antiochijczycy nie tyle odrzucili postulowane przez aleksandryjczyków alegoryczne związki Starego Testamentu z Nowym, ile starali się, by związki te miały dobre uzasadnienie w kontekście historycznym i filologicznym. Niektórzy jednak przedstawiciele szkoły antiocheńskiej w ferworze swojej polemiki z aleksandryjskim alegoryzmem jakby o tym zapomnieli, starając się redukować postulowane związki do minimum. A tymczasem to właśnie aleksandryjczyków motywowała wiara w to, iż Biblia w obu Testamentach jest jednością, tym samym Słowem Bożym, i powinna być czytana, i ma sens, tylko jako całość. Szkoła antiocheńska stała się niejako prekursorem nowoczesnych krytycznych nauk biblijnych, jednak to właśnie w aleksandryjskim podejściu tkwił duch chrześcijańskiego odczytania Słowa Bożego.

Wydaje się jednak, że stosując znakomite i precyzyjne narzędzia historyczno-filologiczne egzegezy, współczesnej dziedziczki egzegezy antiocheńskiej oraz zasady i ducha egzegezy aleksandryjskiej, można by doprowadzić egzegezę współczesną do niesłychanego rozkwitu. [str. 36]

Otwartość na świat i atrakcyjna oferta do tegoż świata skierowanego spowodowała szybki wzrost liczby chrześcijan -o ile na początku chrześcijaństwo było zjawiskiem na marginesie ogólnego społeczeństwa Cesarstwa Rzymskiego, to jednak w II wieku należało się już z nim poważniej liczyć. Opisując działalność Ojców Apostolskich z początku II wieku, Starowieyski pisze:

Ten wzrost Kościoła w okresie, z którego pochodzą przedstawione tu postaci z II w., jest niesłychanie szybki i dynamiczny, i wraz z nim zmienia się tez struktura społeczna chrześcijaństwa. […] Wzrost ilościowy gmin powoduje pewne obniżenie poziomu moralnego i religijnego wiernych. W miarę wzrostu chrześcijaństwa staje się ono coraz częściej dostrzegane; stąd ataki pogan i Żydów. [str. 119]

Nieunikniona była zatem konfrontacja chrześcijaństwa ze światem pogańskim, który poczuł się zagrożony. W tym cytacie jest jeszcze jedna myśl, mianowicie ta niechęć i poczucie zagrożenia świata pogańskiego, poniekąd było również po części efektem zachowań niektórych chrześcijan, którym daleko było do świętości. To musimy sprawiedliwie przyznać, jak i to, że Kościół przyciągał bynajmniej nie samych ludzi nieskalanego charakteru, ale i grzeszników. Również dla takich oferta chrześcijańska była w pewien sposób pociągająca. Jest w tym także refleksja, iż niestety większość wiernych wcale idealnymi chrześcijanami nie jest, a ilość konkuruje z jakością -w niewielkich chrześcijańskich gminach o wiele łatwiej jest wpoić starannie każdemu naukę Chrystusa, i tak pokierować, by się do niej w praktyce stosować.

W każdym razie do konfrontacji z poganami musiało dojść – choć chrześcijaństwo, stojące pozornie na straconej pozycji, wcale do niej nie parło, starając się raczej na drodze dialogu wyłożyć swoje racje. To świat pogański jednak w przekonaniu o swej wyższości te racje odrzucił:

Wszelkie próby dyskusji czy jakiegokolwiek dialogu były niemożliwe: ręka chrześcijan, nieraz chrześcijańskich intelektualistów, jak Justyn wyciągnięta do dialogu trafiała w próżnię, podobnie jak wszystkie apologie przedstawiane cesarzom, Senatowi i ludowi rzymskiemu czy też deklaracje chrześcijan o swojej lojalności względem Cesarstwa. Tragicznym jest ten zupełny brak jakiejkolwiek chęci dialogu, zrozumienia ze strony pogan, którzy absolutnie pewni swojej prawdy rzucają przeciw chrześcijaństwu wszystkie siły fizyczne: armie, policję, sądy oraz intelektualne -propagandę. Chrześcijanie mieli tylko jedną broń -miłość – i przez nią tę wielką batalię jednak wygrali. [str. 198]

Justyn, pierwszy filozof chrześcijański, został zadenuncjowany przez filozofa-cynika Krescensa jako chrześcijanin, stanął przed sądem filozofa Rustykusa (umiłowanego nauczyciela filozofa Marka Aureliusza), który go skazał na śmierć w imieniu cesarza-filozofa Marka Aureliusza. Ten fakt, bardziej niż wszystkie opisy szkół filozoficznych, mówi o głębokiej degeneracji moralnej filozofii w II wieku. [str. 18]

Lecz audi alteram partem -niech będzie wysłuchana i druga strona: co starożytni poganie mają do powiedzenia na temat chrześcijan. Teksty pogańskie na temat chrześcijaństwa z II w. są nieliczne i zostały one zebrane w rozdziale „Pogarda, plotka, oszczerstwo -pisarze pogańscy II wieku o chrześcijanach” [str. 159-193, wyjęte z wcześniejszego tomu „Pierwsi świadkowie pisma Ojców Apostolskich”, Wydawnictwo M, Kraków 2010, str. 351-394]. Tytuł jest adekwatny, jak również i tytuł podrozdziału zamykającego: „U źródeł współczesnych stereotypów”.

Uważam, że rozdział ten (może razem z „Humanizacją i dehumanizacją teologii”) powinien być bezwzględnie opublikowany na portalu chrześcijańskim, takim jak Opoka, lub podobnym (choć oczywiście wchodzi tu kwestia praw autorskich). Bo wprost, jasno pokazuje, gdzie i w jaki sposób się narodziły wszystkie antychrześcijańskie kłamstwa i stereotypy, które są w praktycznie niezmienionej postaci powtarzane do dzisiaj przez wrogów Kościoła. Rozdział ten pokazuje, jak wiekowymi są te brednie, i jak niewiele zmieniło się od starożytności. Mentalność dzisiejszych wrogów Kościoła również wydaje się tak naprawdę nie tyle ateistyczna, ile po prostu pogańska. Starożytni poganie, nawet wykształceni, zupełnie nie rozumieli chrześcijaństwa i jego istoty, i nie chcieli zrozumieć. Zadowalali się raczej wygodnymi dla ich postawy obiegowymi plotkami, niż próbowali rzetelnie zrozumieć przesłanie chrześcijaństwa. Jeden tylko Celsus wyróżnia się na tym tle, że pragnął poznać pisma chrześcijan, nie po to jednak by rzetelnie je zbadać, lecz by wybiórczo szukać w nich potwierdzenia rozpowszechnianych kalumnii. Czym różnią się gadania starożytnych pogan o rzekomym mordowaniu dzieci podczas Eucharystii i rozpuście wiernych, od współczesnych uogólnień jakoby ogół kleru stanowili pedofile? Albo rozważania lekarza Galena na temat psychologicznych powodów wiary chrześcijan, od dzisiejszych „naukowych” spekulacji o rzekomo wytworzonej ewolucyjnie skłonności do religii?

Przy takich, diametralnych różnicach w mentalności, pogodzenie się obydwu zupełnie nierozumiejących się stron było niemożliwe. Konflikt zrodził chrześcijańskich męczenników, ludzi, którzy w ten sposób składali świadectwo swojej wiary, godnej ofiary z własnego życia. Starowieyski jednak przytomnie zauważa, że najprawdopodobniej jednak tacy ludzie byli w mniejszości -u większości instynkt samozachowawczy był silniejszy. Lecz czasem ustępował jeszcze silniejszemu poczuciu przynależności do grupy:

W końcu ostatnią kategorią byli „lapsi” -upadli, którzy złożyli bogom ofiary i otrzymali świadectwa lojalności („libelli”) stąd zwani „libellatici”. […] Zdarzało się jednak, że „lapsi”, którzy w pierwszej chwili ze strachu złożyli ofiarę, potem, na widok męczeństwa innych czy też potraktowani z miłością przez swych braci, powracali, składali wyznanie wiary i ginęli jako męczennicy lub przeżywszy byli uważani za „confessores” [„wyznawców”]. I to stanowi jeszcze jeden dowód leczniczej siły dobroci. [str. 200]

Prześladowania zrodziły męczenników, ale wydały też wyrok na dusze wielu „upadłych”. Zrodziło to problem -co zrobić z tymi, którzy zdradzili, czy wyrok można odwołać, zaparcie się Pana odpokutować? Czy można odzyskać nadzieję życia wiecznego? Bo byli rygoryści, którzy, zapominając o przykładzie św. Piotra, mówili, że nie, że kto się raz zaprze Chrystusa, tego Chrystus zaprze się przed Ojcem (Mt 10,33). Lecz Kościół w swej mądrości nie poszedł tą drogą:

Stwierdzić musimy, że nie mniej ważny argument na ówczesne znaczenie Kościoła stanowią również i „lapsi”. To co nas zdumiewa, to ich postawa. Kiedy bowiem groźba przeminęła i ochłonęli ze strachu, powracali tłumnie do Kościoła i domagali się powtórnego przyjęcia, czasami w sposób nachalny, gwałtowny i anarchiczny, czasami pokornie i godnie uznając swój upadek i prosząc o przebaczenie; jednak i jedni, i drudzy wykazywali swoje ogromne przywiązanie do Kościoła. Czyli ich wiara była jednak jednak [sic!] silniejsza niżby się mogło nam wydawać. [str. 201]

Kiedy świat nienawidzi chrześcijan, rodzi to pokusę odcięcia się od niego, czy też nawet zemsty na nim -zważywszy na to, iż wcześni chrześcijanie oczekiwali końca świata i ponownego przybycia Chrystusa. Rodziło to groźbę fanatyzmu, czy nawet skierowania się ku drodze terroryzmu, co jednak chrześcijaństwo jednoznacznie odrzuciło. Z drugiej strony, nadmierna uległość wobec rzymskiej władzy mogła doprowadzić do powstania marionetkowego wyznania, jak to jest obecnie w komunistycznych Chinach. Lecz Kościół i tu zdołał uzgodnić zdawałoby się skrajne stanowiska:

Charakterystyczne „tak” Wielkiego Kościoła wobec cesarza i wobec państwa, a „nie” wobec jego niesłusznych żądań jest jawną opozycją wobec ruchów ekstatycznych o charakterze anarchistycznym i stanowi syntezę stanowiska Listu do Rzymian i Apokalipsy. [str. 222]

Nawet po ustaniu prześladowań Kościół nieraz odważnie sprzeciwiał się niesprawiedliwym żądaniom już chrześcijańskich cesarzy:

Walczą o to pisarze IV wieku, szczególnie zaś Ambroży ( 397), według którego Kościół staje się probierzem prawdy i sprawiedliwości wobec despotyzmu i niesprawiedliwości cesarzy. [str. 222]

To tyle odnośnie spiskowych twierdzeń, rozpowszechnianych od Reformacji, jakoby od czasów Konstantyna Kościół stał się marionetką w rękach władzy.

I choć świat szydził i prześladował chrześcijan, to jednak ci się od niego nie odcięli, lecz starali się go przekonać do chrześcijańskich ideałów:

Chrześcijanie różnymi sposobami starali się zmusić świat ówczesny do przemiany: wykazywali zło, nierówność, krzywdę, a sposobem swego życia, który mógł budzić oburzenie, gniew, kalumnie, ale i podziw, nie pozwalali przejść obojętnie obok wartości, jakie z sobą nieśli. Nie znaczy to wcale, że Kościół pierwszych wieków składał się wyłącznie z ludzi świętych. Przykład Ananiasza i Safiry z Dziejów Apostolskich oraz pesymistyczny obraz przekazany przez Hermasa wskazują, że byli w nim i grzesznicy, a było ich niemało! Tyle że znajdowali się ludzie -a takich było wielu -którzy potrafili nie tylko wprowadzić w życie ideały chrześcijańskie, ale i przypieczętować je krwią, gdy zaszła tego potrzeba. Stali się oni sumieniem ostatnich wieków świata starożytnego i w tym znaczeniu słuszne jest nazwanie ich w „Liście do Diogeneta” „duszą świata”. [str. 230]

W dwóch słowach można zatem opisać receptę na sukces wczesnego Kościoła: złoty środek. Nie bezmyślny symetryzm między wieloma przeciwstawnymi racjami, lecz przemyślany złoty środek. Albo stosując inne, jeszcze właściwsze dwa słowa: Biblia i Chrystus.

Takie przesłanie można wyciągnąć z antologii tekstów Starowieyskiego. Których próbkę mogliśmy przeczytać w zamieszczonych w tej recenzji cytatach, a podobnych jest w książce o wiele więcej -Starowieyski wywodzi się z przedwojennej elity, co chyba mówi samo za siebie… A osobiście jako wiekowy, zasłużony profesor, staje się on również sumieniem świata naukowego. Pisząc o kryteriach wyboru własnych tekstów do książki, wspomina iż:

Prace zaś zasadniczo bywają dwojakiego rodzaju, i to nie jest żadnym odkryciem: a więc dobre i złe i to nie zależnie od tego, czy były to prace naukowe czy popularne, syntetyczne czy analityczne, przekłady czy komentarze. [str. 5-6]

Dla oceny prac naukowych nie można tworzyć bzdurnych i dogmatycznych kanonów typu język pracy, miejsce publikacji pracy (punktowane publikacje!), ilość stron itd., i wyrażać to równie bzdurnymi punktami, jak to dziś ma miejsce, niestety, w nauce; kryteriami wytworzonymi przez bezdusznych ministerialnych biurokratów, którzy sami nigdy naukowo nie pracowali i nie mają pojęcia o nauce. Takie bezpłodne i bezsensowne ocenianie prac prowadzących do doktoratu, habilitacji czy profesury lub oceniających publikacje pracowników naukowych pcha dziś polską naukę, po drodze do nikąd… [str. 6]

Którym to słowom, w dobie olbrzymiej presji na publikacje, bez względu na ich wartość (we wszystkich naukach, tak humanistycznych, jak i przyrodniczych: „publikuj lub giń”, publish or perish), można tylko głośno przyklasnąć… Niestety ludzi o klasie Starowieyskiego jest coraz mniej, coraz więcej zaś bezmyślnych wyrobników i akademickiego kombinowania. Choć trzeba przyznać, że Starowieyski nie jest wcale nieomylny i tez popełnia błędy -by wspomnieć bzdury w artykule o Gwieździe Betlejemskiej, i jeszcze kilka w innych artykułach, odnośnie różnych szczegółów. Jest to jednak przysłowiowa łyżka dziegciu w beczce miodu. Wartość książki Starowieyskiego tkwi nie w szczegółach, lecz ogólnym przedstawieniu przezeń świata starożytnego chrześcijaństwa. Zresztą sam Starowieyski z pokorą przyznaje się do błędów, do tego ze w większości tekstów nanosił poprawki, poza końcową polemiką z Krawczukiem -tu już postanowił przytoczyć ją, jak została oryginalnie napisana i nie tuszować swoich błędów. A w końcówce starego (z 1974 r.) artykułu o Testimonium Flavianum, wspomina:

Nie mogę tu nie przytoczyć słów mojego niezapomnianego mistrza, profesora Kazimierza Kumanieckiego, którego słowa przypomniałem sobie pisząc ten artykuł. Powtarzał nam często na seminarium łacińskim: „Panowie nie wierzcie autorytetom” i dodawał z uśmiechem „także i mnie”, i nie miał nam za złe, kiedyśmy mu, znakomitemu znawcy Cycerona, wytknęli złe odczytanie rękopisu De oratore… [str. 50]

I chyba z pełną świadomością, że po latach, te słowa można odnosić także do niego… Dlaczego takich ludzi z tytułami naukowymi jest niestety na uniwersyteckich katedrach coraz mniej…?

Podsumowując, książka Starowieyskiego daje niezwykle ciekawy wgląd w świat pierwszych chrześcijan. Nie jest ona systematycznym opisem dziejów wczesnego chrześcijaństwa. Jest antologią, zbiorem tekstów podkreślających sprawy najważniejsze, na które warto zwrócić pilniejszą uwagę. Zachętą do przemyśleń i głębszych studiów, skromną objętościowo pozycją zawierającą zadziwiająco wiele mądrości. Pozycją, do której raz po raz się wraca. Starowieyski nie idealizuje starożytnego Kościoła -wytyka również i błędy, a tam gdzie trzeba, sprawiedliwie oddaje rację niewierzącym. Lecz w końcu Kościół starożytny odniósł sukces, gdyż, inaczej niż u pogan, cnoty, które pielęgnował, przeważyły nad wadami. I dlatego warto czerpać nauki z tej historii sukcesu:

Bo niestety, choć upłynęły wieki, to jednak w wielu sprawach Kościół starożytny nas przewyższa i wiele jego przemyśleń i przemodleń dotąd nie umiemy wprowadzić w Kościele współczesnym. [str. 15]

Styczeń 2021

Zgłoś artykuł

Uwaga, w większości przypadków my nie udzielamy odpowiedzi na niniejsze wiadomości a w niektórych przypadkach nie czytamy ich w całości